<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<item xmlns="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5" itemId="81" public="1" featured="0" xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xsi:schemaLocation="http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5 http://omeka.org/schemas/omeka-xml/v5/omeka-xml-5-0.xsd" uri="https://digitarium.uksw.edu.pl/document/81?output=omeka-xml" accessDate="2026-05-12T17:14:14+00:00">
  <fileContainer>
    <file fileId="105">
      <src>https://digitarium.uksw.edu.pl/files/original/2/81/Polscy_oblaci_w_rod_Indian_i_Inuitow.pdf</src>
      <authentication>ee30a58809de97ef542434be2ef0e54b</authentication>
      <elementSetContainer>
        <elementSet elementSetId="5">
          <name>PDF Text</name>
          <description/>
          <elementContainer>
            <element elementId="113">
              <name>Text</name>
              <description/>
              <elementTextContainer>
                <elementText elementTextId="968">
                  <text>��Polscy oblaci
wśród Indian
i Inuitów

�Polish Oblates
among the Indians
and Inuit

�Jarosław Różański OMI

Polscy oblaci
wśród Indian i Inuitów

Misyjne Drogi
Poznań 2012

�© Copyright by Jarosław Różański,
Poznań 2012
Projekt okładki i skład:
Błażej Mielcarek OMI
Korekta:
Małgorzata Madej
Kinga Puchała
ISBN 978-83-92-1781-8-7

�Spis Treści

I. Słowo wstępne ........................................................................11
II. Zarys przeszłości i ewangelizacji Kanady ...........................13
Początki kolonizacji i ewangelizacji w Nowej Francji .........14
Państwo i Kościół pod rządami brytyjskimi ........................20
III. Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie ......................23
Montreal bramą do „wielu krain”.......................................23
Mieszkańcy Północnego-Zachodu ........................................27
Algonkini – mieszkańcy prerii ........................................28
Athapaskowie – mieszkańcy lasów .................................29
Traperzy i Metysi .............................................................35
Osadnicy europejscy ........................................................35
Inuici (Eskimosi) .............................................................36
Początki ewangelizacji Północnego-Zachodu ......................37
Dynamizm pracy misyjnej oblatów Maryi Niepokalanej......40
IV. Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie...45
Posługa misyjna brata Antoniego Kowalczyka, (1866-1947)...45
Lac La Biche (1896-1897) ................................................48
Saint Paul des Métis (1897-1911) ....................................53
Edmonton .......................................................................58
Br. Michał Dąbrowski wśród Inuitów i Indian ................60
Aklavik (1933-1947) ........................................................61
Fort Resolution (1947-1954) ..........................................74
Fort Smith (1954-1967) ...................................................76
Aklavik-Inuvik (1967-1973) ............................................79
Black Lake (1973-1981) ....................................................80
Fort Smith (1981-1986) ..................................................81
Saint Albert (1986-1989) .................................................81
Ukryta praca innych polskich braci ...................................82
Brat Józef Cichocki (1907-1963) ....................................83
Brat Ignacy Dorabiała (1902-1993) ...............................84
Brat Ludwik Jurczyk (1919-1979) ..................................85
Brat Józef Kaintoch (1909-2004) .................................87
Brat Jerzy Mrugała (1917-1972) .....................................88

�Brat Józef Sobecki (1908-1939) ........................................89
Brat Stanisław Szczepaniak (1905-1955)......................90
V. Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu...93
Powołanie zakonne i  misyjne ............................................93
Wrażenia z długiej podróży .................................................97
Podróż do Lebret ..............................................................98
Zmiana życiowych planów .............................................101
Po wodnych arteriach Północnego-Zachodu ...............103
Fort Smith (czerwiec-grudzień 1936) ................................112
Fort Résolution (grudzień 1936 – sierpień 1939) ...............119
Yellowknife (wrzesień 1939 – sierpień 1944) ..................138
Fort Resolution (1944-1948) ..............................................141
Fort Smith (1948-1965) ......................................................146
Fort Resolution (1955-1957) ...............................................148
Fort Smith (1957-1965) ......................................................150
Fort Rae (1965-1970) ..........................................................155
Fort Smith (1970-1971) ......................................................158
Black Lake (1971-1984) .......................................................159
Fond-du-Lac (1984-1986) .................................................170
Sturgeon Lake [Calais] (lipiec-grudzień 1986) ..................172
Edmonton (1987-2003) ......................................................173
VI. Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian ................179
O. Paweł Andrasz .................................................................179
O. Ryszard Czepek ..............................................................182
O. Leon Kler .......................................................................182
O. Wojciech Kowal .............................................................186
O. Leszek Kwiatkowski ......................................................186
O. Wiesław Nazaruk ..........................................................189
O. Jarosław Pachocki .........................................................194
O. Waldemar Puchała ........................................................197
O. Andrzej Stendzina ........................................................198
Br. Adam Sulewski .............................................................199
O. Wiesław Szatański .........................................................199
O. Ignacy Warias ................................................................200
O. Wojciech Wojtkowiak ....................................................201

�VII. Polscy oblaci wśród Inuitów .......................................209
Misje wśród Inuitów dzisiaj ...............................................213
O. Adam Filas .....................................................................214
O. Wiesław Krótki ...............................................................214
O. Franciszek Kuczera .........................................................219
O. Bogdan Osiecki ..............................................................219
O. Grzegorz Oszust .............................................................220
O. Daniel Szwarc .................................................................221
O. Paweł Zając ....................................................................222
Bibliografia ..............................................................................225
Źródła ......................................................................................225
Literatura pomocnicza ............................................................233
Summary .................................................................................237
Table of contents .....................................................................239

��I.	 Słowo wstępne

Głoszenie Ewangelii na rozległych kanadyjskich „Terytoriach
Północno-Zachodnich”, wpisało się mocno w historię Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Na początku
XIX w. ten ogromny teren był zaludniony jedynie przez nielicznych Indian, Metysów, białych traperów, urzędników z  rywalizujących ze sobą handlowych Kompanii Zatoki Hudsońskiej
i Kompanii Północno-Zachodniej oraz przez Inuitów (Eskimosów).
Pierwsza grupa oblatów przybyła do Kanady w 1841 r. Trzy
lata później rozpoczęli oni pierwszą misję wśród Indian w diecezji Montreal, a następnie otworzyli misję dla Indian w diecezji
Quebec, po niej utworzyli kolejce stacje misyjne na północnym
brzegu Rzeki Św. Wawrzyńca (Betsimits-Naskapis), w głębi Labradoru (Mistassins) oraz na północy Labradoru (Montanezi).
W 1845 r. pierwsi oblaci pojawili się na Terytoriach Północno-Zachodnich. Szybki rozkwit misji oblackich na tych terenach
był rzeczywiście imponujący. Oblaci z rozmachem budowali nie
tylko Królestwo Boże w  sercach powierzonych im ludów, lecz
także tworzyli historię rozległej Kanady. Wiele nazw jezior,
miast, rzek i regionów do dziś nosi imiona misjonarzy. Znaleźć
nawet można Jezioro de Mazenoda – założyciela zgromadzenia. Oblaci ewangelizujący te rozległe tereny zawsze przy swych
misjach zakładali szpitale i szkoły. Praca oblatów wśród Indian
i Eskimosów przyniosła im zaszczytny tytuł, nadany przez Piusa
XI, „specjalistów od misji najtrudniejszych”.

�12

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

W trudną pracę ewangelizacyjną wśród Indian i Inuitów włączyli się także polscy oblaci. Początkowo zasadniczą ich grupę
stanowili bracia zakonni, począwszy od Sługi Bożego Antoniego Kowalczyka. Praca tych braci była dla działalności misyjnej
nieoceniona, gdyż brak jakiejkolwiek infrastruktury utrudniał
transport i zaopatrzenie, a było ono konieczne nie tylko dla pracy misjonarzy, ale przede wszystkim dla dzieł socjalnych, takich
jak szkoły i  szpitale. Pierwszym legendarnym polskim kapłanem-oblatem na tym terenie był o. Leon Mokwa, który wśród
Indian przepracował ponad pięćdziesiąt lat. Druga wojna światowa przerwała wyjazdy polskich oblatów do misji wśród Indian
i Inuitów. Zostały one wznowione na szerszą skalę pod koniec
lat osiemdziesiątych XX w. W sumie od końca XIX w. do 2007 r.
w północnozachodniej Kanadzie wśród Indian i Inuitów pracowało 30 polskich oblatów (10 braci zakonnych i 20 kapłanów).
Celem niniejszej publikacji jest podsumowanie i  udokumentowanie pracy polskich oblatów, osadzając ją w  szerokim
kontekście misji zgromadzenia wśród kanadyjskich Indian
i Inuitów. Do tego celu wykorzystano dane z archiwów zakonnych i kościelnych w Edmontonie, Ottawie, Rzymie i Poznaniu.
Odwoływano się także do publikowanych i  niepublikowanych
listów misjonarzy, osobistej korespondencji autora publikacji
z  wieloma z  nich oraz licznych wywiadów, przeprowadzonych
przez autora i innych badaczy. Z rozmysłem wiele miejsca dano
obszernym wypowiedziom misjonarzy, które mają wprowadzać
w klimat ich pracy, ale także naświetlać suche dane i fakty z ich
życia. Dotyczy to zwłaszcza bogatej pracy o. Leona Mokwy.

�II.	 Zarys przeszłości i ewangelizacji Kanady

Kanada była zaludniona na długo przed przybyciem Europejczyków. Najstarsze odnalezione ślady życia człowieka na jej
rozległych terenach sięgają 20 000 lat. Pochodzą one z Jukonu
– północnej Kanady, wedle hipotez bowiem to z Eurazji pochodzili Paleoindianie – pierwotni mieszkańcy obydwu Ameryk,
a ich wędrówka ku wnętrzu Ameryki rozpoczynała się właśnie
z północnej Kanady. Przez dostosowywanie się do odmiennych
warunków klimatycznych i  geograficznych Indianie znacznie
zróżnicowali się na tym rozległym terenie. Ostatnimi przybyszami na kontynent – przed kolonizacją europejską – byli Inuici
(Eskimosi), przybysze z północno-wschodniej Azji. Po krótkim
epizodzie osiedlenia się europejskich Wikingów na wybrzeżach
Labradoru, właściwa, europejska kolonizacja dzisiejszej Kanady
została rozpoczęta przez Francuzów w XVI w. Wkrótce z Francuzami zaczęło konkurować osadnictwo brytyjskie.
Kanada dzisiaj jest krajem geograficznych i  klimatycznych
kontrastów. Charakterystyczne dla niej są olbrzymie bezludne
przestrzenie, większość bowiem z  27,3 miliona ludności mieszka w pasie ziemi wzdłuż granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Tę
część – Południe – zamieszkuje ludność pochodzenia imigracyjnego, zasadniczo francuskiego i brytyjskiego, ale także imigrantów z Włoch, Niemiec, Holandii, Ukrainy i Polski. Północną część
kraju zajmują jednak zasadniczo rdzenni mieszkańcy tych ziem
– Indianie i Inuici. Są to głównie tereny doliny rzeki Mackenzie,
Wyspy Archipelagu Arktycznego i północne wybrzeże Labradoru.

�14

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Wraz z  kolonizacją Kanady postępowała ewangelizacja tak
Europejczyków, jak i  Indian oraz Inuitów (Eskimosów). Jednymi z  pierwszych zakonów ewangelizujących ogromne połacie kraju byli z  pewnością jezuici, franciszkanie i  oblaci Maryi
Niepokalanej. Podkreślone wyżej bezludne przestrzenie Kanady
wpływały na ewangelizację niewielkiej relatywnie populacji Indian i Inuitów, gdyż utrudniały ją tak warunki klimatyczne, jak
i odległości.
Początki kolonizacji i ewangelizacji w Nowej Francji

Według badań archeologicznych już między X a  XIV w. do
wschodniego wybrzeża Kanady docierali sporadycznie Wikingowie. Około 1003  r. na wybrzeżach Labradoru wylądował
Leif Ericsson, który założył tam stałą osadę, utrzymującą kontakt z Indianami oraz z Europą poprzez normańskie osiedla na
Grenlandii i  Islandii. Jednak to śladowe osadnictwo z  czasem
zanikło zupełnie.
W 1497 r. do wschodnich wybrzeży Kanady dotarł Giovanni
Cabotto – włoski odkrywca, pozostający na służbie Korony Angielskiej, zwany często w literaturze angielskojęzycznej John Cabot. Jego wyprawy kontynuował syn – Sebastian. Z początkiem
XVI wieku do wschodnich wybrzeży Kanady zaczynają coraz
liczniej dopływać odkrywcy angielscy, gdyż król Anglii Henryk
VII założył w 1502 r. specjalną kompanię, której celem była eksploracja Nowej Fundlandii. Docierali tam odkrywcy portugalscy.
Pierwsi osadnicy budowali swoje wioski na ziemiach najbardziej
wysuniętych na wschód. W 1534 r. Jacques Cartier, Bretończyk,
na służbie króla Franciszka I, rozpoczął dalszą penetrację kraju, wpłynął na wody szerokiej rzeki świętego Wawrzyńca, a rok
później dotarł w okolice dzisiejszego Quebecu, gdzie objął te ziemie w  imieniu króla, nazywając je Nową Francją. Jednak ani
dla niego, ani dla pierwszych osadników francuskich, ten bardzo rozległy kraj daleki był od krainy marzeń. Długie ciężkie

�Zarys przeszłości i ewangelizacji Kanady

15

zimy nie przypominały w niczym klimatu Indii czy też „słodkiej
Francji”. Nie było możliwości szybkiego wzbogacenia się dzięki
legendarnym zasobom złota, które tak skutecznie przyciągało
wielu Europejczyków do ziem indiańskich, położonych bardziej
na południe. Także trudności z karczowaniem lasów i konieczność walki z Indianami nie zachęcały do porzucania rodzinnych
ziem. Dlatego też pierwszych sześćdziesięciu kolonistów, których sprowadził Jacques Cartier, przetrwało zaledwie kilka lat.
Kolonistom towarzyszyli księża katoliccy.
Do idei kolonizacji wschodniej Kanady powrócił Samuel de
Champlain, podróżnik i odkrywca, któremu przypadł w udziale zaszczytny tytuł „Ojca Nowej Francji”. W latach 1604–1606
prowadził prace badawcze na terenach obecnej Nowej Szkocji
i Nowego Brunszwiku. W  1605  r. założył Port Royal pierwsze,
stałe osiedle francuskie w Akadii (Nowa Szkocja), a  trzy lata
później w Quebecu. Osiedle w Port Royal nie przetrwało długo.
Po trzech latach – głównie z powodu szkorbutu – koloniści powrócili do Francji. Jednak w 1611 r. Francuzi jeszcze raz wyruszyli do Kanady. Towarzyszyło im wówczas kilku jezuitów.
U boku młodych kolonii francuskich wyrastały o wiele prężniejsze kolonie angielskie, zgrupowane obok kolonii francuskich
w Nowej Anglii, na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych. Na terenie tych kolonii, uważanych za kolebkę kultury USA,
istnieje dzisiaj sześć amerykańskich stanów (Maine, New Hampshire, Vermont, Massachusetts, Rhode Island i Connecticut). Od
początku kolonie te rozwijały się bardzo prężnie i miały znacznie
więcej zasobów materialnych oraz ludności.
Przed przybyciem kolonistów francuskich na tereny Nowej
Francji Kanada liczyła około 500 000 ludności. Najliczniejszą
grupę stanowili Algonkini, (zamieszkujący wschodnią i centralną Kanadę od Zatoki Hudsona po Labrador, okolice Wielkich
Jezior oraz tereny na wschód od nich) oraz Atapaskowie (od
jeziora Athabaska do rzeki Jukon na Alasce). Dość liczną gru-

�16

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

pę, zwłaszcza w Nowej Francji, stanowiły plemiona irokeskie,
wśród nich Huronowie (Wendet, Wajandoci1), którzy pozostawali od dawna w opozycji do plemion z tej samej rodziny językowej, zrzeszonych w  tzw. Lidze Irokeskiej (Mohawk, Oneida,
Onondaga, Cayuga i Seneca).
Samuel de Champlain był nie tylko podróżnikiem i odkrywcą, ale także gubernatorem kolonii francuskich (w latach 1612–
1627) i zdolnym politykiem. Jako jeden z pierwszych Europejczyków zetknął się z Huronami, przyjmując wobec nich postawę
szacunku i dążąc do pokojowej koegzystencji. Rozwinął handel
z Indianami, zawierając przymierze z Algonkinami zamieszkującymi dolinę Rzeki Świętego Wawrzyńca i tereny wzdłuż rzeki
Outaouais oraz z Huronami z okolic Wielkich Jezior. Owa sieć
zobowiązywała do udzielenia pomocy partnerowi handlowemu
w  przypadku ataku ze strony Ligi Irokeskiej, a  także przyjęcie
przez Indian jezuickich misjonarzy. Samuel de Champlain marzył o schrystianizowaniu ludności autochtonicznej w duchu katolickim. W 1615 r. sprowadził on do Nowej Francji francuskich
rekolektów, którzy byli pierwszymi misjonarzami w  Quebecu.
W czerwcu 1625 r. przybyło tam pięciu jezuitów: ojcowie Charles Lalemant (przełożony), Edmund Massé, Jean de Brébeuf
oraz bracia Gwalbert Buret i  François Charreton. Rok później
założyli oni pierwszą stację misyjną wśród Huronów – Ihonatiria.
Tymczasem do Nowego Świata przedostały się konflikty ze
Starego Kontynentu, pogłębione dodatkowo różnicami konfesyjnymi. Wybuchły walki między Anglikami z Nowej Anglii i Francuzami z Nowej Francji. 19 lipca 1629 r. miasto Quebec skapitulowało, a najeźdźcy splądrowali okolicę i wypędzili misjonarzy.
Samuel de Champlain dostał się do niewoli i został przewieziony
1) W swoim własnym języku, Huroni nazywali siebie „Wendat” – „Mieszkańcy Wyspy”. Szacuje się, że w momencie przybycia osadników z Europy, populacja Wajandotów liczyła 25 000 – 30 000 ludzi zamieszkujących około dwudziestu wiosek.

�Zarys przeszłości i ewangelizacji Kanady

17

do Anglii. Tam stwierdził, iż walki o Quebec odbywały się już po
podpisaniu traktatu pokojowego w Europie, a zatem z punktu
widzenia prawa międzynarodowego miały charakter wojny prywatnej. W 1632 r. te argumenty zostały uwzględnione i Quebec
powrócił do Francji, a do Quebecu jezuici. Ten pierwszy większy
konflikt zbrojny w fazie tworzenia kolonii (tzw. pierwsza wojna
o Quebec) zapowiadał następne. Właściwie nieustanny konflikt
rzadko przerywany był okresami całkowitego pokoju, jeżeli nawet taki panował między obydwoma mocarstwami na terenie
Europy.
Już u początków kolonizacji Samuel de Champlain, uzyskawszy poparcie Karola Burbona, a potem jego wnuka – Henryka,
założył królewską spółkę handlową, która monopolizowała handel. Spółka ta bardzo szybko zaczęła się rozwijać, korzystając
m.in. z ogromnego bogactwa futer, jakie dostarczały zwierzęta
z  lasów kanadyjskich. Wyprawy po futra były tak pociągające
i dochodowe, że w 1673 r. władze Nowej Francji wydały dekret,
który zabraniał młodym kolonistom francuskim obierania zawodu trapera.
Pogoń za futrami znacznie wpłynęła także na losy Kanady.
W 1658 r. dwaj Francuzi, Pierre-Esprit Radisson i jego szwagier,
Medard Chouard de Groseillers wyprawili się po futra aż na terytorium dzisiejszej Manitoby i  dotarli do Zatoki Hudsońskiej
oraz do Zatoki Jamesa, skąd przywieźli dużą ilość zachwycających futer. Ich urokowi nie oparł się jednak gubernator Nowej
Francji. Skonfiskował on łupy, a traperom zarzucił, że nie mieli na całe przedsięwzięcie urzędowego zezwolenia. W poczuciu
niesprawiedliwości traperzy udali się na rywalizujący z Francją
dwór londyński. Pozyskali przychylność Karola II i  zorganizowali angielską wyprawę nad Zatokę Jamesa pod wodzą księcia
Rupperta. Tam założono fort i  zawarto traktaty z  Indianami.
Zachęcony sukcesem Karol II w  1670  r. wydał dekret tworzący Kompanię Handlową Zatoki Hudsońskiej, której oddawał
w dzierżawę na sto lat teren o powierzchni 4 milionów km2 (pra-

�18

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

wie 50% powierzchni dzisiejszej Kanady a  także część dzisiejszych Stanów Zjednoczonych). Kompania miała prawo posiadania ziemi oraz monopol na handel futrami z prawem polowań
i  połowu ryb. Teren ten zaczęto nazywać „Ziemią Rupperta”
i  ustanowiono angielskiego gubernatora. Prawie natychmiast
rozpoczęto budowę sieci fortów i faktorii. Jednak już w 1682 r.
Medard Chouart i Pierre-Esprit Radisson, współtwórcy kompanii odłączyli się od niej utworzyli konkurencyjną Kompanię Północną (La Compagnie du Nord), oddając się jednocześnie pod
opiekę króla Francji. Kompania ta działała jeszcze bardziej na
Zachód i Północ, także na terenach angielskich. Rozpoczęła się
bezpardonowa wojna o futra i wpływy, która wkrótce przerodziła się w  konflikt zbrojny. W  1686  r. ośmiusetosobowy zbrojny
oddział wyruszył na podbój fortów i  faktorii Kompani Zatoki
Hudsońskiej. Francuzi zdobyli tereny Kompanii, ale o  ich losie zadecydowała tzw. druga wojna o  Quebec, która rozegrała
się w latach 1689-1697. Pokój podpisany przez Anglię i Francję
w  1697  r. zagwarantował zwrot wcześniej zagarniętych terytoriów.
W  kolejnej wojnie na początku XVIII w. Francja utraciła
Akadię, co wiązało się z deportacją ludności francuskiej, której
towarzyszyły liczne okrucieństwa. Brytyjczycy utworzyli w  jej
miejsce Nową Szkocję. Największa klęska spotkała jednak Francuzów w wojnie, która wybuchła w 1757 r. Była ona także odbiciem tzw. wojny siedmioletniej w Europie, gdzie Anglia i Francja były znowu w przeciwnych obozach. Wojnę tę kończył pokój
paryski, podpisany 10 lutego 1763 r., na mocy którego Francja
zobowiązała się do przekazania Anglii swoich wszystkich kolonii
północnoamerykańskich. W ten sposób Nowa Francja przestała
istnieć.
Niestety ta rywalizacja odbiła się także na wzajemnych stosunkach plemion indiańskich. Anglicy i  Holendrzy zawiązali
układy handlowe z Ligą Irokeską, dostarczając broń palną. Dzięki temu plemiona te zyskały sporą przewagę nad zjednoczonymi

�Zarys przeszłości i ewangelizacji Kanady

19

z Francuzami Huronami. Huroni zdziesiątkowani przez epidemię i  wyniszczeni walkami ostatecznie otrzymali teren niedaleko miasta Quebec, na którym zbudowali osadę – Wendaké.
Dzisiaj miasto to jest obszarem eksterytorialnym, należącym do
Huronów.
Od początku misjonarze, którzy przybyli do Kanady, zajmowali się nie tylko duszpasterstwem wśród europejskich osadników, ale także ewangelizacją Indian. Rekolekci już u początków
pobytu w Nowej Francji ewangelizowali mieszkańców z doliny
Rzeki Św. Wawrzyńca, a następnie Huronów. W 1615 r. założyli
oni misję Sainte-Marie-des-Hurons, którą w 1634 r. przejęli jezuici. Oni także założyli inne misje wśród Indian: Saint-Joseph
(1640 – Huronowie), Les Apôtres (Petun), Saint-Esprit (Nipissings), Saint-Pierre (Odżbuejowie i Outaouais) oraz Saint-Charles. Podczas walki Ligi Irokeskiej z Huronami i Petunami misja
Sainte-Marie-des-Hurons została zniszczona, a w niej pracujący misjonarze kolejno zamordowani: Antoine Daniel (4 lipca
1648), Jean de Brébeuf (16 marca 1649), Gabriel Lalemant (17
marca 1649), Charles Garnier (7 grudnia 1649) i Noël Chabanel
(8 grudnia 1649). Wszyscy oni zostali kanonizowani przez papieża Piusa XI 29 czerwca 1930 r.
Misjami wśród Indian zainteresowali się także protestanci.
W 1823 r. misje wśród Mississauguas z Górnej Kanady rozpoczęli metodyści. Po nich do ewangelizacji Indian przystąpili anglikanie oraz bracia morawscy.
11 kwietnia 1658  r. utworzono na terenie Kanady pierwszą
kościelną jednostkę administracyjną – Wikariat Apostolski Nowej Francji, który 1 października 1674 r. został podniesiony do
rangi diecezji (diecezja Quebec). Pierwszym wikariuszem oraz
ordynariuszem diecezji był bp François de Laval de Montmorency. Tenże biskup utworzył 26 marca 1663 r. wyższe seminarium
duchowne, kształcące odtąd miejscowy kler. W 1760 r. w Nowej
Francji było już ok. 100 parafii i 84 księży diecezjalnych. Do tego

�20

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

trzeba dołączyć 30 sulpicjanów, 25 jezuitów, 24 franciszkanów
oraz ok. 200 zakonnic, należących do sześciu zgromadzeń zakonnych. Kościół prowadził szkoły oraz dzieła miłosierdzia.
Państwo i Kościół pod rządami brytyjskimi

Po zajęciu Nowej Francji – zwanej już powszechnie „Kanadą”
– Brytyjczycy ustanowili najpierw tymczasowy zarząd kolonii,
a  następnie – na podstawie tzw. Ustawy o  Quebecu (1774, Quebec Act) ustanowiono gubernatora generalnego, mianowanego
przez monarchę angielskiego. Ustawa ta gwarantowała wolności
religijne i przywracała francuski system prawny. Jednocześnie też
zbiegła się ona z walką o niepodległość Stanów Zjednoczonych,
którą Brytyjczycy przegrali i  administrowali tylko Nową Szkocję i  dawną Nową Francję – a  zatem terytoria Kanady. W  tych
dwóch regionach osiedliło się wielu lojalistów, którzy wyemigrowali z USA, przez co zmienił się także skład narodowościowy
dawnej Nowej Francji. Prowadziło to do napięć, które starała się
rozwiązać tzw. Ustawa o Kanadzie (1791, Canada Act). Parlament
Brytyjski podzielił Kanadę (Nową Francję) na dwie prowincje:
Górną Kanadę (późniejsze Ontario) i Dolną Kanadę (późniejszy
Quebec). Ustawa powoływała regionalne parlamenty w  każdej
prowincji. Sytuacja jednak daleka była od zupełnej stabilizacji.
W 1812 r. Kanada toczyła wojnę ze Stanami Zjednoczonymi, które nieustannie dążyły do aneksji północnych kolonii brytyjskich.
Dawały się także mocno odczuć wewnętrzne napięcia narodowościowe, jak i napięcia między grupami nacisku w obydwu Kanadach. Dochodziło do zamieszek i rebelii, jak choćby w 1837 r. tak
w Górnej jak i Dolnej Kanadzie. Spowodowało to, iż Parlament
Brytyjski uchwalił nową Ustawę o Unii Kanadyjskiej (1841), dzielącą kraj na dwie części: Kanadę Wschodnią i Kanadę Zachodnią.
W 1865 r. stolicą Unii została Ottawa.
Nowa Szkocja pozostała jednak poza Unią Kanadyjską.
Faktycznie poza unią pozostawały też tereny Kompanii Zatoki

�Zarys przeszłości i ewangelizacji Kanady

21

Hudsona oraz Kompanii Północnej (w 1821 r. Kompania Zatoki
Hudsona wchłonęła Kompanię Północną na drodze fuzji).
Druga połowa XIX w. była latami prawdziwej eksplozji demograficznej w Kanadzie. Pierwszy spis powszechny z 1871 r.
mówił o populacji, która liczyła 3 689 257 mieszkańców. Stało
się tak m.in. dzięki masowemu napływowi do Kanady, głównie do Kanady Zachodniej, imigrantów już nie tylko z Anglii,
Szkocji lub Irlandii, lecz także z Niemiec, Europy Środkowej
i Wschodniej, w tym i z Polski. Zachwiało to równowagę między Kanadą Wschodnią i  Zachodnią. Targana wewnętrznymi
walkami oraz nieustannymi sporami a nawet starciami zbrojnymi z sąsiadującymi USA, Unia Kanadyjska dążyła do stworzenia suwerennego, konfederacyjnego państwa, zwłaszcza
pod przywództwem Johna Mcdonalda. W  1867  r. Parlament
Brytyjski uchwalił Konfederację Kanady, w skład której weszły
prowincje Ontario, Quebec, Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik.
W 1869 r. rząd Kanady przejął od Kompanii Zatoki Hudsona
największy w  świecie obszar kontrolowany przez prywatną
korporację, tworząc z  tych terenów tzw. Terytoria Północno-Zachodnie. W  tym samym roku z  tej ziemi – po tzw. rebelii
Luisa Riela znad Rzeki Czerwonej – została wydzielona piąta
prowincja Kanady – Manitoba. W 1871 r. do Konfederacji Kanady przystąpiła Kolumbia Brytyjska, a w 1873 r. Wyspa Księcia Edwarda. W następnych latach utworzono nowe prowincje
kanadyjskie i przyłączono do kraju niewielkie enklawy brytyjskie, jednocześnie uzyskując w 1932 r. jeszcze większe przywileje, które uczyniły Kanadę w praktyce niezależną od Wielkiej
Brytanii.
Po podboju Quebecu Kościół katolicki znalazł się nie tylko
pod panowaniem brytyjskim, ale także i protestanckim. Pomimo, iż tzw. „Ustawy o Quebecu” gwarantowały wolność religijną, to jednak zdarzały się naciski na nominacje kościelne i trudności przy nominacjach katolików na stanowiska państwowe.

�22

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Francuski charakter Kościoła w  Kanadzie zmieniał się. Już
od końca XVII w. przybywali na jej tereny katolicy irlandzcy.
W 1784 r. utworzona została Prefektura Apostolska Nowej Fundlandi, w 1796 r. podniesiona do rangi wikariatu apostolskiego.
Pod koniec XVIII w. na Wyspie Księcia Edwarda w Nowej Szkocji osiedliła się spora grupa katolików szkockich, dla których
w 1817 r. utworzono Wikariat Apostolski Nowej Szkocji. Wraz
z napływem dalszych rzesz kolonistów, zwłaszcza w II połowie
XIX w., struktury kościelne rozrosły się i  Kościół w  Kanadzie
stracił swe francuskie oblicze.

�III.	Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

„Terytoria Północno-Zachodnie” – tą nazwą w pierwszej połowie XIX w. określano część Kanady, która rozpościerała się na
zachód od Saint Boniface oraz na północ od granicy ze Stanami
Zjednoczonymi, aż po Ocean Arktyczny. Na początku XIX  w.
ten ogromny teren był z  rzadka zaludniony, mieszkali tam jedynie nieliczni Indianie, Metysi, biali traperzy, urzędnicy rywalizujących ze sobą handlowych Kompanii Zatoki Hudsońskiej
i Kompanii Północno-Zachodniej oraz na Dalekiej Północy Inuici (Eskimosi). Osadnicy europejscy zaczęli się z wolna pojawiać
począwszy od 1812 r., głównie przy dzisiejszej granicy z USA. Na
początku XIX w. na tych rozległych terenach nie było żadnego
księdza katolickiego. Pierwsi duchowni osiedlili się w Saint Boniface w 1818 r. Rozmach ewangelizacji na tych terenach nadało
dopiero przybycie w połowie XIX w. Misjonarzy Oblatów Maryi
Niepokalanej. Ich praca ewangelizacyjna zaowocowała licznymi
nawróceniami oraz utworzeniem struktur kościelnych. Do dzisiaj na większości tych terenów oblaci kierują wieloma diecezjami i stanowią ich podstawowy personel duszpasterski.
Montreal bramą do „wielu krain”

Na początku XIX w. Kościół katolicki w Kanadzie miał wybitnie francuski charakter. Administracyjnie zorganizowany
był też w  jedną ogromną diecezję Quebec, w  której pracowali
głównie księża francuscy. Nawet po utworzeniu relatywnie nie-

�24

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

wielkich wikariatów apostolskich Nowej Szkocji i  Górnej Kanady (późniejsze Ontario), obejmujących troską duszpasterską
angielskojęzycznych katolików, francuskojęzyczni wierni z Quebecu wciąż nadawali ton życiu Kościoła. W 1836 r. z ogromnej
już wtedy archidiecezji Quebec wydzielono także frankofońską
diecezję Montreal. Rok później w  Quebecu (Dolnej Kanadzie)
wybuchła rebelia, która znacznie osłabiła także Kościół. Do jego
osłabienia przyczyniły się również intensywne wówczas przemiany społeczne. Tym negatywnym tendencjom przeciwstawiał
się bp Ignace Bourget, mianowany w  1840  r. ordynariuszem
Montrealu. Postanowił on „schrystianizować” i „zregenerować”
miejscowe społeczeństwo. Był on m.in. inicjatorem prasy misyjnej, kierowanej przez wykształconych świeckich oraz misji
ludowych w parafiach. Nawoływał do wprowadzenia zasad moralnych w  życiu społecznym i  politycznym. Stworzył program
pomocy dla ubogich, chorych, sierot i niepełnosprawnych. Troska ordynariusza Montrealu obejmowała także katolików, żyjących poza granicami regularnych parafii, a zwłaszcza pozbawionych zupełnie opieki duchowej rolników z tzw. „townships”
– kwadraty ziemi 6 x 6 mil – oraz robotników leśnych, którzy
zaczęli tworzyć od 1810 r. coraz to znaczniejszą grupę. Każdej
jesieni wiele tysięcy mężczyzn wyruszało w głąb lasów, by przez
pięć lub sześć miesięcy zimowych ścinać drzewa w  dolinach
rzecznych i spławiać je do tartaków.
Bp Ignace Bourget, ordynariusz Montrealu, wiedział dobrze, iż dla swojego szeroko zakrojonego programu duszpasterskiego nie znajdzie sił w młodym stosunkowo Kościele kanadyjskim. Dlatego też szukał pomocy w  Europie. Bp Ignace
Bourget widział jak wiele dobrego dla ożywienia życia religijnego w jego diecezji wniosły misje parafialne, głoszone przez
bpa Charles de Forbin Janson, założyciela Stowarzyszenia Misjonarzy Francji. Z powodu braku personelu to stowarzyszenie
zakonne także nie mogło kontynuować rozpoczętego dzieła.
Z  prośbą o  pomoc hierarcha z  Montrealu zwrócił się do bpa

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

25

Eugeniusza de Mazenoda, ordynariusza Marsylii i  zarazem
założyciela Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. „Wydaje mi się, że jeśli są na ziemi ludzie, przedmiot
szczególnej troski waszego Instytutu, prawdziwie rozproszone
i  zagubione owce Domu Izraela, to są nimi właśnie ci biedni
ludzie z leśnych ostępów” – pisał o robotnikach z kanadyjskich
townships do bpa Eugeniusza de Mazenoda2. Ordynariusz
Montrealu chciał także zapewnić opiekę duszpasterską kilkudziesięciu tysiącom katolików francuskich, którzy osiedlili się
z  drugiej strony granicy, na terenie USA. Wreszcie zamierzał
on także posłać oblatów do ewangelizacji Indian, którzy zamieszkiwali tereny jego rozległej diecezji, o czym mówił biskupowi Eugeniuszowi de Mazenod podczas swojej wcześniejszej
wizyty w Marsylii.
Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej
w  swoich początkach, sięgających 1816 r., koncentrowało się
na głoszeniu misji ludowych i  pracy wśród biedoty w  granicach Prowansji – rodzinnego regionu założyciela zgromadzenia
– później w  granicach całej Francji. Jednak już w  chwili jego
aprobaty przez Stolicę Apostolską w 1826 r. założyciel zgromadzenia wyjaśniał kard. Carlo Maria Pedicini, odpowiedzialnemu za przygotowanie dossier dla Stolicy Apostolskiej, że celem
nowego zgromadzenia zakonnego jest służba biednym i opuszczonym w tej części świata, do której wezwie ich papież lub odpowiedzialny za swój teren biskup. Członkowie młodego zgromadzenia bardzo szybko zaczęli szukać otwarcia na cały świat.
W  latach 1830-1833 próbowali założyć placówki w Algierii.
Wysiłek ten zakończył się jednak niepowodzeniem. Prośba bpa
Ignace Bourget z Montrealu odpowiadała w pełni ich misyjnym
planom.
2) List z 19 października 1843 r. Por. D. Levasseur, La venue des Oblats de Marie Immaculée en Amérique, [w:] Western Oblate Studies, t. 2, Proceedings of the second
symposium on the history of the Oblates in Western and Northen Canada, (red.)
Raymond Huel, Lewiston-Qeenston-Lampter 1991, s. 14.

�26

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Bp Eugeniusz de Mazenod skierował pytanie o przyjęcie misji kanadyjskiej do wszystkich członków zgromadzenia. Odpowiedź była pozytywna, a nawet entuzjastyczna. Dlatego już miesiąc po wizycie bpa Ignace Bourget w  Marsylii, bp Eugeniusz
de Mazenod poinformował ordynariusza Montrealu o  decyzji
zgromadzenia. „Oto otwiera się przed nami piękna misja” – zanotował założyciel oblatów w swoim dzienniku 16 lipca 1941 r.,
w  dniu w  którym wysłał pozytywną odpowiedź3. A  pierwszym
oblatom, udającym się do Kanady, przypominał tuż przed odjazdem: „Waszym zadaniem jest zaszczepienie Zgromadzenia
na tych rozległych terenach, gdyż Montreal jest tylko bramą,
która wprowadzi rodzinę na podbój dusz w  wielu krainach4”.
Całe zgromadzenie liczyło wówczas tylko 45 członków.
29 września 1841 r., grupa pierwszych sześciu oblatów, czterech kapłanów i  dwóch braci zakonnych, opuściła Marsylię
i przez Havre i Nowy Jork przybyła 2 grudnia 1841 r. do Montrealu. Otrzymali oni parafię Saint-Hilaire w  Rouville, z  której
po kilku miesiącach przeprowadzili się do Longeuil, a w 1848 r.
do Montrealu.
Pierwsza grupa oblatów poświęciła się głównie głoszeniu
misji i rekolekcji parafialnych w parafiach w diecezji Montreal. W  latach 1841-1846 wygłosili oni ponad 120 misji i  rekolekcji parafialnych, co stanowi imponującą liczbę i  świadczy
o ich wielkiej gorliwości. W 1844 r. rozpoczęli pracę wśród katolików w diecezji Kingston. W tym samym roku przejęli także
pierwszą misję wśród Indian w diecezji Montreal, a następnie
misje indiańskie w  diecezji Quebec, otrzymując w  praktyce
od miejscowego ordynariusza zadanie ewangelizacji rozległej,
północnej części diecezji. Bazą do niej był dom zakonny założony w Saint Alexis. Oblaci prowadzili misje wśród Indian na
3) E. de Mazenod, Journal 1839-1845, Rome 2001, s. 242.
4) List E. de Mazenod do J.-B. Honorat z 9 października 1841 r. [w:] E. de Mazenod,
Lettres aux corespondants d’Amérique, 1841-1850, Rome 1977, s. 17.

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

27

północnym brzegu Rzeki Św. Wawrzyńca (Betsimits-Naskapis), w głębi (Mistassins) oraz na północy Labradoru (Montanezi).
W 1848 r. oblaci założyli kolegium w Bytown, które stało się
w  1861  r. kolegium ottawskim, a  w  1866 – za aprobatą Parlamentu i Stolicy Apostolskiej – Uniwersytetem Ottawskim.
Mieszkańcy Północnego-Zachodu

Nazwa „Terytoria Północno-Zachodnie” wiąże się z  działalnością utworzonej w 1682 r. handlowej Kompanii Północnej (La
Compagnie du Nord), czerpiącej zyski z handlu skórami zwierzęcymi. Był to główny materiał eksportowy, który włączał te słabo
zaludnione, ogromne terytoria w strefę zainteresowań Europejczyków, tworzących Nową Francję, nowe tereny Wielkiej Brytanii, czy też później Kanadę. Kompania Północna, zarządzana
początkowo przez Francuzów, w 1784 r. została wykupiona przez
kupców szkockich z Montrealu i pod nazwą Kompania Północno-Zachodnia (North West Company) dalej prowadziła bezpardonową walkę o handel skórami i futrami z Kompanią Zatoki Hudsona – zależną od początku od rządu królewskiego w Londynie.
W praktyce te ogromne tereny były największym w świecie – pod
względem powierzchni – obszarem wpływów prywatnych kompanii handlowych. O te wpływy obydwie kompanie walczyły uciekając się niekiedy do starć zbrojnych. Jednym z  wybitniejszych
dyrektorów Kompanii Północno-Zachodniej był Alexander Mackenzie (1764 - 1820), szkocki kupiec i odkrywca, który przekroczył Góry Skaliste i dotarł do Oceanu Spokojnego.
W 1821 r. doszło do rozmów i wchłonięcia Kompanii Północnego Zachodu przez Kompanię Zatoki Hudsona. Były to jednak
nadal tereny pozostające poza strukturami państwowymi. Dopiero w 1869 r. własność Kompanii dostała się pod rządy Kanady.
Ludność Północnego Zachodu w połowie XIX w. składała się
głównie z Indian, należących do trzech grup językowych.

�28

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Algonkini – mieszkańcy prerii

Pierwszą z nich stanowili Algonkini, liczący ponad trzydzieści tysięcy osób. Zamieszkiwali oni pogranicze dzisiejszych
Stanów Zjednoczonych i  Kanady oraz duże, środkowe połacie
dzisiejszych prowincji kanadyjskich Manitoba, Saskatchewan
i Alberta. Najbardziej na południe wysunięci byli Saulteaux, Kri
Równin i Gros Vantre. Do tej samej rodziny językowej należała
grupa Czarnych Stóp (Siksika), którzy liczyli ok. sześciu tysięcy
osób i zamieszkiwali południowe tereny dzisiejszej Alberty. Pomiędzy nich klinem wbijali się – głównie w prerie Saskatchewan
– należący do innej grupy językowej Indianie Assiniboines. Byli
oni gałęzią Siuksów z  terenów Stanów Zjednoczonych i  liczyli
ok. cztery tysiące osób, mieszkających na terenach Algonkinów.
Kultura i życie codzienne Czarnych Stóp (Siksika) związane
było z prerią i polowaniami na bizony. Byli jedną z pierwszych
grup Indian, którzy opuścili lasy i zamieszkali na preriach. Ich
nazwa „Czarne Stopy” wzięła się ze zwyczaju barwienia mokasynów popiołem drzewnym. Szczyt potęgi osiągnęli w pierwszej
połowie XIX w., atakując i spychając słabsze plemiona na tereny
mniej atrakcyjne. Początkowo skutecznie też bronili swych terenów przed białymi traperami. W 1877 r. Czarne Stopy podpisali
traktat z rządem Kanady i zamieszkali w rezerwacie Blackfoot
Crossing na wschód od Calgary.
Bardziej na północ od Czarnych Stóp rozległe prerie zajmowali Kri Równin. Ich nazwa pochodzi od grupy autochtonów
znad Zatoki Jamesa, których Francuzi nazwali „Kristinons”, zamienione w „Cri” (ang. Cree). Kri Równin na przełomie wieku
XVIII i XIX znani byli jako dobrzy wojownicy i myśliwi polujący
na bizony. Pod koniec XIX w. Kri Równin także podpisali traktaty z rządem Kanady i przenieśli się do rezerwatów.
Poza obszarem prerii, nieco dalej na północ żyli Kri Bagien
(przy Zatoce Hudsona) i Kri Leśni. Ich życie i kultura związana
była z  karibu i  rybołówstwem, przez co ich losy potoczyły się

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

29

innymi torami, pozostawiając na dłużej ich dawny sposób życia
i unikając życia w rezerwatach.
Życie Indian z prerii związane było nieodłącznie z wielkimi stadami bizonów, które pokrywały prerie kanadyjskie aż do drugiej
połowy XIX w. Indianie z  prerii używali także koni, które dość
szybko rozprzestrzeniły się po rozległych preriach począwszy od
Meksyku, dokąd zostały sprowadzone przez Hiszpanów w XVI w.
Indianie z  prerii mieli zasłużoną opinię doskonałych jeźdźców.
Jeśli chodzi o sposób życia to z reguły Indianie z prerii żyli w wędrownych grupach, relatywnie licznych. Często przemieszczali się
po preriach w poszukiwaniu bizonów. W latach 1730-1870 ważną
rolę w ich życiu pełnił także handel skórami, dzięki któremu pozyskiwali m.in. broń palną. W połowie lata rozproszone grupy Indian
tworzyły przez kilka tygodni ogromne obozowisko. Ważnym elementem tego spotkania był wspólny „Taniec Słońca” oraz rytualne
polowanie na bizony. Po tym wspólnym świętowaniu Indianie znowu dzielili się na małe grupy i począwszy od jesieni wędrowali po
preriach i zakładali dobrze strzeżone obozy, gdyż Indianie z prerii
pozostawali niemal w nieustannej wojnie z sąsiadami.
Codzienność Indian z  prerii wypełniona była religią. Przekonani byli, iż życie zwierząt i zjawiska natury są przeniknięte
mocą duchową, która ma nad nimi władzę. Starali się posiąść tę
władzę duchową.
Życie Indian ulegało gwałtownym przemianom w  połowie
XIX w. Zetknięcie z  białymi osadnikami, liczne epidemie europejskich chorób – głównie ospy – w latach 1819, 1837, 1845,
1864 i 1869 zdziesiątkowały Indian z prerii. Pod koniec XIX w.
zostały także w praktyce wybite stada bizonów.
Athapaskowie – mieszkańcy lasów

Obszary leśne Terytoriów Północno-Zachodnich zdominowane były przez Indian należących do rodziny językowej Athapa-

�30

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

ska. W rozległych dorzeczach Athabaski i Mackenzie mieszkało
w  połowie XIX w. ok. piętnastu tysięcy Czipewejów, zwanych
powszechnie przez francuskich traperów i misjonarzy „Montanezami” (Montagnais). Grupy tej nie należy mylić z „Montanezami” (Montagnais, Innu-Aimun) ze wschodniej Kanady. Ich
podziały i nazewnictwo nastręczają licznych trudności tak w literaturze popularnej, jak i naukowej.
Czipewejowie (Chipewyan) – sami siebie określają „Dene”
(lud), a  ich wspólnoty regionalne noszą własne nazwy. Nazwa
„Czipewejowie” służy w  sumie dla określenia sporej grupy Indian zajmujących północną część lasów borealnych i sąsiadującej z nimi tundry, począwszy od rzeki Seal do Wielkiego Jeziora
Niewolniczego. Niektóre grupy Czipewejów nazywane były „Zjadaczami Karibu”, a  współcześnie w  języku angielskim dla nich
właśnie zarezerwowano nazwę „Mountain” (Montanie).
W XIX w. tereny zajmowane przez Czipewejów (Dene) obejmowały dzisiejszą północną Manitobę, Saskatchewan, Albertę
oraz południowe Terytorium Północnego-Zachodu. Z  powodu
epidemii, zwłaszcza pierwszej wielkiej epidemii ospy w  latach
1781-1782, Czipewejowie zostali zdziesiątkowani. Epidemie te
wybuchały do pierwszej połowy XX w.
Początkowo życie Czipewejów związane było ściśle z polowaniami na karibu i migracjami tych zwierząt. Grupy łowieckie
składały się z dwóch lub więcej spokrewnionych rodzin i tworzyły wraz z innymi czasowe związki, łączące się bądź rozdzielające w zależności od migracji karibu. Wodzowie poszczególnych grup byli „pierwszymi wśród równych”, a  ich autorytet
opierał się na zdolnościach przywódczych i myśliwskich. Według ich tradycji Thanadelthur, zwana także „Kobietą Niewolnicą”, nawiązała kontakt z przedstawicielami Kompanii Zatoki Hudsona, co zaowocowało wybudowaniem w  1717  r. fortu
Prince of Wales (czy też Churchill) nastawionego na handel
futrami z Czipewejami. Ten handel pogorszył ich relacje z są-

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

31

siadującymi z nimi Kri Leśnymi i Kri z Bagien (grupa anglokińska), zwanych przez Czipewejów „Ena” (Wrogowie).
Niekiedy nazwę „Czipewejowie” nadaje się także Żółtym
Nożom (Yellowknife, Redknives, Copper) – także ludowi Dene
– żyjącym nad brzegami rzek Coppermine i Yellowknife, na
północno-wschodnim brzegu Wielkiego Jeziora Niewolniczego i północno-wschodniego krańca Ziemi Jałowej (Barren Grounds). Żółte Noże odgrywali ważną rolę w początkowych kontaktach Europejczyków z Czipewejami. Dlatego też pod koniec
XVIII w. i na początku XIX w. najbardziej z handlu skórami korzystali Żółte Noże znad rzeki Yellowknife, skąd wypędzili oni
Płaskie Psie Boki. Żółte Noże ścierali się także z sąsiadującymi
z nimi Inuitami. Pomimo znacznego wymieszania z Czipewejami grupa Żółtych Noży była wyróżniana z Czipewejów do połowy XX w.
Bardzo ściśle spokrewnieni są językowo – i nie tylko – z Czipewejami i  Żółtymi Nożami byli Płaskie Psie Boki (Dogrib,
Done) i Niewolnicy (Slave, Slaveys, Denedha).
Płaskie Psie Boki zamieszkiwały wschodni brzeg rzeki Mackenzie, począwszy od Wielkiego Jeziora Niewolniczego po Wielkie Jezioro Niedźwiedzie. W połowie XIX w. liczyli ok. 800 osób.
Żyli głównie z polowań na karibu i handlu skórami. Obecnie ich
liczba wynosi ok. 2000 osób.
Zające byli także grupą Indian kanadyjskich z  grupy językowej Athapaska, żyjąca w  dolinie Mackenzie na Terytorium
Północno-Zachodnim. Przed kontaktem z  Europejczykami liczyła ona ok. 700-800 osób. Zajmowali się oni rybołówstwem,
polowaniami na drobną zwierzynę (z upodobaniem do zajęcy
– stąd nazwa nadana im przez Europejczyków), a  także polowaniem na karibu i zbieraniem jagód. Spokrewnieni blisko
z  Płaskimi Psimi Bokami, Niewolnikami i  Kutchins. Kontakt
z  Europejczykami nawiązali jeszcze podczas wyprawy Aleksandra Mackenzie. Włączyli się w handel skórami na począt-

�32

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

ku XIX w. Korzystali głównie z Fort Goud Hope, Fort Norman
(dzisiaj Tulita) oraz Fort Franklin.
Niewolnicy (Slave, Slaveys, Denedha) stanowili dość ważną grupą językową Athabaska, zamieszkującą lasy borealne
w zachodniej części subarktycznej Kanady. Ich nazwę o. Émile
Petitot wywodzi z języka kri i tłumaczy jako „Jeniec”. Zamieszkują oni region górski, nad jeziorami i  rzekami Niewolników,
Athabaska i Mackenzie (na południe od Fort Nelson). Znaleźć
ich można nad jeziorem Hay w Albercie i dalej ku północy nad
południowymi brzegami Wielkiego Jeziora Niedźwiedziego. Językowo zbliżeni są bardzo do Płaskich Psich Boków, Zająców
i Kutchins. Do czasu przybycia Europejczyków zajmowali się rybołówstwem, polowaniami na drobną zwierzynę i karibu. Głównym miejscem handlu z nimi stał się Fort Simpson, gdzie założono także misje katolicką i anglikańską. Dość długo zachowali
swój tradycyjny sposób życia, który zaczął się zmieniać dopiero
po II wojnie światowej.
Bobry (Dunneza) byli także grupą należącą do rodziny językowej Athapaska. Żyli nad Rzeką Pokoju na terenie Alberty
i Kolumbii Brytyjskiej.
Na styl życia tych wszystkich grup Indian wpływały ogromne
lasy borealne, o powierzchni kilku milionów km2, złożone głównie
z drzew iglastych – świerka, jodły, czarnej i białej sosny, lokalnie
zastępowanymi przez białą brzozę, olchę, wierzbę a nawet topolę.
Północna granica lasów nie była wyraźna. Niekiedy pojedyncze
wyspy lasów wysuwały się bardzo daleko na północ. Lasy te były
bogate w zwierzynę, głównie w łosia i jelenia watipi, jak również
zimową porą w renifery. Żyły tu także liczne zwierzęta futerkowe,
jak bobry, lisy, wydry, piżmowce i kuny. Na tym terenie spotkać
można również tysiące jezior i rzek, bogatych w ryby.
Zimy na północy były długie i mroźne – temperatura często
spadała do ok. minus 40o C. Lato natomiast było krótkie, ale
upalne – temperatury dochodziły do plus 30o C.

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

33

Indianie z terenów subarktycznych żyli głownie z polowań, rybołówstwa, handlu futerkami zwierzęcymi i zbieractwa. Nie było
warunków naturalnych do upraw rolniczych. Mężczyźni z reguły
polowali na grubą zwierzynę, gdy kobiety zastawiały pułapki na
drobne zwierzęta, łowiły ryby, zajmowały się zbieractwem, suszyły mięso i wyprawiały skóry.
Indianie z  lasów borealnych byli o  wiele ubożsi od Indian
z prerii. W przeciwieństwie do nich żyli też w bardzo małych grupach, najczęściej rodzinnych, liczących 25-30 osób. Nieustannie
przemieszczali się w poszukiwaniu zwierzyny i ryb. Wobec innych nastawieni byli z  reguły pokojowo. Używanie terenu nie
było zarezerwowane tylko dla jednej grupy, ale – zwłaszcza podczas klęski głodu – można było wejść za zwierzyną na tereny
sąsiadów.
Przed przybyciem Europejczyków Indianie subarktyczni nie
mieli oficjalnych wodzów. Ludzie gromadzili się wokół tych,
którzy mieli zdolności przywódcze i podejmowali konkretne inicjatywy, wymagające współdziałania większej grupy. Dotyczyło
to tak walki, jak i  handlu, czy też polowań. Władza tych przywódców nie wykraczała jednak poza te jednorazowe inicjatywy.
Na podejmowane decyzje mieli wpływ prawie wszyscy dorośli,
tak mężczyźni jak i kobiety. Duże znaczenie miały więzy krwi.
Indian cechowała bardzo dobra znajomość terenu i zwyczajów zwierząt. Od tego zależało ich przeżycie czy też względny
dobrobyt. Dzieci od początku uczono liczenia na własne siły
i  umiejętności. Przemieszczali się z  miejsca na miejsce z  minimalną ilością przedmiotów, wyrabiając na nowo w  świeżym
obozowisku wiele potrzebnych narzędzi. Do polowań używano
łuków, różnego rodzaju strzał oraz wyrafinowanych pułapek.
Przy polowaniach zbiorowych na karibu budowano specjalne
zapory, kierujące ich biegiem. Ryby łowiono siecią, włóczniami,
pułapkami, na haczyki i na wędkę. Jesienią osuszano niekiedy
zatoki i rozmieszczano specjalne kosze.

�34

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

By przetrwać czas podróży i głodu Indianie produkowali pemikan (pemmicane), czyli suszone na słońcu mięso upolowanych zwierząt, pokrojone w cienkie paski lub plastry, zmieszane
z łojem i kwaśnymi jagodami, a na końcu uformowane w wałki
lub bochenki. Tak zakonserwowane mięso mogło być przechowywane nawet kilka miesięcy i było wygodne w transporcie.
Zimą Indianie używali w podróży rakiet śnieżnych, które dzięki rozłożeniu ciężaru ciała na większą powierzchnię pozwalały im
poruszać się po śniegu bez zapadania. Tradycyjne rakiety śnieżne
miały drewnianą ramę, na której była rozpięta skórzana „podeszwa”. Rakieta śnieżna miała kształt owalny. Była lekko podniesiona z przodu, a z tyłu posiadała końcowki podobne do rybiego
ogona. Przymocowana była do palców stopy. Rozstawienie nóg
i rytmiczne kołysanie ciała zależało od rozmiarów rakiety, głębokości i miękkości śniegu. Największe rakiety dochodziły do dwóch
metrów długości i pół metra szerokości. By przyzwyczaić się do
rakiery trzeba przejść szereg długich i często krwawych ćwiczeń.
Wynalazkiem Indian były także specjalnie skonstruowane
sanie na jednej płozie. Sanie ciągnęły psy, zaprzęgnięte jeden za
drugim. Nie używano przy ich kierowaniu lejc, lecz wydawano
komendy: hu - na prawo, dja - na lewo, ho - stać. Najlepszymi
drogami w lasach były ścieżki wydeptane przez renifery i dziki.
Latem, do poruszania się po jeziorach i  rzekach, Indianie używali kanu (canoe), które dało początek współczesnym „kanadyjkom”. Był to kajak skonstruowany z drewnianego szkieletu i kory
drzewnej, z reguły pozbawiony pokładu. Rozbijając obozowisko
używali skór zwierzęcych, które transportowali ze sobą i  z  których robili stożkowaty namiot.
Po zetknięciu się z  Europejczykami wielu subarktycznych Indian przejęło szybko ich produkty, między innymi broń palną,
noże, siekiery, kociołki. Przeszli także na polowanie zwierząt futerkowych ze względu na ich wartość handlową, co znacznie przyczyniło się do zmniejszenia populacji tej zwierzyny w regionie.

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

35

Traperzy i Metysi

Oprócz populacji Indian na początku XIX w. na terenach
tych żyło kilka tysięcy Białych i Metysów. W 1806 r. Kompania
Północno-Zachodnia posiadała liczne miejsca handlu skórami
i zatrudniała 1200 pracowników, z których prawie wszyscy byli
kanadyjskimi Francuzami lub Metysami. Do tego doliczyć trzeba urzędników Kompanii Zatoki Hudsona oraz białych traperów, głównie kanadyjskich Francuzów.
Szeroko rozpowszechniona w Europie w XVIII i XIX w. moda
na nakrycia głowy z  bobrów zachęcała licznych kanadyjskich
Francuzów – i  nie tylko ich – do długich wypraw w  lasy Północnego-Zachodu. Te wyprawy wkrótce odpowiedziały także na
zapotrzebowanie na skóry innych zwierząt: soboli, wydr, gronostajów, lisów srebrnych, białych, żółtych, niebieskich, rosomaków, kun, czy wreszcie niedźwiedzi czarnych, szarych i białych.
Głównie dzięki traperom dynamicznie rozrastała się także
grupa Metysów. W  1869  r. liczyli już oni ok. piętnastu tysięcy
osób. W  większości byli oni potomkami kanadyjskich Francuzów i Indianek. W połowie XIX w. zaczęli upominać się o swoje
prawa i  otrzymali od rządu kanadyjskiego ziemię do zagospodarownia w Manitobie. Jednak napływ europejskich kolonistów
wypychał ich z tych terenów. W 1885 r. wybuchła tzw. Rebelia
Północno-Zachodnia, która była powstaniem zbrojnym Metysów pod wodzą Louisa Riela i Gabriela Dumont. Powstanie upadło, a wielu Metysów rozproszyło się żyjąc w biedzie.
Osadnicy europejscy

W pierwszej połowie XIX w. rozpoczęło się także osadnictwo
europejskie. Pierwsza kolonia na Północnym-Zachodzie łączyła
się z  działalnością szkockiego arystokraty Thomasa Douglasa,
hrabiego Selkirk, akcjonariusza Kompanii Zatoki Hudsońskiej.
Thomas Douglas zapoznał się z ciężkimi warunkami bytowymi

�36

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

tysięcy małorolnych lub całkowicie pozbawionych ziemi chłopów szkockich. Szukając rozwiązania problemu wysunął koncepcję zorganizowanej, sponsorowanej przez państwo emigracji
do amerykańskich kolonii. Thomas Douglas zawarł z przedstawicielami Kompanii Zatoki Hudsona umowę na utworzenie kolonii w Dolinie Rzeki Czerwonej, obejmujące część dzisiejszej
prowincji Alberta, część Saskatchewan, Ontario oraz część amerykańskich stanów Północna Dakota i  Minnesota. Blisko 300
tysięcy km2, tzw. Koncesja Selkirka, została nabyta przez niego
za symboliczną sumę dziesięciu szylingów. W latach 1812-1815
zaczeli napływać koloniści. Byli to Szkoci i Irlandczycy, którzy
dołączyli się do żyjących na tych terenach Metysów i  Indian.
Kompania Północno-Zachodnia uważała jednak, iż nowa kolonia jest zagrożeniem dla jej interesów i rozpoczęła walkę zbrojną. Po połączeniu obydwu Kompanii w  1821  r. nastał pokój.
W  1834  r. Kompania Zatoki Hudsona odkupiła tereny kolonii
i administrowała nimi do 1869 r., kiedy to zrzekła się wszystkich
terenów na rzecz rządu federalnego Kanady, pozostając zwykłą
kompanią handlową.
Intensyfikacja osiedlenia na terenach Północnego-Zachodu
nastąpiła po 1872 r., po uchwaleniu Ustawy o  ziemiach państwowych. Początkowo napływali tam głównie anglojęzyczni
przybysze z Ontario, lecz wkrótce nastąpił masowy napływ osiedleńców z Europy, w tym także z Polski.
Inuici (Eskimosi)

Strefę przybrzeżną Oceanu Arktycznego i  okolice Zatoki
Hudsona zamieszkiwali Inuici. Ta północna część obszaru Kanady składa się z  niemal bezwartościowych gleb tundrowych,
odmarzających na 1-1,5 m. Porastają je trawy, turzyce, karłowate drzewa, mchy i skrzypy. Cały ten obszar nosi nazwę Barren
Grounds lub Barren Land i rozpościera się szerokim pasem od
doliny Mackenzie po Zatokę Hudsona.

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

37

Popularnie stosowana w wielu językach – także w języku polskim nazwa „Eskimosi” – pochodzi od słowa eskimo z języka Indian Algonkin i oznacza dokładnie „zjadacze surowego mięsa”.
Dzisiaj nazwę tę powszechnie zastępuje się słowem „Inuit” – co
w języku „Eskimosów”, zwanym „inuktitut” – oznacza po prostu
„ludzie”, a  „Inuk” to „człowiek”. Ich język należy do Eskimos-aleuckiej grupy językowej, którą mówią rodzimi mieszkańcy
Syberii, Alaski, najbardziej wysuniętych na północ połaci Kanady oraz Grenlandii. Wspomniane tereny Syberii miały być ich
kolebką, skąd mieli przejść przez lądolód zwany Beringią (około
5000 – 4500 lat temu) i osiedlić się na Alasce, w Arktyce Kanadyjskiej, na Grenlandii i w Labradorze. Inuici żyli w nielicznych
grupach, przemieszczali się, zakładając tymczasowe obozowiska
w porze letniej, a w zimowej, tworzyli domy ze śniegu – igloo.
Trudnili się głównie polowaniem na karibu i  foki. W  połowie
XIX w. liczyli ok. pięciu tysięcy osób.
Początki ewangelizacji Północnego-Zachodu

Ogromne terytoria brytyjskie Północno-Zachodniej Kanady i Kolumbii Brytyjskiej, obejmujące teren od Stanów Zjednoczonych po Ocean Arktyczny, i  od Górnej Kanady (Ontario) po Góry Skaliste pod względem administracji kościelnej
przynależały do diecezji Quebec. Na początku XIX w. nie było
jednak na Terytorium Północnego-Zachodu żadnego kapłana katolickiego, chociaż żyła tam spora grupa kanadyjskich
Francuzów, pracujących na rzecz kompanii handlowych. Byli
oni z reguły katolikami. Dzięki swoim dobrym relacjom z Indianami nastawiali ich pozytywnie do chrześcijaństwa i w dużej mierze utorowali oni drogę misjonarzom. Niektórzy z nich
pisali petycje o  przysłanie do nich misjonarzy. Także dość
liczna grupa Metysów, w większości potomków kanadyjskich
Francuzów i Indianek, z reguły zachowywała wiarę swych ojców.

�38

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Bezpośredni impuls do przybycia katolickich księży na Terytorium Północnego-Zachodu przyszedł ze strony osadników
z Kolonii Rzeki Czerwonej. W 1816 r. do biskupa Josepha Plesis z  Quebecu napłynęła prośba od Thomasa Douglasa, lorda
Selkirk i Milesa Macdonella, odpowiedzialnego za kolonię nad
Czerwoną Rzeką, o przysłanie księży do ich kolonii. Bp Joseph
Plessis w 1916 r. posłał na miejsce ks. Pierre-Antoine Tabeau,
który dotarł tylko do Lac à la Pluie, gdzie dowiedział się o starciach w  kolonii między osadnikami i  Kompanią Północno-Zachodnią. Stwierdził, iż jest za wcześnie na założenie misji w kolonii i powrócił do Quebecu.
9 stycznia 1917  r. władze kolonii wycofały prośbę o  księży.
Jednak w 1818 r. grupa kolonistów skierowała do biskupa własną prośbę o kapłanów. Odpowiadając na nią bp Joseph Plessis
posłał w 1918 r. do kolonii nad Rzeką Czerwoną księży Norberta
Provencher, Nocolas-Sévère Dumoulin oraz seminarzystę Guillaume Edge. Ich zadaniem było nie tylko prowadzenie duszpasterstwa w  kolonii, ale także ewangelizacja Indian i  Metysów.
Zamieszkali oni w La Fourche, w centrum kolonii. Ta pierwsza
placówka misyjna otrzymała nazwę Saint Boniface. Ze względu
na klęskę nieurodzaju wielu kolonistów przemieściło się jeszcze
w  tym samym roku o  sto kilometrów na południe, do Pembina, gdzie ks. Nocolas-Sévère Dumoulin oraz kleryk Guillaume
Edge założyli drugą misję Saint Francois-Xavier. Obydwie placówki zajmowały się nie tylko pracą duszpasterską wśród kolonistów, ale także prowadziły ewangelizację okolicznych Indian.
W 1820 r. do pracy w kolonii przybył jeszcze ks. Thomas Destroismaisons.
12 maja 1822 r. ks. Norbert Provencher został wyświęcony na
biskupa pomocniczego w Quebecu, mając za zadanie prowadzenie duszpasterstwa i ewangelizacji Północnego Zachodu. Jednak
pomimo szczerych chęci nie miał on personelu do ewangelizacji
na tak rozległych terenach. Ponadto ewangelizację terenów północnych dość skutecznie blokowali urzędnicy Kompanii Zatoki

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

39

Hudsońskiej, sprzyjający wyraźnie misjonarzom anglikańskim
i niechętni katolickim. Bp Norbert Provencher jednak nie ustawał. Na prośbę Metysów z okolic Edmonton posłał tam w 1842 r.
ks. Jean-Baptiste Thibault, który nauczył się języka Kri i Skoczków. W 1844 r. dołączył do niego ks. Joseph Bourass, z którym
założył misję nad Jeziorem Diabelskim, przemianowanym przez
misjonarzy na Jezioro św. Anny. Obydwaj misjonarze odwiedzili również inne okoliczne forty i miejsca spotkań Indian. W ich
ślady poszedł także ks. Albert Lacombe, późniejszy oblat Maryi
Niepokalanej.
16 kwietnia 1844  r. ogromne terytorium Północnego-Zachodu stało się samodzielnym Wikariatem Apostolskim Zatoki Hudsona i Zatoki Jamesa, zarządzanym, przez bpa Norberta
Provencher. W okolicach Rzeki Czerwonej istniały dwie parafie:
Saint Boniface i Saint Francois-Xavier oraz misja Saint-Paul dla
Indian. Ponadto na Północy powstała także misja Sainte Anne,
w pobliżu Edmontonu. W placówkach tych pracowało – oprócz
biskupa – pięciu księży oraz siostry szare z Montrealu, prowadzące kolegium i  dzieła miłosierdzia w Saint Boniface. Misjonarze z Saint Boniface docierali także do Kolumbii Brytyjskiej,
gdzie powstał odrębny wikariat apostolski. Tereny Kolumbii
obejmowały wówczas duże połacie obecnych północnych Stanów Zjednoczonych.
W  1844  r. bp Norbert Provencher zwrócił się do oblatów
w Longueuil z  prośbą o  pomoc personalną. Prośba ta została
przekazana do bpa Eugeniusza de Mazenoda. Św. Eugeniusz de
Mazenod odpowiedział na nią z entuzjazmem. Jednak o. Guigues, ówczesny przełożony oblatów w Kanadzie, uważał to przedsięwzięcie za nieroztropne. W liście do św. Eugeniusza de Mazenoda ten przyszły biskup Ottawy pisał: „Uważam tę fundację
za nieroztropną, a nawet sprzeczną z wolą Bożą. Do Czerwonej
Rzeki jest 800 mil… Komunikacja jest niezmiernie trudna. Będzie to dla naszych podwładnych życie w odosobnieniu narażo-

�40

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

ne na wynikające stąd niebezpieczeństwa”5. Odpowiedź św. Eugeniusza de Mazenoda była zdecydowana: „Roztrząsa to Ojciec
nadaremnie, gdyż nie ma już dyskusji nad tym, co oznajmiłem
w sposób formalny” – napisał do o. Gigues i polecił mu w tym
samym liście posłać misjonarzy”6.
W  1845  r. do pracy na terenach rozległego wikariatu apostolskiego zostali posłani o. Pierre Aubert oraz nowicjusz Alexandre Taché, który był subdiakonem. W zimie z przełomu lat
1845-1846 obydwaj misjonarze przebywali w Saint Boniface
ucząc się języka Saulteaux, po czym o. Alexandre Taché wyruszył wraz z ks. Louis-François Laflèche na Północ, gdzie założyli misję Ile à la Crosse, położoną na północny-wschód od
Montrealu, w okolicach zamieszkałych przez Czipewejów i Kri,
a o. Pierre Aubert objął misję w Wabassimong i Lac à la Pluie
wśród Skoczków, niedaleko od Saint Boniface. W  1846  r. do
pracy w wikariacie przybył kolejny oblat, o. Henri Faraud, a po
nim brat Louis Dubé.
Dynamizm pracy misyjnej oblatów Maryi Niepokalanej

4 czerwca 1847 r. Wikariat Apostolski Północnego-Zachodu
podniesiony został do rangi diecezji, biorącej odtąd swą nazwę
od jej stolicy Saint Boniface. 12 czerwca 1850 r. o. Alexandre
Taché został mianowany biskupem koadiutorem diecezji Saint
Boniface z prawem następstwa po biskupie Norbercie Provencher. Eugeniusz de Mazenod, upatrywał w tej nominacji wolę
Bożą i  z  entuzjazmem odniósł się do nowego, wielkiego pola
ewangelizacji. Następstwem tego było posłanie kolejnych misjonarzy do Kanady. A  miasto Saint Bonifacy stało się odtąd
ich bazą wypadową na rozległe tereny Północnego-Zachodu.
5) O. Guiges, List z 14 II 1845 r. Cyt. za: A. Kurek, Specjaliści od misji najtrudniejszych, „Misyjne Drogi” (1984) nr 1, s. 15.
6) List z  24 V1845 r., [w:] E. de Mazenod, Lettres aux corespondants d’Amérique,
1841-1850, dz.cyt., s. 124.

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

41

7 czerwca 1853  r. bp Alexandre Taché został ordynariuszem
diecezji Saint Boniface.
Po rozpoczęciu misji w  Zachodniej i  Północnej Kanadzie
liczba nowicjuszy w Europie zaczęła gwałtownie wzrastać. Także w samej Kanadzie zwiększyła się liczba oblatów. Wzrostowi
temu towarzyszyło powstawanie nowych misji. Już w 1853 r. misje oblatów gromadziły prawie cztery tysiące katolickich Indian.
Misjonarze oblaci założyli szereg nowych placówek, posuwając
się coraz bardziej na Północ. Głównymi misjami na Zachodzie
i Północy rozległej diecezji Saint Boniface były początkowo misje Sainte Anne i Ile à la Crosse.
Misja Sainte Anne została założona przez ksieży Thibault
i Bourass w 1844 r. Następnie w misji pracował ks. Albert Lacombe, który w  1856  r. został oblatem Maryi Niepokalanej
i  w  ten sposób misja ta stała się misją oblacką. Prowadzono
z niej ewangelizację Indian żyjących w dolinie rzeki Saskatchewan. Misja Sainte Anne stała się m.in. matką dla misji Lac la
Biche i Saint Albert.
Misja Ile à la Crosse została założona przez o. Alexandre Taché i ks. Laflèche w 1846 r. Od 1849 r. była obsługiwana tylko
przez oblatów. Od samego początku objęła ona dwa obozowiska
Indian w La Loche, gdzie gromadziło się 400-500 Czipewejów
oraz Lac Vert (Green Lake), gdzie gromadzili się Kri. Misja ta
stała się matką dla innych misji, m.in. misji Lac Caribou (Czipewejowie i Kri).
Wkrótce oblaci wyruszyli dalej nad Zatokę Hudsona, Morze Beringa, Ziemię Baffina. Głosili Ewangelię Kri, Czarnym
Stopom, Montanezom, Żółtym Nożom, Płaskim Psim Bokom,
Zajęczym Skórkom i wielu innym. W 1860 r. o. Henryk Grollier jako pierwsza Czarna Suknia pojawił się wśród Inuitów.
Później pracy wśród nich próbowali ojcowie Petitot i Lefèbvre.
Jako pierwszy na stałe osiadł wśród nich o. Louis Turquetil
w 1912 r. Zamieszkał on w Chesterfield nad Zatoką Hudsona.

�42

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Po paru latach dołączył do niego inny oblat, brat Prymus Girard. Po czterech latach od założenia tej misji biskup Montrealu
przysłał list, polecający jej opuszczenie i  powrót na południe
Kanady, jeśli do końca tego roku nie będzie choćby jednego nawrócenia. Wówczas podczas jednej z burz śnieżnych nieznajomy Inuk zapukał do domu misjonarzy. Wręczył tylko o. Turquetil dwie koperty i znikł w tumanach śniegu. W jednej kopercie
była broszurka opisująca życie pewnej karmelitanki o imieniu
Teresa od Dzieciątka Jezus. W drugiej było trochę ziemi wziętej z jej pierwszego grobu. Najbliższej niedzieli Inuici posypani tą ziemią przyszli na Mszę św. bez strzelb, harpunów i nie
w celu wyśmiewania czy żartowania sobie z misjonarzy, jak to
się czasem zdarzało. Przyszli, prosząc o przebaczenie grzechów
i  o  chrzest. o. Louis Turquetil 15 lipca 1925  r. został ordynariuszem Prefektury Apostolskiej Zatoki Hudsona. 15 grudnia
1931  r. prefektura ta została podniesiona do rangi wikariatu
apostolskiego, a prefekt Louis-Eugène-Arsène Turquetil został
mianowany biskupem. Święcenia biskupie przyjął w  1932  r.
13  lipca 1937  r. Wikariat Apostolski Zatoki Hudsona został
podniesiony do rangi diecezji Churchill, a po roku Churchill-Zatoka Hudsona.
Rozkwit misji kanadyjskich młodego zgromadzenia był
rzeczywiście imponujący. Przy niemal każdej powstały szpitale i  szkoły. Sieć szkół przez nich założonych była traktowana
przez rząd jako sieć szkół państwowych, dotowana i  realizowana w  sektorze niepublicznym. Praca oblatów miała także
ogromne znaczenie dla pojednania Indian z  przybywającymi
kolonistami, a  także dla rozwoju gospodarczego Północnego-Zachodu.
Owocem tego dynamizmu pracy misyjnej oblatów Maryi
Niepokalanej był szybki rozrost struktur kościelnych. 8 kwietnia 1862 r. z diecezji Saint Boniface wydzielono Wikariat Apostolski Athabaska-Mckenzie, którego ordynariuszem został bp
Henri Joseph Faraud OMI. 22 września 1871 r. z diecezji Saint

�Misjonarze oblaci na Północnym-Zachodzie

43

Boniface wydzielono nową diecezję Saint Albert, której ordynariuszem został bp Vital-Justin Grandin OMI 7. O. Louis Herbomez został biskupem w Wikariacie Apostolskim Brytyjskiej
Kolumbii, gdzie również działalność ewangelizacyjną prowadzili misjonarze oblaci.
Praca wśród Indian i  Eskimosów przyniosła oblatom zaszczytny tytuł, nadany przez Piusa XI, „specjalistów od misji
najtrudniejszych”. Nie były one łatwe. Mówi o  tym choćby
sama dedykacja znanej książki o. Rogera Buliarda pt. „Inuk”:
„Mojemu bratu, o. Józefowi Buliard OMI, który zginął na Ziemi Jałowej w październiku 1956 r., oraz 40 Misjonarzom Oblatom MN, którzy zginęli, zostali zabici, zamarzli i utonęli głosząc Ewangelię na Dalekiej Północy Kanady”8. Wielu oblatów,
jak choćby o. Albert Lacombe, bp Witalis Grandin, bp Emil
Grouard, przeszło wprost do legendy. Nie dziwi zatem złożony
oblatom piękny hołd: „Pragnę w imieniu narodu kanadyjskiego przekazać Misjonarzom Oblatom Maryi Niepokalanej moje
pozdrowienia z okazji 150 rocznicy ich przybycia do Kanady –
pisał gubernator generalny Kanady, Ramon John Hnatyshyn
– ta rocznica, ważne wydarzenie w historii Kościoła katolickiego w Kanadzie, jest świadectwem uznania dla zasług, które od
7) Vital Grandin urodził się w północnej Francji, jako kapłan pracował w Kanadzie
najpierw wśród Metysów w St. Boniface, po czym po roku został wysłany do pracy
na terenach północnej Kanady. W 1871 r., gdy została utworzona diecezja St. Albert (która później stała się archidiecezją Edmonton), papież Pius IX mianował
o.  Grandin jej pierwszym biskupem. Bp Grandin był nie tylko duchowym przywódcą ludów z terenów dzisiejszych prowincji Alberta, Saskatchewan i Terytoriów
Północnego-Zachodu, ale stał się również ich orędownikiem w  sprawach pokoju
i sprawiedliwości społecznej. Razem z kilkunastu oblatami bp Grandin posługiwał
około 12 tysiącom Indian, 5 tysiącom Metysów i kilkuset białym. Stał się on również pośrednikiem w rozmowach z rządem podczas powstania Metysów, gdy rząd
nie dotrzymał podpisanych przez siebie umów. Wstawiał się za Indianami i Metysami w rozmowach z rządem, gdy zaczęło przyjeżdżać coraz więcej białych osadników z Europy. Jego imię jest wspominane w różnych częściach prowincji Alberta,
noszą je różne budynki. Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w  Rzymie w  1937 r.,
a w 1966 r. został ogłoszony błogosławionym.
8) R. Buliard, Inuk. Misje na krańcu świata. Przeł. B. Hłasko, Poznań 1985, s. 3.	

�44

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

zarania ich apostolstwa na ziemi kanadyjskiej nadają rozgłosu
Zgromadzeniu Oblatów”9.

9) J. Różański, Montreal bramą do wielu narodów. 150-lecie pracy Misjonarzy Oblatów M.N. w Kanadzie, „Misyjne Drogi” (1991) nr 4, s. 18-19

�IV.	Praca polskich braci oblatów
na Północnym-Zachodzie

W trudną pracę ewangelizacyjną wśród Indian i Inuitów na
rozległych kanadyjskich Terytoriach Półocno-Zachodnich włączyli się także polscy oblaci. Początkowo zasadniczą ich grupę
stanowili bracia zakonni, począwszy od Sługi Bożego Antoniego Kowalczyka. Praca tych braci była dla działalności misyjnej
nieoceniona, gdyż brak jakiejkolwiek infrastruktury utrudniał
transport i zaopatrzenie, a było ono konieczne nie tylko dla pracy misjonarzy, ale przede wszystkim dla dzieł socjalnych, takich
jak szkoły i szpitale. Bracia zakonni w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej wspomagali swoją różnorodną pracą kapłanów, jednocześnie dzieląc z nimi tę samą regułę
życia, składając takie same śluby zakonne oraz współtworząc
z nimi wspólnoty oblackie.

Posługa misyjna brata Antoniego Kowalczyka,
Sługi Bożego (1866-1947)

Brat Antoni Kowalczyk należał do grupy pierwszych Polaków, którzy wstąpili do Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Jego droga życiowa prowadziła go z  wioski
Dzierżaków w  Południowej Wielkopolsce niedaleko od Krotoszyna, przez Niemcy, Holandię, aż do pracy misyjnej na kanadyjskiej Północy. Antoni Kowalczyk urodził się 4 czerwca 1866 r.
w  rodzinie chłopskiej. Z  malowniczej, równinnej Wielkopolski

�46

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

wyniósł głęboką wiarę, ale także przykre doświadczanie walki z wiarą i polskością w ramach zainicjowanego przez Bismarcka
„Kulturkampfu”. Uczęszczał do miejscowej sześcioklasowej szkoły, w której usiłowano wprowadzić język niemiecki, przez co nie
opanował dobrze sztuki pisania ani w  języku niemieckim, ani
polskim. Początkowo pracował z  ojcem w  gospodarstwie rolnym, a później pomagał mu także w pracach stolarskich. Jako
kilkunastoletni chłopak został wysłany przez rodziców do majstra kowalskiego w pobliskim Krotoszynie, by zdobyć dodatkowe umiejętności, które miały mu się przydać w życiu. W wieku
dwudziestu lat zdobył dyplom czeladnika kowalskiego i  wyruszył w poszukiwaniu pracy do Niemiec. Jego droga w poszukiwaniu zatrudnienia wiodła przez Saksonię (Drezno) i Hamburg
do Koloni w Zagłębiu Ruhry. W Hamburgu, mając 24 lata, przyjął sakrament bierzmowania.
W  Mülheim – dawniej na przedmieściach Kolonii – znalazł mieszkanie w  katolickiej rodzinie Prummenbaumów. Syn
gospodarzy był uczniem misjonarzy oblatów w  Valkenburgu,
w Holandii. Pod dużym wpływem gospodyni, kobiety zamożnej,
żony dyrektora kopalni, odkrył możliwość realizowania drogi
zakonnej jako brat. Dzięki jej pomocy wstąpił 1 października
1891  r. do nowicjatu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej
w Houthem, w Holandii. Po roku, 2 października 1892 r., złożył
pierwsze śluby zakonne i rozpoczął pracę w kolegium św. Karola w  pobliskim Valkenburgu, krótko zwanego Carolinum (Karolinum) albo junioratem. Była to zakonna szkoła średnia dla
chłopców, którzy się kształcili na misjonarzy. Jego pragnieniem
był wyjazd na misje. Na początku 1896 r. generał zgromadzenia
zwrócił się do przełożonego junioratu św. Karola z prośbą o jednego brata dla misji północnych w Kanadzie. O. Legrand, miejscowy przełożony, w  pięknych słowach wysunął kandydaturę
brata Antoniego Kowalczyka. „Jest to dobry kowal i mechanik,
który umie także obchodzić się z maszynami parowymi. Jest to

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

47

najlepszy z naszych braci, prawdziwy święty” 10. Nie była to dla
niego tylko sprawa słów. Po wyjeździe brata Kowalczyka przełożony znalazł jego stary kapelusz i wziął go sobie na pamiątkę,
jako „kapelusz świętego”.
Brat Antoni Kowalczyk skierowany został do pracy w  misji
Lac La Biche, powyżej Edmontonu. 19 maja 1896 r. opuścił Valkenburg i kilka dni później wsiadł na okręt do Kanady. Następnie pociągiem udał się z Montrealu do Calgary, a stąd do Strathcona, gdzie kończyła się linia kolejowa, gdyż nie było jeszcze
mostu na rzece Saskatchewan. Edmonton położone było po drugiej stronie rzeki. Lini kolejowa z Calgary do Strathcona powstała pięć lat przed przybyciem brata Antoniego. I tak brat Antoni
Kowalczyk dotarł do Edmontonu 11 czerwca 1896 r.
Edmonton nazywany był powszechnie „Bramą Północy”.
Usytuowany nad brzegami północnego odcinka rzeki Saskatchewan pełnił rolę łącznika między rozległymi, płaskimi preriami i zalesionymymi, pofałdowanymi połaciami Północnego-Zachodu.
Historia powstania Edmontonu łączy się z  działalnością
osławionych towarzystw handlowych: Kompanii Zatoki Hudsońskiej oraz Kompanii Północno-Zachodniej, prowadzącących
ze sobą nieustanne walki o wpływy handlu z Indianami i traperami. Fort Edmonton stał się głównym ośrodkiem handlowym
nad rzeką Saskatchewan. Był to przez długi czas niewielki zespół
drewnianych zabudowań. Osadnictwo poza fortem rozpoczęło
się ok. 1870 r. Nie było ono jednak imponujące. W 1896 r., kiedy
przybył tam brat Antoni Kowalczyk, miasto liczyło zaledwie dwa
tysiące mieszkańców. Rzadko także zasiedlone były rozległe prerie, które rozciągały się na południe i  wschód od Edmontonu,
gdzie wówczas zamieszkiwało niespełna 20 000 europejskich
osadników. Nieliczna była także populacja Indian. Relatywnie
10) Cyt. za: L. Głowacki, Kazał mi iść… Dzieje duchowe Sługi Bożego Brata Antoniego Kowalczyka OMI, Poznań 1999, s. 63.

�48

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

liczna była tutaj grupa Metysów, którzy współpracowali niegdyś
głównie z Kompanią Północno-Zachodnią, a później z Kompanią Zatoki Hudsona. Nad wszystkim dominowały jednak rozległe, puste przestrzenie, na południu równinne prerie, na północy lasy borealne.
Lac La Biche (1896-1897)

Po opuszczeniu Edmontonu brat Antoni Kowalczyk poznawał drugie oblicze Kanady, gdzie nie było kolei żelaznej ani
przejezdnych dróg. Relatywnie krótki odcinek 225 km z miasta
do misji Lac La Biche, gdzie miał pracować, misyjna karawana
przemierzała aż 11 dni. Składała się ona z 11 żelaznych wozów,
obładowanych potrzebnym sprzętem oraz 19 osób: siedmiu
oblatów (w tym pięciu braci zakonnych), ośmiu sióstr szarych,
które współpracowały w  misji z  oblatami i  czterech Metysów.
Karawana przemierzała nie utwardzone drogi, nasiąkłe wodą,
gdzie pełno było wzniesień, zapadlin, kałuż i trzęsawisk. Jechali na północny-wschód do Saddle Lake (Jezioro Siodła), a  potem niemal prosto na północ do misji nad Jeziorem Białej Ryby
(White Fish Lake, Lac Poisson Blanc), a stamtąd do misji Lac
La Biche. Po drodze często rwała się uprząż na koniach, łamało
się coś w wozach i wspólnym wysiłkiem trzeba było złu zaradzić.
Było to chlebem powszednim podróżowania w tej okolicy. Ponieważ wozy często zapadały w błocie, trzeba je było wyciągać,
zaprzęgając po kilka par koni.
Po dwunastu dniach uciążliwej podróży dotarli do celu – misji Lac La Biche, położonej na północny-wschód od Edmontonu.
Lac La Biche – miejsce położone nad jeziorem o tej nazwie,
znane było już od 1798-1799  r. jako miejsce handlu skórami
zwierzęcymi. Sprzyjało temu usytuowanie, które pozwalało drogą wodną – przez rzekę Lac La Biche – dostać się do rzek Athabasca i  Mackenzie, a  przez rzekę Saskatchewan aż do Zatoki
Hudsona. W czasach, kiedy drogi lądowe były nie do przebycia,

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

49

miało to strategiczne położenie. Z tego też powodu oblaci założyli tam swoją misję. W październiku 1853 r. na stałe osiedlił się
w Lac la Biche o. René Rémas, zakładając tam misję Matki Bożej
Zwycięskiej (Notre-Dame des Victoires). Po nim przyszli kolejni
oblaci, którzy rozwinęli prace tak wśród okolicznych Metysów,
jak i Czipewejów oraz nielicznej grupy Kri. Oblaci utworzyli
w misji gospodarstwo rolne oraz w 1956 r. ukończyli ponad 160
kilometrową drogę, pozwalającą dotrzeć do doliny rzeki Saskatchewan, co uczyniło misję ważnym punktem zaopatrzeniowym
dla placówek wysuniętych dalej na północ, w Wikariacie Apostolskim Mackenzie.
Przez 43 lata istnienia misja ta rozbudowała się. Miała już
kościół, dom dla misjonarzy, klasztor sióstr, szkołę i pensjonat
dla dzieci. Istniały też dobrze zorganizowane zaplecze, gdyż misja służyła jako kolejna stacja pośrednia, zaopatrująca inne misje w potrzebne artykuły i urządzenia.
Zaraz po przybyciu brat Antoni Kowalczyk zajął się uruchomieniem maszyny parowej, aby mógł zacząć pracę młyn i  tartak. Szczególnie ważny dla pracy w misji był taratk, gdyż drewno
potrzebne było na budulec. Przybycie brata Antoniego do misji
zbiegło się bowiem w czasie z przeprowadzką sierocińca sióstr
z Lac La Biche do Lac La Selle, a dojrzewał już takżde plan założenia kolonii dla Metysów i misji Saint Paul. Tydzień po przybyciu brata Antoniego Kowalczyka do misji Lac La Biche o. Henri
Grandin napisał do superiora generalnego: „Nie wiem nawet,
jak mam wyrazić wdzięczność za spełnienie mej prośby i przysłanie nam brata rzemieślnika” 11.
Misjonarzowi z Polski nieobce były wszelkie prace gospodarskie, którym oddawał się całym sercem wraz z innymi braćmi.
Kronikarz misji odnotowywał niektóre drobne wydarzenia:
11) Cyt. za E. Breton, Kowal Boży. Przeł. z francuskiego M. Małachowska, [Toronto]
1961, s. 79.

�50

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

„11 lipca. Widoki na urodzaj ziemniaków złe. Brat Moelic okopuje je płużkiem, a brat Kowalczyk zastępuje go przy maszynie”.
„18 lipca. Bracia pracują nadal we młynie i  w  warsztacie.
W tym tygodniu tartak idzie lepiej. Jest nadzieja na spiłowanie
tego lata wszystkich kloców” 12.
Tak minął rok pobytu w misji Lac La Biche. W czwartek 15
lipca 1897 r. wydarzył się wypadek, który naznaczył cierpieniem
dalsze życie brata Antoniego Kowalczyka. Był to dzień imienin
o.  Henri Grandin, przełożonego misji. Wszyscy jednak pełnili
swoje codzienne obowiązki. Około godziny piętnastej pas transmisyjny wciągnął prawą rękę brata Antoniego aż do trybów,
które ją zmiażdżyły. Brat Antoni stracił przytomność. Pierwszy
przybiegł do niego Sylwester Bourque, Metys. Gdy brat Antoni
otworzył oczy i zobaczył co się stało, próbował się uśmiechnąć
i powiedział słowa skargi: „Dobry Bóg tak chciał, wola Boża”13.
Sylwester Bourque zaalarmował misję. Siostry zrobiły opatrunek, a przełożony natymiast ruszył w drogę, aby sprowadzić lekarza. Przy chorym czuwały siostry i bracia zakonni. Następnego dnia kronikarz misji odnotował:
„16 lipca. Rana naszego chorego przedstawia się tak dobrze,
jak tylko dobrze może być dzięki wielebnym siostrom, które go
pielęgnują z oddaniem się i fachowo, a szczególnie siotra Maria.
Brat stracił względnie mało krwi i jest silny w swym nieszczęściu. Jego odwaga jest równie wielka, jak mocna jego wola”.
„17 lipca. Przyjechał doktor p. Aylen z  fortu Saskatchewan.
Ojciec spotkał go na drodze do Lac Laselle. Przybyli tu razem
o 3 nad ranem. Doktor śpieszył się, gdyż ma bardzo dużo obowiązków. Po opatrunku doktor wyraził nadzieję, że może da się
uratować rękę, ale trzeba brata zawieźć do szpitala” 14.
12) Cyt. za: tamże, s. 80.
13) Cyt. za: tamże, s. 82.
14) Cyt. za: tamże, s. 83-84.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

51

17 lipca, o  drugiej po południu, zaprzęg wyruszył do Edmontonu. Koni użyczył M. Tomkins z Poisson Blanc. Powoził
Sylwester Bourque. Przełożony misji i  siostry towarzyszyli
choremu. Tym razem podróż trwała tylko cztery dni. Albo
aż cztery dni po wyboistej drodze, w letnim słońcu, w towarzystwie setek moskitów. 21 lipca wieczorem dotarli do Edmontonu. Niestety przedramię zajęła już gangrena. Trzeba je
było amputować. Następnego dnia brat Antoni trafił na stół
operacyjny. Warunki szpitala w Edmonton nie przewidywały wtedy znieczulenia. Dlatego też pacjenta chciano przywiązać po prostu do stołu operacyjnego. Wtedy brat Antoni
zaprotestował: „O nie, proszę tego nie robić! Proszę mi dać
krucyfiks, to wystarczy”. Po krótkiej modlitwie i  pocałunku
krzyża był gotów do operacji. Podczas ucinania ręki z pełną
świadomością trzymał krucyfiks i cierpiał w milczeniu. Rękę
amputowano prawie po łokieć.
Trzy dni po operacji bp Emile Joseph Legal, po odwiedzinach brata Antoniego w  szpitalu, zanotował w  swoim dzienniku:
„24 lipca. Podróż do Edmontonu w  celu odwiedzin brata
Kowalczyka. On jest rzeczywiście takim, jakim go odmalowano, doskonały zakonnik, pobożny i  żarliwy. Wczoraj po południu obawiano się poważnie, że wszystko przyjmie zły obrót. Ciepłota ciała podnosiła się w sposób niepokojący. Dziś
natomiast jest o  wiele lepiej. Deszcz nas schwycił w  drodze
i opóźnił przyjazd. Wszystko przedstawia się dobrze; miejmy
nadzieję, że nie będzie przykrych powikłań” 15 .
Po czterech tygodniach brat Antoni Kowalczyk wyszedł ze
szpitala i udał się rekonwalescencję do położonej obok Edmontonu misji oblackiej Saint Albert. Jedynym jego zmartwieniem
było to, czy po tym wypadku zgromadzenie zakonne dopuści go
15) Cyt. za: tamże, s. 86.

�52

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

do ślubów wieczystych. W tej sprawie wysłał nawet list do asystenta przełożonego generalnego w Rzymie:
„Wielebny Dobry Ojcze! Proszę pozwolić biednemu bratu
Kowalczykowi napisać słówko, zanim wróci do Labiche, Ojciec
wie o nieszczęściu, które mnie spotkało 15 lipca, gdy przy pracy
złamałem prawą rękę. (…) Mój Dobry Ojcze, mam wielkie zmartwienie tracąc rękę, czy będę mógł zostać Oblatem, ale Ojciec
Grandin powiedział, że to nic, będziesz Oblatem. Eks. Ks. Bp
Grandin powiedział to samo, i Eks. Ks. Legal również (…)” 16.
Saint Albert, gdzie przez niespełna trzy miesiące przebywał
brat Antoni Kowalczyk na rekonwalescencji, było misją zapisaną
dużymi zgłoskami w historii oblatów na Północnym-Zachodzie.
Powstanie misji związane było z osobą legendarnego misjonarza
prerii o. Alberta Lacombe. W jego żyłach płynęła także krew indiańska, stąd rozumiał on być może lepiej sytuację tak Indian,
jak i Metysów. Pracował z wielką gorliwością na preriach wśród
Indian z plemienia Czarnych Stóp i Kri, zdobywając sobie wśród
nich głęboki szacunek. W 1852 r. przybył w okolice Edmontonu,
kontynując pracę wśród Indian i Metysów.
W  styczniu 1861  r. bp Alexandre Taché z Saint Bonifacy
i o.  Albert Lacombe wybrali niewielkie wzgórze, oddalone o 12
km na północ od Edmontonu, na miejsce nowej misji. W 1862 r.
o. Albert Lacombe zaczął budowę misji. Misja ta stała się wkrótce jedną z  ważniejszych ze względu na wzrastające znaczenie
Edmontonu oraz dostęp do prerii i doliny rzeki Saskatchewan.
Misja zajmowała się także promowaniem kultury rolnej wśród
Metysów, którzy ze względu na wyginające bizony coraz bardziej pozbawieni byli środków do życia. Z tej misji oblaci prowadzili także duszpasterstwo katolików w Edmontonie. Obsługiwali forty i obozowiska Indian w dolinie rzeki Saskatchewan.
W 1869 r. misja stała się rezydencją bpa Vitak-Justin Grandin,
16) Cyt. za: tamże, s. 87-88.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

53

który święcenia biskupie otrzymał w wieku 28 lat, trzy lata po
święceniach kapłańskich. Został on najpierw biskupem pomocniczym w  diecezji Saint Bonifacy, a  w  1871  r. ordynariuszem
nowo utworzonej diecezji Saint Albert.
Kilka miesięcy przed wypadkiem brata Antoniego Kowalczyka, 29 marca 1987 r., biskupem pomocniczym w Saint Albert
został o.  Emile Joseph Legal, który odwiedzał brata w  szpitalu właśnie z  terenu tej misji. Do dzisiaj w  zdumienie wprawia
stara katedra w Saint Albert, która jest niewielkim domkiem,
pokojem wprost, wzniesionym z  drewnianych bali. Świadczy
ona niezłomnie o  prostocie i  trudzie życia pionierów misji na
Północnym-Zachodzie.
Saint Paul des Métis (1897-1911)

O. Albert Lacombe pozostawał niezmordowany w swojej pracy misyjnej. Przejął się losem Metysów – ludzi prerii i lasów, nie
mających uznania w oczach rządu i swojego miejsca na ziemi,
zabieranej przez osadników europejskich i kolej transkanadyjską. Metysi z dzisiejszej Alberty byli głównie potomkami francuskich traperów i Indianek z plemienia Kri. Ich zwyczaje i język
były mieszanką kultury francuskiej, Kri i angielskiej. Trudno im
było przez to odnaleźć się w nowej rzeczywistości kanadyjskiej.
Wyraz swemu niezadowoleniu dali w powstaniu z 1885 r., dowodzonym przez Louisa Riela i  Gabriela Dumont. Powstanie,
w którym brali udział także Indianie zostało krwawo stłumione
przez oddziały rządowe. Od tego czasu położenie Metysów stało
się jeszcze gorsze. Ci ,,chrześcijanie w  łachmanach” — jak ich
nazywano — włóczyli się po kraju, żyjąc z żebraniny. Poruszyło
to serce Wielkiego Wodza Prerii, o. Alberta Lacombe, który odważył się powtórzyć na mniejszą skalę święty eksperyment jezuitów z Paragwaju i zebrać wałęsających się Metysów na terenie
jednego, wielkiego osiedla. Po pertraktacjach z rządem otrzymał
w  1895  r. teren dostateczny, by założyć ok. 50 farm i  uzbierał

�54

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

konieczną do realizacji tego celu sumę pieniędzy. Teren zarezerwowany na kolonię dla Metysów był oddalony o ok. 130 km
od Lac La Biche, niedaleko od rezerwatu Indian Saddle Lake. 15
lipca 1896 r. o. Adeodat Thérien rozbił namiot misyjny na brzegu jeziora, zapoczątkowując nową misję Saint Paul des Métis.
Jezioro to, zwane Egg Lake (franc. Lac des Oeufs, czyli Jezioro
Jajek), przejściowo nazywano od misji „Saint Paul des Métis”,
ostatecznie jednak przyjęła się nazwa Thérien Lake. W  tym
czasie o. Albert Lacombe rozsyłał wici do Metysów, obiecując
im kościół, szkołę, bydło i po 80 akrów ziemi dla rodziny. Ten
„święty eksperyment” miał uchronić metyskie rodziny przed
samounicestwieniem. W 1897 r. do misji Saint Paul des Métis
napłynęło pięćdziesiąt rodzin, z  których każda miała ośmioro,
dziesięcioro dzieci. „Była to sama nędza bez grosza przy duszy,
spragniona własnego kąta i kawałka chleba” – jak pisał o przybyszach w swoich notatkach o. Adeodat Thérien 17. Czekała na
nich dziewicza, zarośnięta ziemia i domostwa sklecone z drzewa
i trzcin.
Do tej właśnie misji otrzymał skierowanie od władz zakonnych kaleki już brat Antoni Kowalczyk. Wybrał się w drogę do
niej pod koniec października 1897 r. wraz z bratem Moelic, przywożąc ze sobą wszystkie części potrzebne do zmontowania młyna i tartaku. Po drodze burza śniegowa zbiła ich z tropu, tak że
dotarli na miejsce wyzuci z sił. Oprócz specjalistycznego sprzętu
przyprowadzili ze sobą kilkanaście sztuk bydła. Cały dobytek
pozostawili jednak na zewnątrz, gdyż w nowo powstającej misji nie było jeszcze odpowiednich zabudowań. Sami zamieszkali
początkowo w prymitywnej ziemiance.
Na tej misji brat Antoni upewnił się ostatecznie, iż będzie
mógł złożyć śluby wieczyste z Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. 17 sierpnia 1898 r. został dopuszczony
do ślubów wieczystych. Przed ich złożeniem wyjechał na reko17) Cyt za: tamże, s. 94.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

55

lekcje do Saint Albert, odprawiane razem z  wieloma misjonarzami z tej części Kanady. 17 stycznia 1899 r., w dzień św. Antoniego, brat Antoni Kowalczyk złożył wieczystą profesję, po czym
powrócił na misję Saint Paul des Métis, gdzie miał pozostać
jeszcze dwanaście lat.
W pierwszych latach istnienia misja Saint Paul des Métis rozwijała się prężnie. Stanęły młyn parowy i tartak, dom dla oblatów i  dom dla sióstr zakonnych. Przybycie zakonnic wprowadziło początkowo wiele zamieszania w  misji. Oblaci oddali im
swój dom. Księża zamieszkali w skromnej chałupie obok domu,
a  bracia w  wyczyszczonej chlewni, co wzbudziło uśmiech brata Antoniego, który z zadowoleniem mówił: „Jezus narodził się
w stajni. To miejsce jest dla mnie bardzo dobre” 18.
Zimą z przełomu lat 1902-1903 uruchomiono szkołę z internatem dla prawie 100 dzieci. Także Metysi mieli już znośniejsze
warunki mieszkania i życia. Pobudowali skromne domki, uprawiali ziemię, hodowali bydło, nierogaciznę i drób.
W misji Saint Paul des Métis brat Antoni Kowalczyk wybudował w lesie z grupą robotników tartak, który miał dostraczać
drewno na potrzeby budowy. Uruchomił także na skraju drogi
kuźnię, w  której często spędzał wieczory po kolacji, reperując
pęknięte osie, roztrzęsione koła i  dyszle marnych wozów konnych. Wszyscy świadkowie, mówiący o  życiu brata Antoniego
w misji Saint Paul des Métis podkreślają, że mimo swego kalectwa nie szukał żadnych ulg, czy przywilejów. Niektórzy mówią
o jego nadludzkiej pracy. Nie zadawalał się bowiem wypełnianiem wyznaczonych obowiązków, ale dostrzegając potrzeby misji i ludności, prosił przełożonego o  pozwolenie na zajęcia dodatkowe. W ten sposób właśnie zajął się hodowlą świń, których
liczba z czasem urosła do 200. Założył ogród warzywny wśród
prerii, otoczony brzozami, i drugi na wyspie. Brał udział w  zi18) H. Lembeck, Bezręki Kowal. Brat Antoni Kowalczyk OMI, misjonarz w Kanadzie. Przeł. J. Różański, Poznań 1997, s. 52.

�56

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

mowej wycince drzew, aby przygotować materiał do budowy.
Dzień spędzał przy maszynie w tartaku, wcześnie rano pracował
w ogrodzie, pracę w kuźni wykonywał przeważnie po posiłkach
i wieczorem, a w godzinach nocnych oporządzał świniarnię. Stał
się także z konieczności dobrym rybakiem, gdyż misja położona
była nad jeziorem. I w tym wszystkim znajdował czas na modlitwę. O niej mówią świadkowie jego życia w misji najwięcej. Ona
też dawała mu siły do tego, by był nieustannie wprost pogodny,
uprzejmy, dla wszystkich życzliwy. Przysłowiowe stały się jego
zdrowaśki – „Ave brata Antoniego”, „Dobrego Polskiego Brata”, jak go nazywali Metysi i  Indianie. Każde zajęcie zaczynał
krótkim nawiedzeniem w kaplicy i chwilą modlitwy w miejscu
pracy. W każdy dzień święty długie godziny klęczał w kościele
lub kaplicy.
Upadek misji zaczął się w 1905 r. od pożaru, który wybuchł
w nocy z 15 na 16 stycznia. Spaliła się wtedy szkoła, a w pożarze zginęła jedna z dziewięćdziesięciu uczennic. Przeżycie było
wstrząsające dla wszystkich. Bardzo szybko po tym wydarzeniu
dzieci się rozjechały, większość zakonnic została przeniesiona
na inne placówki, przełożony misji, o. Adeodat Thérien znalazł
się w szpitalu, brat Augustyn Némoz rozchorował się. W miejsce spalonej szkoły postanowiono postawić budynek skromny
i niewielki. A ponieważ nie było środków finansowych na jego
budowę dla brata Antoniego zaczęło się życie leśne pomimo srogiej kanadyjskiej zimy. Tartak przeniesiono do lasu i  brat razem z o. Boulenc zamieszkał w zimowym szałasie, wśród drwali.
Poza swoją pracą w tartaku był kucharzem dla całej gromady.
Pomimo tych wprost nadludzkich wysiłków misjonarzy nie
udało się utrzymać kolonii wyłącznie dla Metysów. Postanowiono także przyjmować osadników europejskich.
Podczas pierwszych lat pobytu brata Antoniego Kowalczyka
w misji Saint Paul des Métis sytuacja gospodarcza i polityczna
całego regionu zmieniła się. Od 1986  r. – czyli od daty przy-

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

57

bycia brata Antoniego Kowalczyka do Kanady – rozpoczął się
intensywny napływ rolników na kanadyjskie prerie. W 1901 r.
można się było doliczyć na terenie obecnej prowincji Alberta
już 73 022 mieszkańców. Ten napływ imigrantów sprawil, iż
1 września 1905 r. postanowiono utworzyć nową prowincję kanadyjską Alberta. Początkowo terytorium jej miało być o wiele
większe i obejmować także dzisiejszą prowincję Sasakatchewan,
ale ostatecznie zdecydowano się na utworzenie w  tym samym
czasie dwóch prowincji: Saskatchwan i Alberta, w  nadziei, iż
napływ osadników będzie się powiększał. Obydwie prowincje
stworzono więc niejako „na wyrost”. Nowa prowincja objęła
cały dystrykt Alberta i zachodnią część Dystryktu Athabaska Terytoriów Północno-Zachodnich. Cała ziemia została podzielona
na znacznej wielkości działki, tzw. homestead, i na korzystnych
warunkach nadawana kolonistom. Ci przybywali już nie tylko z Wielkiej Brytanii czy wschodniej Kanady, ale także z USA
oraz z kontynentalnej części Europy, w tym również i z Polski.
W 1911 r. ludność prowincji Alberta powiększyła się do 373 943
osób. Mimo tego wzrostu zaludnienia Alberta pozostała jeszcze
dość długo prowincją typowo rolniczą.
Wraz z tymi przemianami społecznymi i administracyjnymi
teren misji Saint Paul des Métis, przeznaczonej pierwotnie dla
Metysów, stawał się coraz bardziej terenem zasiedlanym przez
białych osadników.
W misji Saint Paul des Métis brat Antoni Kowalczyk spędził
czternaście lat życia (październik 1897 — październik 1911). Pracował nieustannie dla ubogich. Był kowalem, ogrodnikiem, pastuchem świń, drwalem, traczem, rybakiem, a jak było trzeba to
także i inżynierem.
W październiku 1911 r. polecono mu opuścić misję Saint Paul
des Métis i przejść do pracy w tzw. „junioracie” – Kolegium Św.
Jana w Edmontonie.

�58

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Edmonton (1911-1947)

Edmonton w 1911 r. miał już ok. 5 tys. mieszkańców. W 1905 r.
miasto stało się stolicą nowej prowincji Alberta, a także głównym ośrodkiem dla całego Północnego-Zachodu. W 1913 r. obie
części miasta połączył nowy most, co przyczyniło się do napływu osadników, a liczba ludności przekroczyła wówczas 50 tys.
Najbardziej dynamiczny rozwój miasto przeżyło po II wojnie
światowej, kiedy w jego pobliżu odkryto złoża ropy naftowej. To
odkrycie zmieniło także znacznie strukturę gospodarczą tej typowo rolniczej prowincji kanadyjskiej.
W roku przybycia brata Antoniego do pracy w Edmontonie,
Kolegium Św. Jana było jeszcze w powijakach. Historia tej szkoły miała skromne początki 1908  r. w  przygotowywaniu do kapłaństwa kilkuosobowej grupy młodych ludzi w parafii Pincher
Greek, położonej na południu prowincji Alberta. W 1910 r. postanowiono utworzyć w Edmontonie szkołę średnią dla chłopców, pragnących zostać kapłanami w Zgromadzeniu Misjonarzy
Oblatów Maryi Niepokalanej. W tym celu wynajęto dwa domy
w  Edmontonie i  równocześnie rozpoczęto budowę własnego
budynku po prawej stronie rzeki Saskatchewan, w dolinie Mill
Creek. Wówczas było to miasteczko Strathcona, dziś – Edmonton Południe. W 1911 r. budynek oddano do użytku.
Początkowo szkoła ta składała się z trzech ojców, dwóch kleryków, jednego brata i 29 uczniów. Skierowany do pracy w niej
brat Antoni Kowalczyk pełnił przez 36 lat głównie funkcje mechanika, palacza, portiera i ogrodnika. Przez te lata szkoła rozrosła się. Do pierwszego budynku dobudowano dwa potężne
skrzydła w  1921 i  1943  r. Z  kolegium wyszły duże zastępy oblatów kanadyjskich, przekonanych o świętości brata Antoniego
Kowalczyka, który budował ich wiarą, modlitwą, pracowitością
i niezwykłym oddaniem dla ludzi.
Brat Antoni Kowalczyk zmarł w  czwartek 10 lipca 1947  r.
W niedzielę, 13 lipca, ciało przewieziono do Kolegium Św. Jana,

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

59

gdzie modlono się przy nim. W poniedziałek, 14 lipca, o godzinie
dziesiątej odprawiono nabożeństwo pogrzebowe w Saint Albert,
gdzie został pochowany na cmentarzu oblackim, w rzędzie grobów rozpoczętym w 1920 r. przez biskupa Emile’a Joseph’a Legala. Na zwyczajnym krzyżu wypisano: „Brat Antoni Kowalczyk,
zmarł 10 lipca 1947 r., przeżył 81 lat”.
Przekonanie o jego świętości było tak duże, że już w niespełna pięć lat po jego śmierci, 14 kwietnia 1952 r., otworzono w Edmontonie diecezjalny proces beatyfikacyjny. 1 czerwca 1979 r.,
a więc w przeddzień swojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny,
papież Jan Paweł II podpisał dekret o wprowadzeniu sprawy do
Kongregacji rzymskiej. Brat Antoni uzyskał oficjalny tytuł Sługi
Bożego.
***
Praca misyjna brata Antoniego nie obfitowała w wielkie wydarzenia w potocznym tego słowa znaczeniu. Była to praca pozbawiona własnych planów czy ambicji, oparta na posłuszeństwie
wobec poleceń przełożonych i odczytywanie w tych poleceniach
woli Bożej. Można by rzec, iż jego „metoda pracy misyjnej” opierała się na trzech filarach, wypływających z doświadczenia jego
życia, a  nie wyuczonych w  szkole. Pierwszym z  nich była bez
wątpienia jego nieustanna modlitwa i dbałość o jej skrupulatne
przestrzeganie. Modlitwa ta była pełna wiary, gdyż jak potwierdzają wielokrotnie świadkowie jego życia, dzięki niej dokonywał
na ich oczach rzeczy niemożliwych, związanych z  potrzebami
codziennego życia. Drugim mocnym filarem było jego oddanie
się pracy fizycznej. Zdumiewa ilość jego obowiązków na poszczególnych misjach i  oddanie im w  codziennej, ciężkiej pracy. Trzecim wreszcie filarem jego posługi misyjnej była bliskość
z ludźmi, z którymi pracował i wśród których żył. Dotyczy to tak
nielicznych Indian, których spotkał na swojej drodze życia, jak
przede wszystkim licznych Metysów, wśród których pracował

�60

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

w  misji Saint Paul des Métis, jak wreszcie europejskich osadników, których pogoń za chlebem przywiodła na rozległe prerie
Alberty. Te trzy cechy wydały także owoce w Kolegium Św. Jana
w Edmontonie, gdzie był milczącym wychowawcą wielu zastępów przyszłych misjonarzy. To także z pewnością można poczytać jako jego bardzo wielką zasługę w tworzeniu misji oblackich
w Północno-Zachodniej Kanadzie.
Brat Michał Dąbrowski wśród Inuitów (Eskimosów) i Indian (1901-1989)

Pierwszym polskim oblatem pracującym wśród Inuitów
(Eskimosów) był brat Michał Dąbrowski. Jego droga na „krańce ziemi”, do położonej u  wybrzeży Oceanu Arktycznego misji
Aklavik wiodła z Kościenic z Ziemi Kieleckiej, gdzie urodził się
14 września 1901 r. W wieku 24 lat (1 lipca 1926 r.) wstąpił do
nowicjatu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Markowicach na Kujawach, gdzie złożył pierwszą profesję 2 lipca 1927 r.
Jego pierwszą placówką zakonną był dom prowincjalny Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Poznaniu, gdzie 25 marca
1933 r. złożył śluby wieczyste.
12 grudnia 1932 r. brat Michał Dąbrowski otrzymał obediencję (skierowanie do domu zakonnego lub na misje) do pracy misyjnej w  rozległym Wikariacie Apostolskim Mackenzie. Wikariat ten powstał z podziału pierwszego Wikariatu Apostolskiego
Północnego Zachodu, powierzonego oblatom. Z tego terytorium
powstały na początku XX w. w prowincji Alberta archidiecezja
Edmonton oraz diecezja Calgary. Na późniejszym administracyjnym Terytorium Północnego-Zachodu powstały wikariaty
apostolskie Athabaska, Yukon oraz Mackenzie. Na terenie WA
Mackenzie znajdowały się także misje założone wśród Inuitów
(Eskimosów).
Brat Michał Dąbrowski z Polski wyruszył na początku maja
1933 r. Najpierw drogą morską do Montrealu, a następnie kole-

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

61

ją do Edmontonu, i stamtąd do Fort Smith – stolicy Wikariatu
Apostolskiego Mackenzie. W Fort Smith znalazł się 23 czerwca
i  już nazajutrz, w  dzień św. Jana Chrzciciela, ładował na barkę cztery konie i  tuzin krów. Stamtąd udał się do misji wśród
Inuitów w Aklavik (w języku inuktitut „Miejsce niedźwiedzia”).
„Byłem z tego rad – wspomina po latach – bo marzyłem, żeby
dostać się jak najdalej na północ” 19. Do Aklavik dotarli ok. 20
lipca 1933 r.
Aklavik (1933-1947)

Historia Aklavik – miejscowości położonej w  delcie rzeki Mackenzie, wpływającej do Oceanu Arktycznego – wiąże się
z założeniem w tym miejscu w 1912 r. kantoru handlowego przez
urzędników Kompanii Zatoki Hudsona. W 1919 r. powstała tam
misja protestancka, a w 1925 r. misja katolicka. Założenie misji
katolickiej wśród Inuitów było pragnieniem misjonarzy z Wikariatu Apostolskiego Mackenzie. Zadania tego podjął się o. Pierre
Fallaize, późniejszy biskup, który tuż po święceniach kapłańskich
w  1912  r. został wyznaczony do posługi wśród Inuitów. Wcześniej, przebywając samotnie przez osiem lat na stacji misyjnej
wśród Indian, zdołał ochrzcić niewielką garstkę Inuitów, przeważnie proszących go o to już na łożu śmierci. W 1923 r. wybrał
on Aklavik na miejsce nowej misji. W 1924 r. bracia zakonni pod
przewodnictwem brata Wilhelma Beckschaefera przygotowali
odpowiednie zaplecze. Rok później w misji zamieszkał o. Joseph
Trockellier, zostając jej pierwszym przełożonym. W 1925 r. także
na terenie misji osiedliły się siostry szare z Montrealu, opiekując
się katolicką szkołą i niewielkim szpitalikiem.
Wyrywkowe relacje z  codziennych zajęć i  wydarzeń z  życia
brata Michała Dąbrowskiego można prześledzić z jego nielicznej
19) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat wśród Indian i  Eskimosów, „Misyjne Drogi”
(1984) nr 1, s. 28.

�62

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

korespondencji oraz krótkich wspomnień, spisanych na polecenie przełożonych. „W Aklavik rozpoczął się mój nowicjat misjonarza – wspomina po latach. Trzeba było zaznajomić się z trybem życia Eskimosów, nauczyć się ich języka itd. Byłem zdrowy
i silny, więc wszystko pokonałem. Przecież już w Poznaniu miałem przydomek ‘Mały Samson’” 20. Te siły przydawały się, gdyż
młoda stosunkowo misja Aklavik wymagała rozbudowy. Brat
Dąbrowski razem z bratem Tenier podjęli się tego zadania. Na
samym początku polski misjonarz pracował jako stolarz. „Urządziliśmy kilka pokoi na 2 lub 3 osoby. W czasie epidemii gruźlicy
ulokowano tu około 74 chorych” – wspomina brat Michał Dąbrowski 21. Wprawia się także do innych prac, o których mówią
lakoniczne wzmianki.
„Aklavik, 8 grudnia 1933  r. Trzeba zaprzęgać psy i  jechać
w góry polować na renifery. Czas najwyższy, bo bardzo mało zostało mięsa, aby wyżywić setkę ludzi. Jest przecież szkoła i szpital. W międzyczasie żywimy się suchą rybą” 22.
Często w jego wspomnieniach powraca temat pracy w lesie,
przy wyrębie drzewa. Było ono potrzebne tak jako budulec dla
misji, jak również na opał podczas długiej zimy. Misja w Aklavik potrzebowała ok. 750 m kubicznych drzewa na opał. A lasu
w okolicy nie było, stąd też wyprawy po drzewo były długie i dalekie.
„Aklavik, 28 grudnia 1933  r. Już od listopada pracujemy
w lesie, by na przyszłą zimę mieć drzewo na opał. (…) My potrzebujemy dużo drzewa, by ogrzać szkołę, szpital i  dom misjonarzy – około 200 fur. Trzeba pracować kilka tygodni, a to
prawie po ciemku, bo w tym czasie słońce wcale nie wschodzi.
20) Tamże.
21) Tamże.
22) J. Sajewicz, „Tam ludzie stawali się lepsi, kędy my przeszli”. O misyjnej działalności śp. brata Michała Dąbrowskiego OMI, „Misyjne Drogi” (1989) nr 4, s. 52.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

63

Około południa rozjaśnia się nieco, może na godzinkę, a potem
znowu ciemno. (…) Na każdą niedzielę wracamy do domu, by
wysłuchać Mszy św., gdyż Ojciec, który miał nam pomagać,
wyjechał 150 km na południe, do szczepu Zyzów. Dopiero po
Nowym Roku będzie nam towarzyszył; wtedy zostaniemy kilka
tygodni z rzędu w lesie, aby nie tracić czasu na dosyć daleką drogę do stacji i z powrotem. (…) Innem naszem zajęciem to połów
i zwózka ryb. Potrzeba ich również wielkiej ilości jako zapas na
długą zimę, jakie 30 000 sztuk” 23.
Innym źródłem utrzymania dla misji były renifery, na które
polowano wraz z Inuitami i Indianami.
Aklavik, grudzień 1934  r. „Na ten rok zapowiada się u  nas
głód, bo renifery się wcale nie pokazują. Mamy jeszcze kilkanaście kawałków od zeszłej zimy, ale i te się już kończą, a szkoła
liczy w tym roku 72 dzieci, które też trzeba utrzymywać” 24.
Alavik, 11 lutego 1934 r. „Zimą panuje tu grobowe milczenie,
Latem nie słychać – tak jak w Polsce – śpiewu ptaszków. Jeno
roje komarów brzęczą dokoła... Gdy zimą termometr opada do
50 stopni poniżej zera, gdy mroźny wicher rozhula się jak zwariowany i ani jeden promień słońca nie zabłyśnie, wtedy samopoczucie staje się bardzo przygnębiające. A  gdy znów pomyśli
się o dniach bardzo krótkiego lata i żarze słońca, które zawisa
nad głową dniem i nocą, to na samo wspomnienie odczuwa się
wrażenie kąsających moskitów i  bąble na skórze wywołujących”25.
„Ekspedycja na wyrąb drzewa trwa około dwóch miesięcy.
Zabraliśmy wtedy ze sobą piły, siekiery, kliny, młotki, zapasy
23) M. Dąbrowski, Nasz Brat Dąbrowski pisze z krainy Eskimosów. [List z 28 grudnia 1933 r.], „Oblat Niepokalanej” (1934) nr 4, s. 110-113.
24) Tenże, List do o.  J. Kulawego z  grudnia 1934 r., „Oblat Niepokalanej” (1935)
nr 3, s. 93-94.
25) J. Sajewicz, „Tam ludzie stawali się lepsi, kędy my przeszli”, dz.cyt., s. 52-53.

�64

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

żywności dla siebie i dla psów oraz śpiwory. Wstajemy o godz.
6.00 rano. Odprawiamy modlitwy, medytację, różaniec i zasiadamy do śniadania. A około godz. 8.00 rano huk siekier rozlega
się echem po lesie. Rozpoczyna się ścinanie, obrabianie i ładowanie drzewa na sanie, które zgraja psów ma ciągnąć do rzeki, by drogą wodną spławić do misji. W południe wracamy do
baraku na obiad i krótki odpoczynek. O godz. 13.00 ponownie
odzywa się huk siekier. Kolacja o 18.00. Po kolacji zaszywamy
dziury w  ubraniach, rękawicach i  mokasynach. O  godz. 21.00
wskakujemy do śpiworów na nocny odpoczynek” 26.
„A w lecie? – Pomyślcie sobie: próbuję zakładać ogród warzywny na ziemi w obrębie Koła Podbiegunowego. Coś niecoś zaczyna
wschodzić... Wyruszamy na połów ryb. A choć silne wiatry zrywają
sieci, to jednak udało się mi złowić 25-funtową białą rybę” 27.
Brat Michał Dąbrowski przyjmował te codzienne prace z niekłamaną radością i duchem wiary. Potwierdzają to jego osobiste
wyznania. W lutym 1934 r. napisał do swego przełożonego: „Raz
jeszcze pragnę podziękować za wysłanie mnie na te trudne i obfite
w przygody miejsce. Nie zostałbym tu za żadne pieniądze, ale ponieważ jestem tu z miłości dla Boga, dlatego gotów jestem wyzbyć
się wszystkich ludzkich wygód, bo cierpieć dla Chrystusa jest największą zasługą na ziemi. Moim pragnieniem jest cierpieć i pokutować za moje własne winy i za winy mojej ojczyzny Polski...” Na
innym miejscu dodaje: „Nie lubię pisać o sobie, ale pomyślałem,
że to może wyjść na chwałę Bożą, bo my sami jesteśmy niczym” 28.
Brat Michał Dąbrowski szybko też nauczył się powozić psim
zaprzęgiem. Zaprzęg eskimoski różnił się od indiańskiego. Psy
nie szły w nim jeden za drugim, lecz były zaprzężone w półkolu,
jeden obok drugiego.
26) Tamże, s. 53.
27) Tamże.
28) Tamże.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

65

„Lubiłem jeździć pieskami, które mnie lubiły, bo nie robiłem im krzywdy. Raz tylko spłatały mi figla i o mało co byłbym
zginął. (…). Otóż zwoziłem to drzewo nad brzeg rzeki różnymi
dróżkami, bo sterty były wszędzie; jedna dróżka prowadziła do
naszego namiotu. Pod wieczór przejeżdżałem koło niego i naraz
pieski skręciły w bok. Straciłem równowagę i znalazłem się pod
poprzeczką sani. Ręka i głowa zwisały poza sanie, wymierzone
prosto w  pień drzewa. Zamknąłem oczy i  czekam na śmierć.
Dwa metry przed pniem pies przystanął, inne zwaliły się na
niego a ja na nie. Byłem pewny, że to Anioł Stróż im zagrodził
drogę, bo pies na pewno pnia nie widział. Żeby im dać nauczkę,
zawróciłem i  musiały zwieść jeszcze jedne sanie. Potem nigdy
mi już takiego figla nie spłatały” 29.
„W górach miałem wiele wypadków, bo psy płatają figle. Często
zjechało się głową na dół, raz nawet kilkanaście stóp i  nic nie
było. Dzięki Bogu i Aniołowi Stróżowi! Raz musiałem wracać
z gór 40 mil do Aklavik, co zabrało mi 12 godzin. Często biegłem,
a pierwsze 3 mile szedłem 4 godziny, aż nóg nie czułem” 30.
Mówiąc o tych codziennych niebezpieczeństwach wspomina
mimochodem Anioła Stróża, gdyż brat Michał z dziecięcą ufnością podchodził do jego obecności. Podobnie jak i  do pomocy
swojego patrona – św. Michała Archanioła.
Już w pierwszych latach wprawiał się do nowego dla siebie
zajęcia, żeglowania po rzece, które stanie się na długie lata jego
chlebem powszednim. W misji Aklavik były dwie barki i rzeczny stateczek do ich pchania. Brat Michał Dąbrowski wspomina:
„Niekiedy jechaliśmy statkiem i barką po rzece Aklavik, by
zbierać duże kloce drzew, które woda naniosła wiosną. Pnie
były suche, robota niezła, tylko całe chmary wściekłych koma29) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 29.
30) Tamże.

�66

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

rów, czując świeżą, polską krew, prześladowały mnie zawzięcie” 31.
W  1935  r. bp Pierre Fallaize skierował brata Michała Dąbrowskiego do pracy na statku rzecznym „Nôtre Dame de Lourdes”, który kursował po Oceanie Lodowatym. Miał być na nim
mechanikiem i poznawać tajniki nawigacji.
Historia misyjnych stateczków rzecznych sięga 1892 r., kiedy to wybudowano statek misyjny „Św. Józef”, który obsługiwał
Jezioro Athabaska i  rzekę Athabaska od fortu MacMurray po
Fort Smith. Za bystrzynami Fort Smith od 1895 r. kursował aż
do brzegów Oceanu Arktycznego niewielki statek parowy „Św.
Alfons”. W 1901 r. podzielono Wikariat Apostolski Athabaska-Mackenzie na WA Athabaska oraz WA Mackenzie. Dla pierwszego wikariatu zbudowano wtedy statek „Św. Karol”, natomiast
dla drugiego niewielki statek „Immaculata”. Parowce te ciągnęły barki.
Brat Michał Dąbrowski szeroko wspomina pracę na statku,
którym wyprawiał się także na Ocean Lodowaty. Oto fragmenty
wspomnień z 1935 r.
26 lipca „O  godz. 8 wieczorem opuszczamy Aklavik i  rzeką
Mackenzie płyniemy na Ocean Lodowaty”.
27 lipca: „W niedzielę rano spuszczamy kotwicę, byśmy mogli wysłuchać Mszy św., poczem ruszamy dalej i  o  godz. 4 po
południu dobijamy do niedawno założonej stacji misyjnej Tutujaktuk, gdzie ładujemy na nasz statek deski”.
29 lipca: „Przy sprzyjającym lekkim wietrze i pogodzie płyniemy ku stacji misyjnej Lettie Harbour”.
1 sierpnia: „Jesteśmy na stacji misyjnej w Lettie Harbour.
Stacja ta zostanie zwinięta z  powodu braku środków do życia,
jak ryb i  zwierzyny. (…) Zabieramy więc co możemy z Lettie
31) Tamże.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

67

Harbour i przewozimy do Polaktuk. Przyjechawszy na miejsce,
budujemy szopę z desek jako chwilowe mieszkanie i wypróżniamy statek z ładunku. Pracujemy dniem i nocą bez przerwy, bo
podróż jeszcze długa, a lato przecież krótkie”.
4 sierpnia: „Opuszczamy Polaktuk”.
5 sierpnia: „W nocy z trudem dobijamy do Baillie, z powodu
rozpętania się gwałtownej burzy, która nas zatrzymała dwa dni
w przystani”.
7 sierpnia: „Ruszamy dalej, albo raczej przeciskamy się wśród
gęstych lodowców” 32.
„Mieliśmy w tym roku [1935] zaopatrzyć dwie nowe budujące się misje w materiał budowlany. Że jednak materiał nie przyszedł jeszcze do Tuktuyaktuk, pojechaliśmy do Hershell, blisko
Alaski. Tam rozebraliśmy starą misję i materiał przywieźliśmy
do Tuktuyaktuk, gdzie założyłem fundament pod nową misję.
Następnie przywieźliśmy materiał do Polaktuk nad Oceanem
Lodowatym, 480 mil od Tuktuk. Podróż odbyła się gładko.
W powrotnej drodze złapała nas sroga burza, że ani kroku naprzód. Nasz doświadczony, eskimoski pilot mówił, że musimy
się cofnąć, może spotkamy jakiś lodowiec. Po godzinie znaleźliśmy niezłą przystań. Za Kołem Polarnym nie ma jednej nocy.
Jeden z  nas musiał pilnować, bo gdyby burza obróciła statek
w  stronę wiatru, mogłaby go uszkodzić. Gdy kolejka przypadła na mnie, chciałem zbadać, czy na tym lodowcu jest dobra
woda do picia. Teren był prawie równy. Schodząc z lodowca do
statku pośliznąłem się, lecz udało mi się uchwycić łańcuch od
kotwicy. Inaczej wykąpałbym się w lodowatej wodzie, a pływać
wtedy nie umiałem. Rano ustrzeliłem fokę. Na drugi dzień, przy
pięknej pogodzie, powrót do Tuktuk. Mieliśmy tam już materiał na następny dom Bathurst Inlet. Kawał drogi do tej misji.
32) M. Dąbrowski, Polski sternik na Oceanie Lodowatym, „Oblat Niepokalanej”
(1936) nr 3, s. 80-81.

�68

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Z Tuktuk do Coppermine jeszcze 250 mil, podróż też z  burzą,
ale już mniejszą. Całą noc kierowałem się kompasem. Rano zauważyliśmy, że pół worka cukru przemoczyła woda, która przeciekała otworem na łańcuch z pokładu zalewanego przez fale. Po
3 dniach i 3 nocach byliśmy u celu. Po wyładowaniu towaru oraz
pozostawiwszy brata stolarza i  jednego ojca, trzeba było zaraz
wracać, gdyż jeden Eskimos uległ wypadkowi. Manipulując dynamitem wypalił sobie oczy. Przywieźliśmy go do Coppermine,
skąd samolot zabrał go do Edmontonu.
O. Griffin i ja zostaliśmy w Coppermine, a nasz statek zawrócił do Polaktuk z  Eskimosem, ojcem i  bratem, bo tam czekała
ich budowa. Po jakimś czasie o. Griffin, ja i 5 dzieci eskimoskich
wybraliśmy się do szkoły w Aklavik statkiem kampanii Hudsońskiej, ale tylko do Tuktuk - 800 mil. Statek nie miał pełnej
załogi, więc ja byłem drugim mechanikiem, a o. Griffin drugim
pilotem. W Tuktuk stał mały statek telefonistów, który zabrał
nas do Aklavik - 180 mil. Dzieci eskimoskie nigdy jeszcze nie widziały drzew. Gdy ujechaliśmy pół drogi, pokazał się las świerkowy. Nagle słychać głośny krzyk. Wypadek, czy co? - zapytałem
ojca. Co one mówią? Mówią, że widzą masę narodu. Nie mogły
się napatrzeć33.
Pracy braci wymagała także misja Aklavik, w której w 1937 r.
szkoła-pensjonat liczyła już 150 dzieci, a szpital posiadał przeszło 50 łóżek. Wyżywienie tylu osób należało do braci zakonnych.
„Rząd wówczas mało pomagał, więc misja musiała o wszystko sama się starać. Do nas braci należało polowanie i  połów
ryb. Polowanie to bardzo interesujące zajęcie, lecz nieraz bardzo uciążliwe. Późną jesienią stada karibu liczące niekiedy tysiące sztuk wędrowało z Alaski na południe. Trzeba było być
w miejscu, gdzie się rozpraszały, to w zimie można było zawsze
33) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 29.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

69

coś upolować. Z Aklavik ruszaliśmy psim zaprzęgiem w  głąb
gór jakieś 30 do 60 mil. Ojciec superior Antoni Binarne i traper Wincenty Kost, nasz dobrodziej, wyruszyli w  góry, ja zaś
miałem dołączyć się do nich za miesiąc, bo w domu było jeszcze dużo pracy.
Wyjechałem najpierw do lasu, by na zimę zbudować tam
domek z  kloców. Na czas zimy potrzebowaliśmy 500 m kubicznych drzewa. Z  pomocą dwóch innych braci domek był
gotowy w jednym tygodniu. Statek wyciągnęliśmy z wody i pogłębiliśmy rowy koło domu, by osuszyć teren. Po ukończeniu
tych robót dwaj bracia pojechali do lasu, ja zaś zabrałem swoje
manatki i... w  góry. Myślałem, że pierwszego dnia zajadę do
Cache Creek, gdzie mamy mały domek. Zbudowałem go rok
temu przy świetle księżyca, przy czym nieraz „walnąłem” się
młotkiem po palcach. Dojechałem tylko do Canoe Lake. Mrozu
jeszcze nie było. Psy przywiązałem do kilku niskich krzaczków
i  zaparzyłem herbatę. Sanie postawiłem do góry płozami, na
śniegu położyłem małą skórę z niedźwiedzia i wskoczyłem do
śpiwora. Rano ruszyłem w dalszą drogę, bo była pogoda, a do
Ceche Creek zostało jeszcze 10 mil. Po dwóch godzinach byłem
na miejscu, lecz naszych myśliwych ani śladu. Pokrzepiłem się
mocną kawą i naprzód. W drodze odmawiałem różaniec i inne
modlitwy, żeby Bóg pomógł mi ich odnaleźć. Rozglądając się,
zauważyłem dróżkę i trawę pochyloną ku południu. Ujechałem
jakieś 15 mil pod górę zwaną Fish Hole (rybna dziura). Stanąłem
medytując. Naraz usłyszałem huk i hałas, który w górach rozlega się głośnym echem. Ruszyłem z góry całym pędem. Na mój
widok wszyscy zrobili zdziwione miny. O. Binarne i W. Kost
łowili ryby w tych dołach. Ryby mają mięso czerwone, są tłuste
i  smaczne. Karibu się nie pokazało, więc z  rybami do domu.
Okazało się dopiero później, że polował na karibu nasz superior
Binarne z małą przygodą. W drodze złapała go zawieja śnieżna, stracił kierunek, bo już było ciemno. Na szczęście upolował
jedną sztukę, pragnienie ugasił krwią zwierzęcia, zdarł z niego

�70

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

skórę i owinął się nią na noc, tak że do rana wytrzymał. Zawieja
też ustała” 34.
W 1938 r. wiosnę „mieliśmy dość wcześnie, bo już pierwszego czerwca, więc spuściliśmy na wodę nasz statek i barkę i ruszyliśmy po drzewo. Po naładowaniu jej, kry na rzece zaczęły
gęściej płynąć i jedna z nich wybiła w barce dziurę. Skutek był
ten, że po pięciu minutach zniknęła z powierzchni wody, a tylko
nieco drzewa wystawało nad zimnymi falami. Po sześciu godzinach z biedą dobijamy do Aklavik. (…)
Po kilku tygodniach, gdyśmy drzewo zwieźli, otrzymujemy
wiadomość, że w Tuktujaktuk znajduje się czworo dzieci, przeznaczonych do naszej szkoły. Trzeba więc po nie jechać. (…)
Tuktujaktuk oddalone jest od Aklavik 150 mil angielskich. Z powrotem było gorzej, gdyż niełatwo jest odnaleźć właściwe koryto
rzeki, Mackenzie bowiem wpadając do morza rozdziela się na
kilkadziesiąt odnóg. A odnogi te są bardzo płytkie i właśnie na
taką natrafiliśmy. (…)
Po tej pierwszej nieco niefortunnej wyprawie odbyliśmy jeszcze dwie dalsze, jedną do Red River, 100 mil oddalonego od
Aklavik, a drugą do Goud Hope 300 mil odległego. W ostatniej
przebyliśmy 120 mil i  ta była najgorsza dla mnie, gdyż burza
o północy nas zbudziła, więc wstałem by opatrzyć wszystkie liny
i  przy tym zaziębiłem gardło i  przeleżałem 15 dni w  szpitalu.
Byłbym się o mało nie zadusił od wrzodu, jaki zbudował mi się
w gardle” 35.
„Rok 1938 dał nam się porządnie we znaki. Przez dwa miesiące codziennie minus 45 C do minus 50 C. Pracowaliśmy jako
drwale przy wyrębie drzewa na opał. Mimo ciężkiej pracy trudno się było rozgrzać, trzeba się było ruszać i tupać nogami, choć
34) Tamże, s. 34.
35) M. Dąbrowski, Rok na niegościnnej Północy, „Oblat Niepokalanej” (1939) nr 6,
s. 184-185.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

71

mieliśmy kilka par mokasynów na nogach. Mój towarzysz, brat
Chase, skaleczył sobie nogę siekierą, o co łatwo przy zmarzniętym drzewie. Musiał więc wrócić do domu na trzy tygodnie. Zostałem sam ze starszym bratem kucharzem, który czasem mi
pomagał, bo nasz Indianin był na polowaniu.
Gdy się nieco ociepliło, nasz Indianin dawny szef Zyzów,
o. Coty i  ja, pojechaliśmy w  Góry Skaliste. W  pierwszym dniu
dotarliśmy do celu odległego o jakieś 40 mil. Pierwsza rzecz: postawienie namiotu. Wodą z  roztopionego śniegu zaparzyliśmy
herbatę, lecz przez pomyłkę nasypaliśmy do niej soli. Żal nam
było tej wody, bo suchych krzaczków rosło tam niewiele. Po kolacji spoczynek.
Na drugi dzień przez całe przedpołudnie, nie spotkaliśmy
żadnej sztuki karibu. Wreszcie nasz Indianin Bernard zauważył
stado 150 sztuk. Trzeba je było okrążyć jak na wojnie. Ułożyliśmy cały plan strategiczny. Bernardowi wyznaczyliśmy lepszą
pozycję strategiczną, bo to doświadczony strzelec. Ubiliśmy 25
sztuk. Wracając każdy z nas zabrał kilka sztuk, resztę na drugi
dzień. Zjeżdżając z pochyłości górskiej zauważyliśmy kilka karibu na przeciwnej górze, blisko naszego namiotu. Trzeba było
skorzystać z okazji. O. Coty zajął się naszymi pieskami. Bernard
obrał dalszą drogę, bo miał rakiety śniegowe, ja - krótką, niewygodną, bo pod górę wysoką 1800-2000 stóp. Z początku szło
jako tako, potem coraz gorzej. Musiałem drążyć dziury w twardym śniegu, by utrzymać się rękami i nogami i nie runąć w dół.
Łatwiej byłoby robić takie dziury butami, lecz przez całą zimę
nosimy miękkie „mokloki” (mokasyny). Blisko trzy godziny
trwała ta operacja. Na koniec pozostało mi jakieś 40 m, lecz
ściana była prostopadła, jak ucięta nożem. Przed ścianą był wysunięty gzyms i mogłem łatwo stać na nim. Ale jak zejść na dół?
Moje ślady są zasypane, na dole olbrzymi głaz. Jak zjadę na niego, pomyślałem, to po mnie. Śmierci nigdy się nie bałem, lecz
czułem, że ciało umrzeć nie chce.

�72

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Wyobraźcie sobie co się ze mną działo: na dół nie patrzyłem,
bo zawrót głowy. Zamknąłem oczy i  myślałem... myślałem...
Boże, żeby tak Anioł Stróż spuścił mi jaki sznur, to bym mu dziękował tysiąc razy. Jeden poślizg i lecę. Dopiero na samej krawędzi odzyskałem przytomność. Nogi zwisały w  dół, ręce, głowa
i tułów plackiem. Wbiłem ręce w twardy śnieg i po dużym wysiłku byłem uratowany. Dzięki Bogu i Aniołowi Stróżowi! Sznura nie widziałem, ale do dziś dziękuję. Przeszło 40 lat nad tym
myślę i nijak nie umiem sobie tego wyjaśnić. Wiem, że istnieją
cuda i wierzę, że Bóg miłosierny lituje się nad nami, choć na to
nie zasługujemy” 36.
W drugiej połowie 1942 r. brata Michała Dąbrowskiego można było spotkać przy budowie szkoły-pensjonatu w  misji Fort
Chipewyan. Fort Chipewyan został założony w 1788 r. przez Rodericka Mackenzie, kuzyna wielkiego odkrywcy Alexander Mackenzie, jako fort Kompanii Północno-Zachodniej. Było to jedno
z najstarszych, stałych osiedli w prowincji Alberta. Ze względu
na bardzo dobre położenie u  zbiegu szlaków wodnych wiodących do rzeki Mackenzie stał się on obiektem zaciekłej walki
między Kompanią Północno-Zachodnią i  Kompanią Zatoki
Hudsona. W 1851 r. w Fort Chipewyan misję katolicką założyli
oblaci Maryi Niepokalanej, a w 1874 r. anglikanie. W ostatnich
latach XIX w. w  forcie powstała także placówka kanadyjskiej
policji konnej Północnego-Zachodu. Do fortu nie można było
dotrzeć drogą lądową.
Misja Fort Chipewyan była głównym ośrodkiem ewangelizacji dla Czipewejów (Dene). Praca brata Michała Dąbrowskiego
w misji polegała na prowadzeniu budowy.
„Doglądałem tam pracy czterech murarzy. Mur był z pustaków, a  rusztowanie tylko na zewnątrz. Idąc po murze nadepnąłem na słabo ustawiony pustak. który spadł. Odruchowo
36) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 29-30.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

73

przechyliłem się na lewo i spadłem na rusztowanie. Doglądałem
też przygotowania cementu i pracowałem jako cieśla, a na zimę
pojechałem do [Fort] Mac Murray, by pomagać przy obsłudze
elektrowni szpitala” 37.
Jednak podróż statkiem z Fort Chipewyan do Fort Mac Muray nie obyła się bez przygód. Brat Michał wsiadł na pokład
statku misyjnego „Św. Anna”, udającego się w rejs do Tuktuk.
„Powrót z Tuktuk do Fort Smith po prowiant był naglący, bo
lato krótkie. 12 mil od Good Hope miejsce jest bardzo kłopotliwe: ostry prąd, gwałtowny spad wody i  podwodne skały. Po
dwóch godzinach jazdy dojechaliśmy do tego miejsca, mocując
się z  prądem. Po godzinie nasz statek zaczął się cofać. Motor
chodził, ale śruba się nie obracała. Mały pomocniczy motorek
pozwalał nam dobić do brzegu. Skalisty brzeg ma 75 m wysokości, którego szczyt prawie wisi nad statkiem. Jechał z nami nasz
dobrodziej p. Boykler z żoną, która na widok tej skały przeraziła
się i krzyknęła: „ Chodźmy do kabiny, bo jeśli zginąć - to razem”.
Nic się jednak nie stało. Na drugi dzień nasz dobrodziej wziął
samolot w Good Hope i pojechał do Winnipegu” 38.
Wiosną 1943 r. wstawił motor do większej łodzi i z biskupem
wybrał się na wizytację misji położonych nad rzeką Mackenzie.
„Przed nami było 1600 mil drogi wodnej. Pod koniec maja
lody spłynęły, więc w drogę. Jechał z nami o. Mercredi, udający
się na nową placówkę – 105 mil dalej. Pierwszą noc spędziliśmy
pod namiotem. Było już ciemno, gdy ścinałem gałązki sosny,
które miały nam służyć jako materac. Chwila nieuwagi i łupnąłem się siekierą w  kolano. Na szczęście rana nie była głęboka.
Nie mieliśmy jodyny, więc obłożyłem ranę liśćmi babki, a  za
opatrunek posłużyły mi czyste szmatki do wycierania motoru.
W Chipewyan siostra pielęgniarka stwierdziła, że infekcji nie
37) Tamże, s. 30.
38) Tamże, s. 31.

�74

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

było. Jak widzicie. Bóg lituje się nad niezdarą, tylko trzeba Mu
zaufać, bo jest dobry” 39.
„Ruszyliśmy dalej do Fort Smith, skąd do Fort Simpson,
gdzie zatrzymaliśmy się na 14 dni. W lipcu byliśmy już w Aklavik. Jesienią wróciliśmy do F. Smith. Zimą polowaliśmy na renifery, bo rząd przyznał kilka sztuk dla pensjonatu uczniów” 40.
Od tej wiosny brat Michał Dąbrowski na stałe gości na statku
jako sternik i pomocnik przy motorze.
„Taką robotę wykonywałem przez 19 lat, zaś zimą obsługiwałem elektrownię w Resolution” 41.
Pracę w  misji Aklavik brat Michał Dąbrowski wspominał
po latach najwięcej, z widocznym rozrzewnieniem. Chociaż jak
przyznawał nie była ona łatwa.
„Pierwsze 10 lat w Aklavik jak w kieracie: staranie o drzewo,
polowanie na renifery, zwożenie mięsa i ryb z odległości 40-50
mil” 42.
Fort Resolution (1947-1954)

Praca w misji Fort Resolution także wymagała od brata Michała Dąbrowskiego ciągłego przemieszczania się, w  zależności od pory roku i od potrzeb poszczególnych misji. To wiązało
się z podróżami w trudnych warunkach klimatycznych. Nawet
wprowadzanie transportu lotniczego, składającego się z  niewielkich samolotów, nie eliminowało niebezpieczeństwa, gdyż
te samoloty dalekie były od spełniania najbardziej podstawowych, współczesnych standardów bezpieczeństwa. Po jednej
39) Tamże, s. 30.
40) Tamże.
41) Tamże.
42) Tamże, s. 29.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

75

z  tych podróży lotniczych edmontoński dziennik odnotował
śmierć brata Michała Dąbrowskiego i trzech innych misjonarzy.
Siostry zakonne i współbracia odmówili już szereg modlitw za
nich, jako za zmarłych. Oni jednak wyszli z katastrofy cało. Tak
oto brat Michał Dąbrowski wspomina to wydarzenie:
[Rok 1952] „Podróżowaliśmy koło Aklavik. Jeden z  braci
uderzył mnie niechcąco w  ramię. Złamał się obojczyk, ale ból
odczuwałem w ramieniu. Lekarze z Aklavik prześwietlili ramię
i  nic nie znaleźli. Bolało dalej. Rękę zawiesili mi na temblaku
i kazali nią poruszać, by nie było zastoju. Tak trwało trzy miesiące. Nacierpiałem się niemało. Dopiero lekarz z [Fort] Resolution prześwietlił mnie jeszcze raz, i okazało się, że obojczyk był
złamany, a kość była oddalona o 3 milimetry. Musiałem przeleżeć parę tygodni, ramię pozostało sztywne, gdyż za długo męczyłem tę rękę przy kierowaniu statkiem i innych pracach, jak
to poprzedni lekarz zalecał. Ks. Biskup posłał mnie więc do najlepszego lekarza Samsona w Montrealu, tak że po 6 tygodniach
ręka była w ruchu” 43.
„Tam też otrzymałem list od o. Leisinga, który pisał, że mamy
się spotkać w Edmontonie. 18 marca załadowaliśmy samolot ponad – jak mi się zdawało – wszelką miarę. Na drugi dzień pilot
i nas trzech braci zajęliśmy miejsca. Pierwszy start na próżno samolot nie poderwał się. Druga próba udała się, ale tuż nad dachami hangarów. Z  Edmontonu do [Fort] Mc Murray 300 mil.
Prawdopodobnie będziemy musieli lądować w Lac la Biche. Siedziałem po prawej ręce pilota i musiałem obserwować zbiornik
paliwa w prawym skrzydle. Dolatywaliśmy do Lac La Biche. Meldowałem: „8 cm paliwa. Lewy zbiornik jest pełny”. - Odpowiedź:
„Dobrze, wystarczy do Mc Murray”. Za jakiś czas napotykaliśmy
chmurę śniegową i  silny przeciwny wiatr. Motor pracował całą
parą, paliwa było coraz mniej. Po godzinie pilot niespokojny, paliwo się kończyło, trzeba było lądować. Pod nami las. Za chwilę
43) Tamże, s. 32.

�76

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

mała zaśnieżona polanka, z której wystawały jakby małe drzewka.
Trudno, trzeba lądować. Nie chodziło już o samolot, ale o nasze
życie. Zaryliśmy się w metrowej warstwie śniegu. Udało się. Do
lotniska niedaleko, bo tylko 6 mil.
Pierwszą noc spaliśmy ścieśnieni w samolocie. Rano poszliśmy do bliskiego lasu, stopiliśmy śnieg na herbatę. Mieliśmy 25
kg mleka w proszku i nieco czekolady. Trzy noce przespaliśmy
na posłaniu z gałęzi wyczekując na ratunek. Nareszcie odnalazł
nas dwumotorowy samolot i zrzucił na spadochronie śniegowe
buty. Wskutek wiatru spadły daleko od nas. Nie poszliśmy po
nie, bo śniegu po pas. Dopiero mały samolot na płozach dotarł
do nas i przywiózł paliwo. Lądując zrobił sobie i nam ścieżkę, by
łatwiej nam było odbić się od ziemi” 44.
Nie brakowało też trudnych sytuacji w  żegludze rzecznej,
której w sezonie letnim zatrudniany był brat Michał Dąbrowski.
„W 1954 r., w czasie podróży po Mackenzie, mieliśmy awarię
z transmisją. Jedno koło zębate tak się zużyło, jakby wygładzono
je na tokarce. Ujechaliśmy pod prąd tylko 550 mil. Przed nami
było jeszcze 1000 dalszych, do Norman Wells - 110 mil. Dobiliśmy do brzegu pomocniczym motorkiem, ale co dalej? Pomyślałem, że najlepiej będzie zawieźć zużyty tryb do Norman,
bo są tam specjaliści i wszystko wyremontują. Z br. Robertem
ruszyliśmy małą motorówką i za 10 godzin byliśmy w Norman.
Mechanik wziął się jednak do dzieła z naszą pomocą i za 6 dni
byliśmy z powrotem” 45.
Fort Smith (1954-1967)

Kolejnym miejscem pobytu brata Michała Dąbrowskiego
była misja Fort Smith.
44) Tamże.
45) Tamże, s. 31.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

77

Pomimo zmiany miejsca obowiązki brata pozostawały właściwie niezmienne. Wciąż polegały na obsłudze statków misyjnych i licznych wyjazdach w związku z pracami, podejmowanymi na terenie innych misji. Na miejscu przybywał najczęściej
zimą, jednak i wtedy zdarzały się wyjazdy.
„W 1955 r. zajmowałem się centralnym ogrzewaniem w Fort
Smith. Ks. bp Trocellier wysłał mnie stąd do Fort Liard w celu
wzmocnienia fundamentów piętrowego domu i kościoła. Indianie bowiem boją się przychodzić do kościoła, gdy wiatr wieje
i wszystko trzeszczy. Dlaczego nie? Przecież w Aklavik odnowiłem i wymalowałem dużą szkołę, to i tamtą pracę mogę wykonać. (…)
12 maja, po 4 miesiącach pracy, fundamenty były gotowe.
Pracowałem przy tym z jednym z ojców, gdyż Indianie bali się
pracować pod domem. Gdy wszystko było skończone, powiedziano, że robota jest dobrze wykonana.
Czas naglił, bo jak w każdą wiosnę miałem wrócić do Resolution, by remontować statek i barki. O samolocie ani marzyć.
Wyruszyłem więc sam małą łodzią do Fort Simpson – 220 mil,
gdzie zamierzałem złapać samolot. Rzeka Liard jest niebezpieczna z  powodu wirów wodnych, ale tych się nie boję, gdyż
lody na szczęście spływają. Kry tańczące w wirach można wyminąć. Gorsze te małe wodospady. Woda rzeki Liard bije mocno
o skały podwodne i dwumetrowe wały są skierowane do przodu.
Przy tym wodospadzie jest wyspa, zwana Wyspą Duchów. Dalej prąd o prędkości 18 mil na godzinę. Nie sposób zawrócić do
wysokich brzegów. Miałem mapę tej rzeki, lecz dobrą tylko dla
większych statków. Widziałem, że było już za późno. Obróciłem
tylko tył łodzi do przodu i śmigając koło kilkunastu wałów myślałem, że koniec ze mną. Nie chciałem wierzyć, że żyję. Dopiero
po pewnym czasie dobiłem do brzegu. Zastanawiałem się, w jaki
sposób mogłem się uratować. Przypomniał mi się Archanioł Rafael, bo przez całą drogę czułem, że ktoś jest przy mnie. Nieraz

�78

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

mówiłem do siebie: głupiś, przecież nikogo nie ma. Późnym wieczorem dobiłem do Simpson, skąd nazajutrz doleciałem do Fort
Smith” 46.
W tym samym roku znowu przeżywał jeszcze jeden wypadek.
[1955 r.] „Było to wczesną wiosną, przy reperacji statku i barki. W nocy padał deszcz, rano wszystko zmarzło, na statku gołoledź. Przechodząc ze statku na barkę pośliznąłem się i spadłem
z wysokości dwóch metrów. Efekt: dwie złamane kości w pięcie.
Rany nie było, lecz wewnątrz krwawiło i noga napuchła. Trzeba
było iść do szpitala. Po 7 tygodniach ks. bp Trocellier i o. Prowincjał mieli udać się na wizytację misji nad rzeką Mackenzie. Postanowili wyruszyć z Resolution statkiem „Immaculata”
(40-konny Diesel). Kto ma prowadzić statek? Oczywiście br.
Michał, choć miałem jeszcze nogę w gipsie. Lekarz powiedział,
że zdejmie go za dwa dni, lecz trzeba być ostrożnym, bo zrośnięcie jeszcze delikatne. Po 9 dniach znów zaczęło boleć. Dojechaliśmy do Aklavik, gdzie lekarz zmienił gips i bandaże. Za dwa dni
byliśmy w Tuktuyaktuk nad Oceanem Lodowatym. Mieliśmy
za sobą 1400 mil. Siedzieliśmy tu cały tydzień z powodu burzy
śnieżnej, woda zamarzła na 5 cm, choć był to początek sierpnia. Ks. Biskup zrezygnował z wizytacji misji Oceanu Lodowatego. O. Prowincjał odleciał okazyjnym samolotem wojskowym.
Ja z ks. Biskupem wróciłem do Norman Wells, gdzie czekał na
niego o. Leising ze swoim samolotem, gdyż trochę się ociepliło.
Jechałem z jednym ojcem na wakacje i eskimoskim chłopakiem
do szkoły rzemieślniczej w Resolution. Podróż z Norman Wells
do Resolution pod prąd trwała dwa tygodnie” 47.
Uciążliwe podróże statkami skończyły się jednak w  latach
sześćdziesiątych. Brat Michał Dąbrowski pracował głównie na
statku misyjnym „Św. Anna”. Zżył się niemal z każdą jego czę46) Tamże, s. 30-31.
47) Tamże, s. 31-32.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

79

ścią przez 20 lat życia. W 1960 r. rząd kanadyjski wziął pod swoją opiekę wszystkie szkoły i szpitale, pobudował nowe, w których
misjonarze, nauczycielki i pielęgniarki pracowali nadal, jednak
nie byli za nie aż w takiej mierze odpowiedzialni materialnie.
Podróże jednak nie skończyły się.
[1967] „O. Philippe z Aklavik prosił mnie, czy bym nie pojechał
do jego misji, bo dom potrzebuje remontu i trzeba wzmocnić fundamenty. Pojechałem. Zacząłem poprawiać niektóre rzeczy, przygotowywać główny remont, a  tu pewnego dnia telegram z  Fort
Smith, że mam zaraz wracać. O. Dyrektor oburzył się, że tylko jeden miesiąc i już z powrotem. Co robić? Telegram wysłał o. Mokwa
na polecenie biskupa, a to już wyższa władza.
W Smith zachorował mechanik, palacz kotłowni. Inni nie
chcieli się podjąć tej pracy, bo nieraz są trudności. No i Michał
pojechał licząc na pomoc Bożą” 48.
Aklavik-Inuvik (1967-1973)

Osada Aklavik, podobnie jak i misja katolicka, rozwijała się
powoli. Była największym osiedlem kanadyjskim za Kołem Podbiegunowym. Jednak z powodu powodzi i erozji terenu osiedla,
położonego w dorzeczu Mackenzie, większość mieszkańców zaczęła wyprowadzać się do pobliskiego, nowego osiedla Inuvik.
Tam też przeniesiono większość instytucji z Aklavik. Na miejscu pozostało tylko kilkaset osób, nazywając Aklavik „Miejscem,
które nie chce umrzeć”. W Inuvik zamieszkało ponad dwa tysiące osób.
Obydwie osady nie przypominały już dawnych czasów. Ropa
naftowa i  nowoczesne struktury państwa zmieniały coraz bardziej także życie na Północy. Te przemiany wspominał po powrocie na dawną misję brat Michał Dąbrowski, mówiąc, że były
48) Tamże, s. 35.

�80

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

to już „czasy nowoczesne”, w których do przebycia kilkuset metrów drogi bierze się samochód. Nieraz i on korzystał z tej nowoczesności. Ale też chętnie wracał – w razie potrzeby – do starych
zwyczajów.
„Pamiętam, że kiedyś miałem jechać po ryby przeszło 60 km.
O. Superior kazał mi wziąć siedem psów, by więcej przywieźć.
Wziąłem więc dwa młode. Jeden kłopot więcej. Zapłaciłem za
to 30 km pieszo. Zimą psim zaprzęgiem, bez ładunku, pod górę
to fraszka. Powrotna droga z ładunkiem 340 kg ryby, to już problem, bo droga spadzista. Gdy sanie spadną, choć trzymam je za
sznur, jak nic się połamią. Zatrzymałem konwój, pieski pokładły
się na odpoczynek. Wziąłem siekierę i zacząłem rąbać grzbiet zamarzniętej ziemi. Robota szła składnie, śniegu na dole przybywało. Pieski wypoczęły, więc dalej w drogę. Pies przewodnik wyczuł,
że ma jeszcze pół drogi. Spieszyło mu się na kolację. Pokonaliśmy
ten odcinek dość szybko. Takich podróży było sporo i opowiadaniom nie byłoby końca” 49.
Black Lake (1973-1981)

Pomimo, iż przybywało lat i  siły opuszczały coraz bardziej
brata Michała Dąbrowskiego, starał się on służyć do końca.
W 1973 r. został przeniesiony do pracy w misji Black Lake, gdzie
nadzorował elektrownię rządową, produkującą prąd w oparciu
o ropę naftową. Jednak wyznaje, praca przychodziła mu z trudem.
„Moje, siły zaczęły słabnąć, a baryłki ropy stawały się coraz
cięższe. Ale to nic, dałoby się i temu radę. Gorzej, że ci Indianie
zaczęli być elektrykami w swoich domach, co rusz krótkie spięcie i szukaj w nocy miejsca awarii” 50.
49) Tamże, s. 35.
50) Tamże.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

81

Fort Smith (1981-1986)

Z Black Lake brat Michał Dąbrowski powrócił znowu do innej swojej dawnej misji – Fort Smith. Przywiodło go tutaj posłuszeństwo. Pracował w  internacie, gdzie było 20 chłopców,
Indian i Metysów.
„Ks. Biskup życzył sobie, żebym przyjechał do Fort Smith,
gdyż nie mieli nikogo do pracy w Grandin College. Jestem już
tu 5 lat i pełno mam zajęć różnego rodzaju: ogrzewanie, malowanie... W  obecnym roku 6 tygodni malowania, a  reparacjom
nie ma końca, bo chłopaki zawsze coś zmajstrują. Nadto przez 9
miesięcy zastępowałem przewodnika w  miejscowym Muzeum,
nie opuszczając pracy w College. Było to dla mnie za ciężko, czuję się zmęczony” 51.
I to zmęczenie osiemdziesięciolatka widać także w komentarzu, który daje do wielu fragmentów wspomnień, przytoczonych
powyżej, a napisanych na polecenie przełożonych: „Nie podoba
mi się to pisanie, bo dużo w nim braków. Proszę mi wybaczyć”52.
Saint Albert (1986-1989)

W  wieku 86 lat brat Michał Dąbrowski przeszedł na zasłużony wypoczynek do misji Saint Albert, gdzie utworzono także
dom dla starszych misjonarzy.
Saint Albert, 25 marca 1987. „W czerwcu ubiegłego roku opuściłem daleką Północ i jestem teraz na południu Kanady, 17 km
od Edmontonu, w  naszym domu misjonarzy weteranów „Foyer Grandin” w Saint Albert. Chyba już tutaj zostanę. Jest tutaj
duży cmentarz misjonarzy. Spoczywają również na nim nasi
współbracia Polacy: przede wszystkim świątobliwy brat Antoni
51) Tamże.
52) Tamże. Por. tenże, Misje na Północy dzisiaj, „Misyjne Drogi” (1984) nr 1, s. 44.

�82

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Kowalczyk oraz Stanisław Szczepaniak i Ludwik Jurczyk. (…)
Zajmuję się teraz robieniem eskimoskich figur z drutu. Jeszcze
mi to nieźle idzie. Fort Smith, gdzie rezyduje nasz Ks. Biskup,
leży od nas 1600 km na Północ, a Inuvik, gdzie pracowałem jest
oddalone jeszcze raz tyle” 53.
Starał się być uczynny do końca i do końca też zachowywał
swoją prostą, ale doświadczoną przez koleje życia wiarę. Pielęgniarka, która często czuwała przy nim w szpitalu, podczas jego
choroby, zachowała w  żywej pamięci obraz jego misjonarskiej
duchowości i  pobożności. Często odmawiała z  nim różaniec
i słuchała jego rad i opowiadań o Bogu. Przede wszystkim budowała się jego pobożnością. Według jej relacji: nigdy nie narzekał
na cierpienia, a w czasie modlitwy niekiedy płakał. Wyznał jej,
że zawsze pragnął zostać męczennikiem za wiarę, na co mu odpowiedziała: „Przecież brat cierpi jak prawdziwy męczennik” 54.
Brat Michał Dąbrowski zmarł w  Edmontonie 4 czerwca
1989 r. w 88. roku życia, po ponad pięćdziesięciu latach gorliwej pracy misyjnej. Pochowany został na cmentarzu oblackim
w Saint Albert.
Ukryta praca innych polskich braci

O pracy misyjnej i życiu Sługi Bożego Antoniego Kowalczyka zachowało się wiele wspomnień, dzięki temu, iż zostały one
udokumentowane na potrzeby rozpoczętego tuż po śmierci procesu beatyfikacyjnego w diecezji Edmonton. Jednak z jego osobistych świadectw i  listów pozostały tylko strzępy, gdyż przez
całe życie nie pisał. Brat Michał Dąbrowski napisał kilka listów,
opublikowanych przed wojną, a  pod koniec życia został przymuszony przez przełożonego do spisania wspomnień. Dzięki
temu pozostały fragmentaryczne zarysy jego ciężkiej, służebnej
53) Tenże, Gościliśmy u nas Księdza Prymasa, „Misyjne Drogi” (1987) nr 3, s. 36-37.
54) J. Sajewicz, „Tam ludzie stawali się lepsi, kędy my przeszli”, dz. cyt., s. 54.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

83

pracy na dalekim Północno-Zachodnim krańcu Kanady. Bracia
Józef Cichocki, Ignacy Dorabiała, Ludwik Jurczyk, Józef Kaintoch, Jerzy Mrugała, Józef Sobecki, Stanisław Szczepaniak nie
pozostawili po sobie dostępnych, pisanych wspomnień i listów.
Ich praca w  tej chwili może być odkrywana poprzez fragmentaryczne wspomnienia współbraci oraz skromne zapisy kronik
domowych i archiwów zakonnych.
Brat Józef Cichocki (1907-1963)

Brat Józef Cichocki55 wyjechał na misje do Wikariatu Apostolskiego Mackenzie w  1935  r. Po przybyciu do Kanady pracował
najpierw w misji Fort Fitzgerald w Albercie (1935-36), a następnie w Fort Resolution, na Północnym-Zachodzie (1936-1939).
O. Leon Mokwa wspominał spotkanie z bratem Józefem Cichockim w misji Fort Fitzgerald w 1936 r., kiedy był w drodze na
Północ: „Zjawił się w przystani ten olbrzym ‘broda długa, kręcone wąsiska’, tylko, że za pasem nie miecz, ale oblacki krzyż
błyska” – opisywał z  humorem spotkanie z  rodakiem 56. Brat
Józef Cichocki pomagał w misji przy budowie szpitali i wyrębie
drzewa.
Wkrótce obydwaj pracowali razem w Fort Resolution, gdzie
brat Józef Cichocki zajmował się głównie rybołówstwem i  polowaniem. Był z nimi także brat Stanisław Szczepaniak. Polscy
misjonarze mieli wtedy wiele okazji do wspólnych spotkań i rozmów po polsku. Wspominał o tym o. Leon Mokwa w krótkich
zapisach:
55) Józef Cichocki urodził się 15 sierpnia 1907 r.w Starogardzie w diecezji chełmińskiej. W młodym wieku (7 września 1926 r.) wstąpił do nowicjatu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Markowicach na Kujawach, gdzie złożył pierwszą profesję 8 września 1927  r. Śluby wieczyste złożył także w  Markowicach 8 września
1933 r. Następnie pracował w domach oblackich w Poznaniu i Lublińcu.
56) L. Mokwa, Wyżej, ku Północy, „Oblat Niepokalanej” 1936, nr 10, s. 283.

�84

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

„W maju jadę do braci, do tartaku odległego około pięć kilometrów. Tam śpiewamy wspólnie ‘Chwalcie łąki umajone’,
chociaż trzeba brodzić do pasa w  lodowatej wodzie, prą poprzez kry, dobić do celu. (...) W lipcu byłem u siana. Brat Cichocki kucharzył, więc miałem się z pyszna. Wzięliśmy sto fur
siana, załadowaliśmy na barkę i w drogę po rzece Mackenzie
i jeziorze Niewolników. Myślałbyś, że to góra płynie”57.
„Pamiętam jak w niedzielę śpiewał swoim donośnym głosem
godzinki po polsku”58.
Po wybuchu II wojny światowej zdecydował się walczyć
zbrojnie z Niemcami i  opuścił pracę misyjną. Wstąpił do
wojska formującego się w  Kanadzie. Otrzymał dyspensę od
ślubów zakonnych i opuścił zgromadzenie w czerwcu 1940 r.
Walczył na terenie Francji, gdzie został ranny. Za swoją postawę żołnierską otrzymał kilka odznaczeń wojskowych, między
innymi Military Cross. Zmarł w Toronto 8 września 1963 r.
Mówiąc o jego relatywnie krótkiej pracy w misjach w Północno-Zachodniej Kanadzie brat Michał Dąbrowski przyznał, że też
zgłosił się do konsulatu polskiego w Kanadzie, by jako żołnierz
bronić Polski, „lecz Pan Bóg zrządził inaczej. Złapał mnie taki
artretyzm w biodrze, że dotąd kuleję”59.
Brat Ignacy Dorabiała (1902-1993)

W lipcu 1937 r. otrzymał obediencję do prowincji Alberta-Saskatchewan brat Ignacy Dorabiała 60. Po przybyciu do Kanady
57) L. Mokwa, Też kłopoty, „Oblat Niepokalanej” (1938) nr 12, s. 356.
58) J. Różański, Cykl rozmów przeprowadzonych z o. Leonem Mokwą w dniach 12-21
grudnia 1996 r. w Edmontonie (Kanada), zarejestrowanych na taśmie magnetofonowej, taśma II.
59) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 36.
60) Ignacy Dorabiała urodził się 24 lipca 1902 r. w Karminku w archidiecezji gnieźnieńskiej. 16 lutego 1928 r. wstąpił do nowicjatu Misjonarzy Oblatów Maryi Nie-

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

85

pracował najpierw w Kolegium Św. Jana w Edmontonie (19371938), a  następnie w  szkole Blue Quills w Saint Paul (19381970). W latach 1970-1993) przebywał w Saint Albert.
Podczas swojej ponad pięćdziesięcioletniej posługi pracował głównie jako piekarz i ogrodnik. Zmarł 12 czerwca 1993 r.
w Saint Albert, gdzie został pochowany.
Brat Ludwik Jurczyk (1919-1979)

Brat Ludwik Jurczyk61 wyjechał z Polski na misje do Mackenzie w Kanadzie 4 czerwca 1939 r. „Na naszej Północy panowała wtedy gorączka budowy szpitali z powodu epidemii gruźlicy
– wspominał jego pracę brat Michał Dąbrowski – unowocześniano także domy misjonarzy i sióstr pielęgniarek. Ks. biskup
Trocellier ucieszony, że dostał takich fachowców, skierował ich
do tej pracy. Br. Szczepaniak, człowiek spokojny i zrównoważony, zajął się stolarką, a br. Jurczyk mechaniką i elektrycznością.
Wiele od nich się nauczyłem, co przydało mi się w Inuvik, gdzie
trzeba było chwytać się wszystkich zawodów. Najpierw budowali w Fort Rae, na północnym brzegu Jeziora Niewolniczego,
potem przenieśli się na brzeg południowy do Fort Resolution.
Spotkałem się z nimi dopiero po czterech latach i mogliśmy się
nareszcie dowoli nagadać po polsku, gdyż przedtem nie było
z  kim. W  Resolution nasi bracia zbudowali szpital trzy razy
większy od poprzedniego, bo chorych na gruźlicę przybywało
coraz więcej. Była nawet obawa, że jak to potrwa kilka lat, to
pokalanej w  Markowicach na Kujawach, gdzie złożył pierwszą profesję zakonną
(17 lutego 1929 r.). W  Polsce pracował najpierw w  domu Wyższego Seminarium
Duchownego w  Obrze k. Wolsztyna (1929-1934), a  następnie w  domu oblackim
w Kodniu (1934-1937).
61) Ludwik Jurczyk urodził się 19 listopada 1919  r. w Bottrop w  diecezji Münster,
w Niemczech. 18 marca 1927  r. wstąpił do nowicjatu Misjonarzy Oblatów Maryi
Niepokalanej w Markowicach, gdzie 19 marca 1928 r. złożył pierwsze śluby zakonne. Śluby wieczyste złożył 19 marca 1934  r. w Lublińcu, gdzie pracował w  latach
1928-1934 jako elektryk i technik.

�86

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

wszyscy Indianie wymrą. Byli bowiem bardzo podatni na tę chorobę, odżywiali się słabo, raz za dużo, raz za mało, nie umieli
urządzić sobie życia i  niedbali o  dzień jutrzejszy. Taka już ich
natura. Obecnie rząd dba o ich wyżywienie, no i wiele nauczyli się od białych. Po wynalezieniu penicyliny i innych lekarstw
opanowano tę chorobę”62.
Brat Ludwik Jurczyk przez dziesięć lat pracował także sezonowo jako mechanik na statku misyjnym „Św. Anna” razem
z  bratem Michałem Dąbrowskim. Jego hobby była krótkofalówka. Raz nawet złapał swego „kolegę” z Wolsztyna, który nie
chciał wierzyć, że rozmawia z  Fort Smith. Ale praca ta – jak
wspominał brat Michał Dąbrowski – męczyła go bardzo, „więc
zajął się budową domów, instalacją elektryczną i  czym popadło”63. Współbrat opisywał również jego pracę przy zakładaniu
instalacji elektrycznej w szkole-pensjonacie w misji Fort Chipewyan w 1942 r., wspólny remont statków misyjnych w 1955 r.
i to, że jak przez lata pracowali razem i byli sami, wtedy mówili
po polsku” 64.
Brat Ludwik Juryczyk pracował kolejno w misjach: Fort Rae
(1939-1942), Fort Resolution (1942), Fort Chipewyan (19421948), Fort Resolution (1948-1950), Fort Rae (1950-1951), Fort
Smith (1951-1953), Yellowknife (1953-1954), Fort Resolution
(1954), Fort Rae (1954-1956), Fort Chipewyan (1956), Fort Rae
(1956-1958), Fort Smith (1959-1974).
Yellowknife, 26 czerwca 1972 r. „Pan Bóg zrobił wielką kreskę przez moje plany wyjazdu do Polski. Piszę ten list do Was ze
szpitala w Yellowknife. (...) Dnia 20 czerwca miałem udar serca, dzięki Bogu i szybkiej pomocy naszych sióstr, skutki nie są
poważne i spodziewam się opuścić szpital w tych dniach. Oczy62) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 36.
63) Tamże.
64) Tamże.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

87

wiście chwilowo nie ma mowy, żebym wyjechał do Polski jak
zaplanowano (3 lipca). Kiedy? To Pan Bóg wie” 65.
W latach 1974-1975 brat Ludwik Jurczyk pracował w domu
generalnym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w  Rzymie. W  latach 1975-1976 przebywał ponownie w  misji Fort
Smith, po czym wycofał się ostatecznie do domu w Saint Albert
(1976-1979).
Brat Ludwik Jurczyk zmarł 15 września 1979 r. w Edmontonie. Pochowany został na cmentarzu oblackim w Saint Albert.
Brat Józef Kaintoch (1909-2004)

Powołanie do pracy na misjach w północnej Kanadzie zrodziło
się w sercu brata Józefa Kaintocha66 już w nowicjacie w 1936 r. Po
złożeniu pierwszych ślubów zakonnych 8 września 1936  r. przez
dwa lata pracował w wyższym seminarium duchownym w Obrze.
W  1938  r. zadeklarował pisemnie pragnienie wyjazdu na misje,
bez określania kraju przeznaczenia, chociaż myślał o wyjeździe na
misje do Afryki. Deklarację tę wysłał do przełożonego generalnego
Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, od którego otrzymał jednak obediencję do pracy misyjnej w  Kanadzie.
Po przyjeździe do Kanady w 1939 r., do Fort Smith, otrzymał obediencję do Yellowknife. Pracował razem z o. Leonem Mokwą, który
uczył go języka angielskiego i francuskiego. W Yellowknife pracował i uczył się trzy lata, głównie jako kucharz i przy zajęciach gospodarskich. W 1941 r. został przeniesiony do pracy na misji Fort Lake,
a następnie do Fort Rae i Fort Resolution. Podczas wojny myślał
o wstąpieniu do armii, ale ostatecznie – pod wpływem współbraci
– wycofał się z tego.
65) L. Jurczyk, List do o. Ignacego Puszczyka z 26 czerwca 1972 r., [mps bmrw].
66) Józef Kaintoch urodził się 18 marca 1909 r. w Orzegowie na Śląsku, w rodzinie
górniczej. W wieku 16 lat rozpoczął pracę w hucie, a następnie w kopalni. Po odbyciu służby wojskowej powrócił do pracy w  kopalni. W  lutym 1935  r. rozpoczął
nowicjat w Markowicach.

�88

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

W 1942 r. dostał obediencję na południe Kanady do Battlefort, gdzie jesienią 1943 r. złożył śluby wieczyste. Tam przez długie lata pracował w kotłowni, a później na gospodarstwie. Zajmował się także cieplarnią. Był też rzeźnikiem i kucharzem 67.
Zmarł w Saskatoon 12 września 2004 r.
Brat Jerzy Mrugała (1917-1972)

Brat Jerzy Mrugała wyjechał na misje do Kanady na początku 1954 r. z Francji, gdzie znalazł się po II wojnie światowej 68.
Pracował na Północy w wielu miejscach, rozpoczynając od misji
Fort Smith (marzec-czerwiec 1954) i Aklavik (1954-1959).
W  Fort Smith i Aklavik wykonywał różne prace, najczęściej jednak był zatrudniany w  żegludze rzecznej i  pracach
związanych z  jej transportem. Pływał głównie na statku
rzecznym „Święta Anna”. W pracy w misjach mógł rozwijać
przeróżne talenty, głównie praktyczne i służebne, tak wobec
misjonarzy jak i  miejscowej ludności, czy też miejscowych
szkół i szpitali. Pracował także w ogrodzie i w lesie przy wyrębie drzewa. W miarę potrzeby brał udział w połowach ryb
i polowaniach.
67) Informacje zaczerpnięte z rozmowy przeprowadzonej przez o. Tomasza Sajdaka
z  bratem Józefem Kaintochem w  1991 r. w  Kanadzie i  zarejestrowanej na dwóch
taśmach magnetofonowych.
68) Jerzy Mrugała urodził się 13 lutego 1917 r. w Łagiewnikach na Śląsku. 12 listopada
1937  r. wstąpił do nowicjatu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w  Markowicach. Pierwsze śluby zakonne złożył 13 listopada 1938 r. w Markowicach, gdzie
przebywał do 1941 r. W 1941 r. został wcielony do armii niemieckiej. Okres pobytu w  armii był dla niego koszmarem, o  którym nie mógł zapomnieć i  – jak pisał
później do swojego przełożonego – nawet czas, który jest „najlepszym lekarzem”
nie potrafi tych strasznych wspomnień wymazać. Po wojnie przebywał w  obozie
dla jeńców wojennych w Bordeaux (1947-48). Po opuszczeniu obozu udał się do
domu oblatów polskich w La Ferté-sous-Jouarre, gdzie pracował w  latach 19481954. Tam też 13 listopada 1949 r. złożył śluby wieczyste. I tam pracował do 1954 r.
Por. Pour Dieu et l’Eglise. Le Frère Jerzy Mrugalla O.M.I. (1917-1972), Supplément
„Aux Glace Polaires” (1973) nr 50, s. 4.

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

89

Na przełomie 1959/1960 r. przebywał na wakacjach w Europie, po wakacjach pracował w misjach: Fort Good Hope (19601961), Stony Rapids (1961) i Black Lake (1961-1972). W  dzienniku misji Stony Rapids przy różnorakich pracach i  podróżach
apostolskich przełożony misji zwykł odnotowywać wspólne prace
i  podróże z  bratem Jerzym Mrugałą zaczynając „Brat i  ja…” 69.
W Black Lake rozpoczął budowę kościoła, a następnie mieszkania
dla oblatów. Na Boże Narodzenie 1962 r. odprawiono Mszę św.
w nowym kościele, wybudowanym przez brata Jerzego Mrugałę.
W  sierpniu 1972  r. został przeniesiony do Francji i  pracował w domu oblackim w Vaudricourt-Verquin (1972), gdzie był
ogrodnikiem. Zmarł 11 listopada 1972 r. w Vaudricourt we Francji Został pochowany w La Ferté-sous-Jouarre.
Brat Józef Sobecki (1908-1939)

W  1937  r. szeregi polskich oblatów w  Mackenzie zasilił brat
Józef Sobecki70. Skierowano go do pracy w Fort Resolution, gdzie
pracował o. Leon Mokwa. Po przybyciu na misję pisał: „Pracy
w warsztacie krawieckim mam na razie niewiele, ale mimo to kraję (wprawdzie nie nożycami), ale piłą i siekierą, na zmianę rano
przez półtorej godziny mięso bawołu, renifera czy łososia dla 150
żołądków, a potem pniaki na opał. Wyjeżdżam też raz po raz na
polowania, wprawdzie nie z karabinem, ale z łapicą, bo to tańszy
sposób i nie trzeba brodzić całymi godzinami w śniegu. „Strzał”
z łapicy nigdy nie jest na próżno, „strzela dopiero wtenczas, kiedy
zwierzątko stanie przed lufą i wówczas sam cyngiel „puści”. Myśliwy idzie tylko podnieść ofiarę i na nowo „cyngiel” zaciąga” 71.
69) Tamże, s. 13.
70) Ur. 24 lutego 1908  r. w Nowym Dworze. Do nowicjatu wstąpił 15 lipca 1929  r.
Pierwsze śluby zakonne złożył rok później, 16 lipca 1930 r. Śluby wieczyste złożył
w  Obrze, 16 lipca 1937  r. Pracował w  domach oblackich w  Markowicach (19311932) i Obrze (1932-1937).
71) J. Sobecki, Lotem ptaka nad ziemią Indian, „Oblat Niepokalanej” (1938) nr 4, s. 101

�90

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Brat Józef Sobecki pracował w Fort Resolution głównie przy
wyrębie drzew i na przeróżnych budowach. W styczniu 1939 r. zaziębił się mocno przy piłowaniu drewna i rozchorował na dobre.
W połowie lutego stan jego był już tak poważny, że o. Leon Mokwa, który wówczas pracował w tej misji, odwiózł go samolotem
do Fort Smith. Po prześwietleniu okazało się, że niszczycielskiego
dzieła w jego organizmie dokonuje gruźlica. Lekarz przepowiadał
przedwczesny zgon. Brat Józef Sobecki powrócił na misję Św. Józefa w połowie marca. Nie opuszczał już jednak łóżka. „Teraz dopiero przekonaliśmy się, że był to wierny sługa Maryi. Przez dwa
dni i przez dwie noce powtarzał na przemian po łacinie i po polsku Zdrowaś Maryjo ku zbudowaniu wszystkich. A powtarzał to
z taką siłą i wiarą, że łzy płynęły z oczu otaczających jego łoże” 72.
Brat Michał Dąbrowski krótko wspominał jego śmierć: „Raz poszedł do lasu rąbać drzewo, zaziębił się i dostał galopujących suchot,
tak że po roku pobytu w Mackenzie Pan Bóg powołał go do siebie”73.
Brat Józef Sobecki zmarł w  wieku 31 lat 5 maja 1939 r.,
w pierwszy piątek miesiąca, w Fort Resolution, gdzie został pochowany 74.
Brat Stanisław Szczepaniak (1905-1955)

W 1936 r. wyjechał z Polski do Kanady brat Stanisław Szczepaniak75. Ten niezwykle spokojny i zrównoważony człowiek, wyborny cieśla, znacznie przyczyni się m.in. do wybudowania szpitala w Fort Smith, gdzie najpierw pracował. Stamtąd w 1936 r.
72) L. Mokwa, Mogiła na ziemiach Indian, „Oblat Niepokalanej” (1939) nr 6, s. 183.
73) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 36.
74) Por. G. Carrière, Dictionnaire biographique des Oblats de Marie Immaculée au
Canada, t. 3, Ottawa 1979, s. 196-197.
75) Ur. 25 października 1905 r. w Krzyżanowie. Do nowicjatu wstąpił 16 lutego 1925 r.
w Markowicach. Pierwsze śluby zakonne złożył 17 lutego 1926 r. Śluby wieczyste
złożył w Lublinie 17 lutego 1932 r. Pracował w Markowicach (1926-1929), w Lublinie (1929-1934), w Poznaniu (1934-1936).

�Praca polskich braci oblatów na Północnym-Zachodzie

91

brat Stanisław Szczepaniak został przeniesiony do misji Św. Józefa w Fort Resolution, położonej o 300 km na północ od Fort
Smith. Miejsca pracy w  Kanadzie to: Fort Resolution (19361937), Fort McMurray, Alberta (1937-1947), Fort Rae (19391940), Yellowknife (1947), Fort Resolutin (1948-1951), Fort
Smith (1951-1955). Brat Stanisław Szczepaniak był także członkiem grupy ochotników, którzy pracowali dorywczo w różnych
misjach. W ramach dorywczych prac przebywał na misji: Fort
McMurray (1935-1938), Breynat (1939), Fort Resolution (1939,
1941), Aklavik (1946), Yellowknife (1947), Fort Smith (1947),
Fort Resolution (1947-1948), Fort Smith (1951), Yellowknife
(1952-1953).
Fort McMurray czerwiec 1938 r. „Jestem jeszcze nadal w Mc.
Murray, ale już nie na długo, bo szpital, który budowałem wraz
z innymi, jest już na wykończeniu. Poświęcenie gmachu miało się
już odbyć w marcu, ale siostra misjonarka pracująca dotąd na Północy, która miała objąć kierownictwo nad szpitalem, nie mogła
przybyć w  oznaczonym terminie z  powodu braku jakiejkolwiek
w tym czasie komunikacji. Stąd też Ksiądz Biskup odłożył poświęcenia aż do 28-go maja 1938 r. (…) Po miesiącu, czyli w połowie
czerwca, już sześć osób leczyło się w naszym szpitalu”76.
Brat Michał Dąbrowski wspomina pracę brata Stanisława
Szczepaniaka: „Brat Szczepaniak przez 25 lat budował, odnawiał, modernizował domy, a  w  1952  r. zaczął budowę nowego
szpitala w Fort Smith. Br. Jurczyk zajął się elektryką i hydrauliką. W tym czasie i ja się tam zjawiłem w ich szpitalu, bo miałem
złamany obojczyk. Superiorem w Fort Smith był wtedy o. Leon
Mokwa, więc było nas aż czterech Polaków.
(…) Gdy br. Szczepaniak skończył pracę w Fort Smith, budował jeszcze katolicką szkołę dla parafii w Yellowknife, na wschód
od Jeziora Niewolniczego. Tam zachorował. Skarżył się, że musi
76) S. Szczepaniak, U wrót świata indiańskiego, „Oblat Niepokalanej” (1938) nr 10,
s. 277-278.

�92

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

dużo cierpieć, ale jeszcze coś niecoś pracował. Szkoda, bo był
jeszcze bardzo potrzebny. Tak sobie zasłużył na niebo. Można by
o nim jeszcze dużo pisać” 77.
Brat Stanisław Szczepaniak zmarł 15 maja 1955 r. w Edmonton78.

77) M. Dąbrowski, Pięćdziesiąt lat…, dz.cyt., s. 36.
78 ) Por. G. Carrière, Dictionnaire biographique des Oblats de Marie Immaculée au
Canada, t. 3, Ottawa 1979, s. 208-209.

�V.	 Praca O. Leona Mokwy wśród Indian
Północnego-Zachodu

Pierwszym polskim kapłanem-oblatem pracującym wśród
Indian z  Północngo-Zachodu był o. Leon Mokwa. Pracował on
wśród nich ponad pięćdziesiąt lat. Pozostało po nim sporo listów,
jak również zapisane rozmowy i wywiady, które pozwalają odtworzyć nie tylko jego długą pracę misjonarską, ale także wiele
zmieniających się realiów tejże pracy.
Powołanie zakonne i misyjne

Powołanie zakonne i  misyjne Leona Mokwy krystalizowało
się w  rodzinnym Lubichowie, niewielkiej wsi kociewskiej, położonej w  województwie pomorskim w  powiecie starogardzkim. Leon Mokwa urodził się 18 kwietnia 1909 r. w Lubichowie,
w  rodzinie wielodzietnej. Miał jedenastu braci i  jedną siostrę.
Trzech braci Leona straciło życie podczas I  wojny światowej.
Młodzi z Lubichowa – podobnie jak i z innych części ziem, pozostających pod zaborem niemieckim – wcielani byli do armii
pruskiej i  brani na roboty w  głąb Rzeszy Niemieckiej. Dwóch
braci zginęło w  walkach na froncie, natomiast jeden w  obozie
pracy w Niemczech. Kolejny jego brat stracił życie w pierwszych
latach odradzającej się Rzeczpospolitej, podczas wojny z bolszewikami. Trzech innych zmarło w młodym wieku.
Jak wielu jemu podobnych chłopców, pochodzących z ubogich rodzin, chodził najpierw do szkoły powszechnej sześcioklasowej, a później przez dwa lata do Szkoły Wydziałowej w Tucholi i dwa lata do Szkoły Wydziałowej w Starogardzie Gdańskim.
Myśl o życiu kapłańskim zrodziła się w jego sercu wcześnie. Już

�94

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

jako trzynastoletni chłopak myślał o wstąpieniu do gimnazjum
w  Pelplinie, w  którym przygotowywali się także kandydaci do
Wyższego Seminarium Duchownego. Jednak z  powodu słabej
znajomości łaciny, której pobrał tylko kilka lekcji od miejscowego wikarego, jak również braku znajomości greki, do gimnazjum nie został przyjęty.
Ze Zgromadzeniem Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej
zetknął się przez przypadek, jeśli „można mówić o przypadkach
w  życiu człowieka wierzącego” – mówił po latach 79. Pewnego
dnia jego rodzony brat Stefan jadąc na motocyklu złamał nogę
i trafił do szpitala. W szpitalu pielęgniarka – jedna z sióstr zakonnych – podsunęła do czytania „Oblata Niepokalanej” – miesięcznik wydawany przez Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w  okresie międzywojennym. Oblaci podawali w  każdym
numerze ogłoszenia, skierowane do młodzieży, że prowadzą
Niższe Seminarium Duchowne w Lublińcu na Śląsku i  zapraszają chętnych, myślących o  życiu kapłańskim. Przeczytawszy
to ogłoszenie Stefan powiedział do Leona: „Napisz, może cię
przyjmą”. Wiedział doskonale, że brat myślał o  drodze powołania kapłańskiego. Młody Leon napisał pod wskazany adres
i w ten sposób znalazł się w Niższym Seminarium Duchownym
Oblatów w Lublińcu, gdzie uczył się przez dwa lata. „Ciekawe, że
na drogę życia oblackiego skierował mnie ten właśnie wypadek
motocyklowy mojego brata” – wspominał po latach 80.
W  1927  r. Leon Mokwa pojechał do zakonnego junioratu
oblatów Maryi Niepokalanej w Lublińcu, gdzie nadrabiał zaległości w łacinie i grece, biorąc lekcje u starszych kolegów. Z życia w seminarium w Lublińcu zapamiętał nie tylko początkowe
zmaganie się z językami, ale także bardzo skromne warunki materialne w jakich żyli ówcześni uczniowie.
79) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma I
80) Tamże.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

95

Po ukończeniu Niższego Seminarium Duchownego w Lublińcu
14 sierpnia 1929  r. wstąpił do nowicjatu w  Markowicach. Nowicjat był czasem próby, modlitwy, a także wytężonej pracy fizycznej. W  Markowicach było duże gospodarstwo rolne, które
wymagało silnych rąk do pracy, do której angażowano nowicjuszy. O. Leon Mokwa pamiętał po latach prace polowe w Markowicach, zwłaszcza wykopki, pracę przy burakach oraz młockę.
Pierwsze śluby zakonne złożył w  Markowicach 15 sierpnia
1930 r., po czym odbywał studia filozoficzno-teologiczne w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze k. Wolsztyna.
Czas spędzany w seminarium duchownym w Obrze był także
okresem rozwijania powołania misyjnego. Interesowano się żywo
tym, co się dzieje na misjach. Leon Mokwa wiódł prym w tych zainteresowaniach. Został nawet przewodniczącym Seminaryjnego
Koła Misyjnego. Na każde spotkanie koła przygotowywał różnego rodzaju informacje i relacje z tego co przeczytał o misjach
oblackich w świecie. Wśród tych informacji i relacji bardzo dużo
miejsca zajmowały misje na dalekiej północy Kanady. Rozwijał
te swoje zainteresowania, gdyż powołanie do Zgromadzenia
Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej jednoznacznie łączyło
się w jego świadomości z powołaniem misyjnym. To powołanie
rozbudzały także spotkania z  misjonarzami. Tak Leon Mokwa,
jak i inni klerycy długo wspominali spotkania z bratem Franciszekiem Otrząskiem, który pracował na misjach w Namibii w Afryce.
Z jego pobytem łączyła się m.in. zabawna historia, którą o. Leon
Mokwa wspominał do końca życia. Brat Franciszek mówił obrazowo i m.in. „o konikach”, czyli grasującej w niektórych częściach
Namibii żarłocznej szarańczy, pustoszącej zbiory. Kiedy więc tego
roku z nowicjatu w Markowicach przyszła do Obry czterdziestoosobowa grupa kleryków, którzy na raz weszli do sadu i zajadali
z zapałem owoce z drzew, starsi ich koledzy krzyczeli : „O, koniki!
O, koniki!” i w ten sposób nazwa ta przylgnęła do całego kursu.
Używano jej jeszcze przez długie lata.

�96

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

W listopadzie 1934 r. wyższe seminarium duchowne w Obrze
odwiedził bp Gabriel Breynat OMI z  Kanady. Zachwyciła go
imponująca liczba nowicjuszy i  seminarzystów w  młodej, polskiej prowincji oblackiej. W  niższym seminarium duchownym
w Lublińcu uczyło się wówczas 25 chłopców, w nowicjacie było
aż 43 kandydatów do kapłaństwa i 25 kandydatów na braci zakonnych, zaś w wyższym seminarium w Krobii i Obrze – 81 seminarzystów. Przed odjazdem biskupowi obiecano, iż do pracy
apostolskiej w Mackenzie pojedzie brat Michał Dąbrowski 81.
W  Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej
istnieje zwyczaj, iż pierwszą obediencję, określającą przynależność do prowincji, daje przełożony generalny zgromadzenia.
Dlatego też przed święceniami diakoni wyrażają w liście do ojca
generała swoje życzenie przyszłej pracy apostolskiej. „Miałem
do wyboru dwie propozycje – wspominał o. Leon Mokwa – albo
wyjechać na misje do Afryki albo też do Kanady. Wybrałem
Kanadę, gdyż pomyślałem sobie: „Od zimna można się jakoś
uchronić, ale od gorąca uchronić się nie da” 82.
Przedwojenne seminarium oblackie w Obrze miało w gronie
wykładowców kilku obcokrajowców: Francuzów, Kanadyjczyków i Niemców. Dzięki temu Leon Mokwa mógł zdobyć podstawy w języku francuskim oraz angielskim, co później okazało
się nieocenione podczas podróży do Kanady oraz w pierwszych
miesiącach pobytu.
16 czerwca 1935 r. diakon Leon Mokwa został wyświęcony na
kapłana przez bpa Walentego Dymka, biskupa pomocniczego
w Poznaniu. Razem z nim święcenia kapłańskie przyjął diakon
Józef Kucharczyk, który także otrzymał obediencję do pracy misyjnej w Kanadzie Zachodniej.
81) Por. G. Breynat, Cinquante ans au pays des neiges, t. 3, L’éveque volant, Montréal 1948, s. 301-303
82) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma I.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

97

Przed wyjazdem do Kanady o. Leon Mokwa został mile zaskoczony przez o. Pawła Kulawego, który wręczył mu pieniądze
i  powiedział: „Przed wyjazdem zwiedź jeszcze całą Polskę, bo
później jej bardzo długo, a może nawet nigdy jej nie zobaczysz”.
O. Leon skorzystał z propozycji i odwiedził Wilno, Lwów, Stanisławów, Kraków, Zakopane oraz bliskie mu Pomorze.
Po święceniach w  Obrze wraz ojcami Józefem Kucharczykiem, Augustynem Michalikiem i  Kazimierzem Buchwaldem
otrzymał obediencję do prowincji zakonnej Alberta-Saskatchewan w  Kanadzie. Mieli udać się do pracy wśród Polonii kanadyjskiej83.
Wrażenia z długiej podróży

Bardzo często mówiąc o  powołaniu misyjnym przytacza
się słowa, które Pan skierował do Abrahama: „Wyjdź z  twojej
ziemi rodzinnej i  z  domu twego ojca do kraju, który ci ukażę’
(Rdz 12,1). Nabrały one szczególnej wymowy 18 sierpnia 1935 r.
w  położonej nad brzegiem jeziora rodzinnej wiosce Lubichowie. Parafia żegnała pierwszego w dziejach misjonarza. Po uroczystych nieszporach w  sali zebrań zgromadziły się miejscowe
stowarzyszenia. Towarzystwo Śpiewu Cecylia wykonało utwór
ludowy „Wędrownik ja”. Nie zabrakło przemówień i deklamacji,
wśród których Sylwester Witta, prezes Akcji Katolickiej, podkreślił, iż o. Leon Mokwa był pierwszym misjonarzem z tej parafii84.
Najbardziej wzruszeni byli rodzice misjonarza. Nie spodziewali
się wówczas, że są to ostatnie dni spędzone razem z synem.
Wyjazd za granicę wymagał jednak długich jeszcze starań
i  załatwiania formalności. Uroczystą akademię pożegnalną dla
nowych misjonarzy zorganizowano w oblackim seminarium duchownym w  Obrze dopiero 22 września. Seminaryjny chór od83) Por. [Wiadomości z kraju] Obra, „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 7-8, s. 240.
84) Pożegnanie misjonarza, „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 10, s. 304.

�98

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

śpiewał uroczyście „Czym ja kiedyś marzył o tem Boże”. Salę udekorowano stosownie do sytuacji symboliczną łodzią, siecią oraz
narodowymi sztandarami – na znak, że nowi misjonarze udają
się do Polonii. Razem z o. Leonem Mokwą byli tam także ojcowie Augustyn Michalik, Kazimierz Buchwald i Józef Kucharczyk.
Również brat Józef Cichocki przeznaczony został do pracy w Kanadzie w zakonnym wikariacie Mackenzie. Misjonarzy pożegnano także w kaplicy domu prowincjalnego w Poznaniu 85.
Podróż do Lebret

O północy 2 października 1935 r. o. Leon Mokwa opuścił Poznań
w  towarzystwie o.  Józefa Kucharczyka. Rozpoczęła się jego wielomiesięczna misyjna podróż. Rano 3 października byli już w Berlinie.
Następnego dnia bawili u wujostwa Paczewiczów w Kolonii. Swoje
wrażenia z podróży o. Leon Mokwa zawarł w liście skierowanym do
redakcji Oblata Niepokalanej, wydawanego w  Poznaniu: „Ułożyliśmy sobie plan, że nocą jedziemy, a w dzień zwiedzamy. Aktualne to
było zwłaszcza w Niemczech, gdyż tylko na dwa dni mieliśmy wizę.
W  nocy więc wyjechaliśmy z  Poznania tak, że w Berlinie byliśmy
o ósmej rano. Oglądam pobieżnie plan miasta, oddajemy na przechowanie nasze walizki i ruszamy na ulice Berlina. W kilku godzinach zwiedzamy trzy muzea, kościoły katolickie, których tutaj jest
stosunkowo bardzo mało, pałac Reichswery i katedrę protestancką.
Wieczorem jedziemy do Kolonii, a stąd dnia następnego do Paryża.
Ten dzień podróży dał nam dopiero pojęcie, co to jest miasto o czterech i pół miliona mieszkańcach. W Berlinie przez wszystkie dzielnice i podmiejskie dworce jechaliśmy około godziny, to też z obawy
przed ogromnym Paryżem, wzięliśmy taksówkę na ulicę d’Assomption 75, gdzie mieszkają nasi Ojcowie. Przyjęto nas serdecznie” 86.

85) Odjazd misjonarzy, „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 11 s. 335.
86) L. Mokwa, J. Kucharczyk, Ostatnie chwile w Europie, „Oblat Niepokalanej” (1935)
nr 12, s. 356-357.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

99

Pobyt w  Paryżu rozpoczęli od załatwiania formalności. Po
nich zwiedzali miasto. „Dnia następnego ruszamy do miasta, do
biura towarzystwa okrętowego Canadien Pacific, by ostatecznie
ustalić dzień naszego wyjazdu. Potem nastąpiło zwiedzanie osobliwości Paryża. Pierwsze co nas zaabsorbowało podczas tych
przechadzek po tym olbrzymim mieście, to szybki ruch kołowy
na jego ulicach. Tramwaji wprawdzie nie ma na szerokich bulwarach Paryża, bo kursują pod nimi kolejki podziemne zwane
metro. W  zamian za to utrudniają poruszanie się pieszych samochody, pędzące z szybkością 60 km na godzinę. W pierwszym
dniu stanęliśmy przy kościele Ste Madelaine i  obawialiśmy się
przejść na drugą stronę ulicy, chociaż policja regulowała ruch,
czy to światłem czy pałką przepuszczając falę ludzi z jednej ulicy, podczas gdy na drugiej stoi około stu i więcej samochodów.
(...) Kto nie ma gazety w  ręku, patrzy na nas, bo uchodzimy
w  ich mniemaniu za Amerykanów. Księża bowiem tutejsi noszą odmienne kapelusze i płaszcze od polskich. Kilka razy nawet
zagadnęli nas po angielsku. Pytam w Wersalu mego towarzysza o autobus do Paryża, a krótka odpowiedź „jest”, najpewniej
przeobraziła się w uszach bileciarza na angielskie „yes” – tak, bo
zaraz odezwał się do nas łamaną angielszczyzną. Inną podobną
scenę mieliśmy na Montmartre, w bazylice Serca Jezusowego.
Zamierzamy zwiedzić kryptę, do której wstęp kosztuje trzy franki. Kasjerka radzi nam, byśmy udali się do księdza proboszcza,
a  otrzymamy pozwolenie na gratisowe zwiedzanie. więc idziemy. A księża z pewnością z Ameryki... rzuca nam na przywitanie
ks. proboszcz” 87.
Z Paryża ojcowie udali się do Dieppe, skąd statek, „a raczej
większych rozmiarów łódka”, zabrał ich przez kanał La Manche
do Londynu. W Londynie spędzili tylko jedną noc. Nazajutrz
okręt przewiózł ich do Liverpoolu. W  każdym mieście oczekiwał na nich przedstawiciel towarzystwa okrętowego Canadien
87) Tamże, s. 357-358.

�100

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Pacific. On to załatwiał wszelkie formalności, noclegi i posiłki.
Podobnie było i w Liverpoolu, gdzie 300 pasażerów wsiadło na
okręt do Montrealu. Wśród nich wielu było Francuzów, Węgrów,
Rumunów, Holendrów, Czechów, Szkotów i Szwajcarów. „Codziennie cofamy zegarki o godzinę. Każdego rana, z wyjątkiem
dwóch dni, odprawiamy mszę św. w salonie pierwszej klasy przy
ołtarzu polowym” 88.
Wreszcie, 20 października wylądowali w Montrealu.
Zaraz po przyjeździe do Kanady młodzi misjonarze z Polski
zetknęli się z ogromnymi przestrzeniami. Gęsto zaludniona Europa w niczym nie przypominała z rzadka zamieszkałej Kanady
z jej bezgranicznymi lasami, wielkimi rzekami i jeziorami, rozległymi preriami. Dla Europejczyków był to od początku „Nowy
Świat”. Oglądali go z okien pociągu, który wiózł ich z Montrealu
do Winnipegu. Podróż pociągiem trwała wówczas aż dziesięć
dni. W Winnipegu powitała ich międzynarodowa wspólnota
współbraci, wśród których było także kilku kanadyjskich kleryków pochodzenia polskiego. Studiowali razem w Obrze. Razem
też zaczęli wspominać niedawne kleryckie lata. Przypominali
wszystkie radosne wydarzenia, a wśród nich także łapanie i pieczenie żab na sposób francuski, jak również naukę gry w hokeja,
w  którym specjalizowali się Kanadyjczycy, traktując ten sport
jako swój narodowy. W Winnipegu przebywali do 13 listopada
1935 r., następnie udali się do Lebret, gdzie znajdowało się wyższe seminarium duchowne misjonarzy oblatów. Zobowiązano
ich bowiem do ukończenia roku pastoralnego, aby lepiej zapoznać się z pracą duszpasterską w Kanadzie.
13 listopada opuścili gościnny Winnipeg i przez miasto Regina udali się pociągiem do Lebret. Ostatnie 90 kilometrów, które
dzieliły Lebret od Reginy przejechali w milczeniu. „Zdajemy się
doceniać ważność chwili przybywając na ziemię Indian, gdzie
88) Tamże, s. 361.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

101

tak gorliwie pracował o. Lacombe... gdzie odnaleźć można ślady
wyczynów apostolskich po ks. bp. Tache... Z  zadumy wyrwała
nas rzeczywistość - stacja Lebret. Tuż obok dworca wznosi się
kościół parafialny. Tam też najpierw kierujemy swe kroki” –
wspominał tę podróż o. Leon Mokwa 89.
Zmiana życiowych planów

Wyższe Seminarium Duchowne Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Lebret wzniesiono w 1925 r. Położone było
tuż nad jeziorem, w  cieniu łańcucha gór. To właśnie w Lebret
młodzi kandydaci do duszpasterstwa polonijnego spotkali się
po raz pierwszy z Indianami. W budynku seminaryjnym mieszkali chłopcy indiańscy ze spalonej przed trzema laty szkoły.
Udostępnienie dzieciom indiańskim budynku seminaryjnego
świadczyło dobitnie o  trosce misjonarzy o  rozwój szkolnictwa
wśród Indian. Od pierwszych lat pracy starali się oni o  szkoły
dla rdzennych mieszkańców tych ziem. Wielkie zasługi miał tutaj o. Joseph Hugonnard, który wybudował w Lebret w 1884 r.
szkołę dla indiańskich dzieci oraz opracował dla niej specjalny
program nauczania. Szkoła ta uchodziła za najlepszą szkołę indiańską w Kanadzie, a jej program został zaakceptowany przez
rząd. Pomnik o.  Josepha Hugonnard w  otoczeniu indiańskich
dzieci zdobił fronton seminarium w Lebret.
O. Leon Mokwa lubił towarzystwo indiańskich dzieci. Starał się znaleźć z nimi wspólny język. Dlatego też, gdy po kilku
miesiącach dzieci indiańskie przeniesiono do nowej szkoły, „żal
obustronny zawładnął sercami naszego seminarium, gdy pewnego dnia z  końcem marca [1936 r.] mali Indianie ściskali mi
rękę na Good bye! – Do widzenia! I wiele nam mówiło to jedno uściśnięcie ręki, to jedno Good bye! Do widzenia najpierw
w tej nowej szkole, dokąd już teraz zapraszamy, a potem w re89) L. Mokwa, U celu podróży, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 2, s. 36.

�102

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

zerwatach, gdzie niejeden z Was będzie naszym misjonarzem.
Ta chwila pożegnania była dla nas naprawdę uroczysta, bo tak
te maleństwa zżyły się z nami, że trudno przyszło się rozstać” 90.
Ten sentyment do Indian rozpalał w  o. Leonie bp Gabriel
Breynat, który przebywał wówczas w Lebret i gorąco namawiał
misjonarzy z Polski do poświęcenia swojego życia Indianom kanadyjskim. O. Mokwa rozważał tę propozycję z wielkim zainteresowaniem. „Kiedy mówimy w Polsce o Kanadzie, wyobrażamy
ją sobie jako kraj bogaty w  uprawne pola, gdzie złocą się, jak
okiem sięgnąć, pszeniczne łany, gdzie na preriach, nie tak dawno jeszcze pełnych krwawych walk tubylczych plemion, wyrastają farmy, jak grzyby po deszczu. Jest w tem coś z prawdy. Gdy
tylko raz została otwarta emigracja do tej nowej ziemi, nieprzerwanym łańcuchem ciągną dotąd ze wszystkich stron ludzie,
by posiąść te przestrzenne tereny. [...] Tymczasem my w  Polsce często zapominamy, a  może nie wiemy, że na powyższym
tle wyrasta inny naród, równorzędny Kanadyjczykom, którego
obywatelstwo sięga mroków minionych wieków; rośnie, rozwija
się i jest współczynnikiem obywatelskiego życia – mam na myśli
Indian” 91. Ich świat zapadał mu coraz bardziej w serce. Skłonny
był zmienić swój pierwotny zamiar pracy wśród polskich emigrantów i polskich braci na pracę wśród Indian z Kanady Północnej. Zaakceptował zatem propozycje bpa Breynata. 5 czerwca 1936 r. opuścił Lebret i udał się nie do Polonii kanadyjskiej,
ale do Saint Albert, odległego o  12 km od Edmontonu. Był to
pierwszy etap jego wędrówki na Północ.
Dla oblatów Saint Albert było uświęconą tradycją główną
bazą i bramą misji na dalekiej Północy. Tam znajdował się ich
największy cmentarz, na którym wówczas spoczywało już ponad
90) Tenże, Czerwonoskórzy uczniowie, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 6, s. 177. Por.
tenże, Przyszłość „Dzieci Prerji” (sic!), „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 4, s. 102106.
91) Tenże, Zagadnienie indiańskie, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 7-8, s. 201-202.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

103

50 osób. W cieniu katedry świątobliwego bpa Vital Grandin stał
pomnik o. Alberta Lacomba, największego misjonarza Kanady.
Jego rozpostarte ramiona jakby chciały objąć cały Zachód i Północ i przycisnąć do serca. „Obrazy jak we filmie szybko przesuwały się przed memi oczyma” – wspominał te chwile 92.
W Saint Albert o. Leon wziął udział w święceniach biskupich
o. Jean-Louis Coudert. O. Coudert został mianowany koadiutorem wikariusza apostolskiego dalekiego Jukonu i Prince Albert
z prawem następstwa. Święceń biskupich udzielił mu 7 czerwca
1936 r. kard. Jean-Marie-Rodrigue Villeneuve OMI, arcybiskup
Québec, razem z biskupami oblatami Emilem Bunoz i Gabrielem
Breynat. Z tej okazji Saint Albert odwiedziło wielu misjonarzy
i dostojników kościelnych, w tym ośmiu biskupów i ponad 100
księży. „Co mnie jako Polaka szczególnie ujęło, to wyszczególnianie nazwiska brata Antoniego Kowalczyka. Straciwszy prawą
rękę w północnych misjach, od 25 lat trwa na swym stanowisku,
tj. w Małem Seminarium, służąc wiernie Bogu modlitwą i pracą.
O popularności otaczanego czcią i poważaniem Brata Antoniego
świadczy sam fakt, że w programie uroczystości jubileuszowych
widnieje: ‘Nie zapominajcie po obiedzie uścisnąć lewej ręki Brata Antoniego’. Obstąpili go więc wokoło licznie zebrani goście,
że nie można było pogwarzyć z rodakiem, który jeszcze dobrze
mówi po polsku” 93.
Po wodnych arteriach Północnego-Zachodu

9 czerwca o. Leon Mokwa opuścił Saint Albert i via Edmonton wyruszył w długą podróż do McMurray.
„Dzień zapowiadał się upalny. Wczesnym rankiem odprawiłem mszę św. u grobu O. Lacombe i wnet autobus uwiózł całą
92) Tenże, Dalej za Zachód, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 9, s. 261.
93) Tamże, s. 263.

�104

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

karawanę ze St. Albert na dworzec do Edmontonu. Pociąg zdążający ku Północy ruszy o godz. 9 rano. Ruch panuje ogromny,
boć to jedyny kurier w ciągu tygodnia. Na peronie żegna nas ks.
bp Breynat, który udaje się na Kongres Eucharystyczny do Vancouver. Na dworcu zostawimy O. prow. Langlois, wielu innych
Ojców i  znajomych. Ostatni sygnał i  do widzenia cywilizacjo.
Może już więcej nie będę podziwiał pięknego Edmomtonu, może
ostatni raz śledzę ruch wielkomiejski. Jest nas dość dużo, zajęliśmy cały wagon sypialny. Towarzyszy nam ks. bp Fallaize, kilku
starych misjonarzy, pionierów Północy, wracających z  uroczystości konsekracyjnych. Nas świeżo upieczonych misjonarzy jest
pięciu: dwóch Francuzów, jeden Amerykanin, jeden Belgijczyk
[sic!] i cztery Siostry. Oto cała wyprawa zmierzająca na ten bezmiar obszarów północnych. Pociąg ogromnie długi, trzęsie się
jakoby ze strachu przed czekającym go szlakiem” 94.
Sześćdziesiąt lat później pamiętał jeszcze wiele szczegółów
z tej podróży. Wspominał, jak przy pożegnaniu na peronie w Edmontonie bp Breynat podarował mu fajkę do palenia tytoniu
ze słowami: „Będzie to bardzo dobre lekarstwo na czas nudy”.
O. Leon zapalił fajkę w pociągu, kilka razy zakrztusił się po czym
wyrzucił ją przez okno: „Wyrzuciłem ponieważ nigdy na misjach
się nie nudziłem i  nie smakowała mi, na misjach były zawsze
biblioteki, a ja lubiłem czytać” 95.
Po przejechaniu St. Albert. Pociąg „zaszył się już zupełnie
w lesistą strefę. Już nie zmieni się krajobraz, tylko od czasu do
czasu na przestrzeni 20 km zamajaczy mała stacyjka czy ludzka
siedziba. Przed nami leży 500 km”.
10 czerwca po południu pociąg dotarł do McMurray. „Wszystko co żyje opuszcza przedziały. Od razu przypomniało mi się
owo znane powiedzenie „tam gdzie świat deskami zabity”. Bo
94) Tenże, Wyżej, ku Północy, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 10, s. 276-277.
95) J. Różański, Cykl rozmów…, taśma II.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

105

cóż pozostało? Linia kolejowa kończy się tępo. Kto chce dalej
jechać, niech się powierzy rzece Ahabaska. Wobec takiej konieczności zbieram, co mogę i wraz z innymi lokuję się na ciężarowym samochodzie. Do przystani mamy jeszcze pięć km. Jest
to ów portaż96 znany pod nazwą Athabaska Landing. Gdy nasi
pierwsi misjonarze zapuszczali się w głąb Północy, dotąd przybywali wołami z Edmontonu względnie na barkach.
Portaż to miejsce bystrzyn na rzece, które dla bezpieczeństwa
trzeba było omijać. Ta krótka przejażdżka, dziś w tak odmienny sposób odbywana, stawiła mi przed oczy misjonarzy Północy
jeszcze sprzed 50 laty, którzy tutaj tyle razy znaczyli swoje ślady
krwawym nieraz potem. McMurray to pierwsza stacja misyjna
wikariatu w  Mackenzie. Zajeżdżamy przed kościółek misyjny,
by podziękować Bogu za dotychczasową nad nami opiekę i poprosić o dalszą. O. Treste, długoletni misjonarz wśród tutejszych
Krysów i Montanezów, gości całą załogę czym chata bogata. Był
to pierwszy obiad misyjny, spożyty z apetytem godnym misjonarzy Północy. Zwiedzamy kościółek, zagrodę i  gotujemy się
do dalszej drogi. Tymczasem zdołano załadować bagaże. Jakoż
o godz.18. stanęliśmy w przystani, płożonej tuż obok misji” 97.
Rzeka Athabaska-Mackenzie przez długie lata była jedynym
szlakiem komunikacyjnym, którym można było latem dostać się
w głąb kraju. Jej długość wynosi ok. 4000 km. Dobija do niej ok.
100 dopływów. Największe z nich po lewej stronie to rzeki Pokoju, Słona, Foin, des Liard, Peel, a po prawej stronie Biche,
Maisons, Niedźwiedzia. Oprócz tego przecina ona liczne jeziora
jak Małe Jezioro Niewolników, La Biche, Athabaska i Wielkie
Jezioro Niewolników, La Martre i Wielkie Jezioro Niedźwiedzie.
96) „Portaż” – słowo angielskie, pochodzące z francuskiego. Używa go w j. pol. także A. Fidler pisząc o Kanadzie. Wśród kajakarzy przyjęło się mówić „przewłoka”,
„przenośna”, „pzewózka” na oznaczenie odcinka rzeki, którego nie można pokonać
wodą ze względu na bystrzycę.
97) L. Mokwa, Wyżej, ku Północy, dz.cyt., s. 277-278.

�106

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Rzeka posiada kilka nazw: od swego źródła (góra Brown) do Jeziora Athabaska nazywana jest Athabaska; od Jeziora Athabaska do
Wielkiego Jeziora Niewolników – Rzeką Niewolników; i wreszcie
od Rzeki Niewolników do Morza Arktycznego – Mackenzie. Przeciętna szerokość rzeki Athabaska wynosi ok. 1 km, Mackenzie ok.
1,5 km, chociaż niekiedy rozlewa się ona na szerokość 4-7 km.
Wzdłuż jej biegu ciągnęły się dziewicze lasy, przerywane tylko
dopływami. Przy roztopach wody niosą powyrywane pnie drzew
i  wyrzucają je na brzeg. Niebezpieczne na rzece były zwłaszcza
bystrzyny, czyli duże pochyłości koryta rzeki, gdzie wody biegną
z większą szybkością. Usłane są one często wystającymi skałami.
Do przemierzenia tej „arterii Północy” misjonarze w 1892 r.
przeznaczyli statek misyjny „Św. Józef”, który obsługiwał Jezioro Athabaska i  rzekę Athabaska od fortu MacMurray po Fort
Smith. W  pobliżu Fort Smith była 35-kilometrowa bystrzyca
i kaskady, których nie mogły pokonać nawet popularne na Północy łososie. Przy tych bystrzynach urządzono jedną przenośkę
(portaż), długą na 25 kilometrów – i w ten sposób ominięto najniebezpieczniejszy łańcuch bystrzyc. Za bystrzycami Fort Smith
od 1895  r. kursował aż do brzegów Oceanu Arktycznego niewielki statek parowy „Św. Alfons”. Kiedy w 1901 r. podzielono
Wikariat Apostolski Athabaska-Mackenzie na WA Athabaska,
na którego czele stanął bp Emil Grouard, oraz WA Mackenzie
z  biskupem Gabrielem Breynat, obydwaj biskupi postarali się
o nowe statki: bp Grouard zbudował statek „Św. Karol”, natomiast bp Breynat niewielki, ale szybki parowiec „Immaculata”.
Misjonarze, przeznaczeni do pracy w WA MacKenzie, wsiedli wraz z o. Leonem Mokwą na pokład „Immaculaty”. O. Leon
szczegółowo opisał swoją podróż statkiem na łamach „Oblata
Niepokalanej”.
„Immaculata” – „to niewielka łódź, kryta, zdolna pomieścić
do 50 osób, a  tylu właśnie nas było. Motor Spalinowy o  sile
40HP robi na godzinę 20 km. Niedużo co prawda w stosunku

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

107

do przestrzeni, jaką mamy do przebycia, ale zawsze szybciej niż
wiosłami, jak to ongi bywało. Wnet podniesiono kotwicę. „Immaculata” na olbrzymich wodach Athabaski zdała mi się być
małą łódeczką. Patrzę na wysokie brzegi, pokryte grubą warstwą
lodu, które w  czerwcowych promieniach słonecznych miękną
i nikną z dnia na dzień.
Nurt rzeki wartko nas porywa. W tym jednak tkwi niebezpieczeństwo, gdyż koryto Athabaski często się zmienia, stąd łatwo
możemy stanąć na mieliźnie, co też nazajutrz nam się przydarzyło. Zatem ostrożnie posuwamy się naprzód. Pilot śledzi bieg
rzeki. Do miejsca postoju mamy 60 km. Wobec znacznego obciążenia i niepewnej wody, posuwamy się dość wolno.
O  północy zatrzymujemy się na nocleg. Noc jest widna jak
dzień, zalana powodzią światła zorzy polarnej. Tuż nad brzegiem mała osada indiańska, więc też od razu zaroiło się na miejscu naszej przystani. Indianie nie śpią w nocy, ale siedząc wokół swoich ognisk, gwarzą bez końca. Teraz zaś wszyscy, starzy
i młodzi, witają księdza Biskupa i misjonarzy. Pomagają wylądować i przenoszą cały dobytek do starej kaplicy, gdzie mamy
urządzić sobie nocleg. W  tej kaplicy misjonarze ilekroć tędy
przejeżdżają, odprawiają mszę św.
Mogłem się tutaj naocznie przekonać, że nasz Boski Mistrz zawsze jeszcze zamieszkuje w stajence betlejemskiej. Całość składa się
z grubo ciosanych wiązań, wewnątrz coś w rodzaju ołtarza, cztery
ściany i nic więcej.
Rozkładamy na podłodze nasze łóżka bez nóg i materaców.
Biedne Siostry, bo im przypadło takie samo posłanie, z tą tylko
różnicą, że na strychu” 98.
Podczas podróży misjonarze sprawowali zwykłą posługę
duszpasterską wśród Indian i  Metysów. Także podczas tego
98) Tenże, Wyżej, ku Północy, dz.cyt., s. 278-279.

�108

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

krótkiego postoju, we wczesnych godzinach rannych, biskup
i  misjonarze modlą się i  udzielają sakramentów. „Na pięciu
przenośnych ołtarzach odprawiają się msze św. Indianie korzystają ze sposobności i gromadnie przystępują do stołu Pańskiego. Cieszą się tym więcej, że ich rodak O. Mercredi99 O.M.N zasiadł do słuchania spowiedzi.
Piękny to był obraz. W  tym samotnym, pustym miejscu,
w nędznej kaplicy, ks. Biskup, dziesięciu misjonarzy i ta wierna
trzódka Indian.
O godz. 5 rano ruszamy w dalszą drogę. Zatem pospiesznie
zwijamy obóz i o wschodzie słońca lokujemy się na naszym statku, dumnie kołyszącym się na falach. Mamy przed sobą 250 km
do następnej stacji misyjnej” 100.
Podróż statkiem nie obyła się jednak bez przygód. Na rzece
pełno było mielizn i pomimo wysiłków pilota nie udało się uniknąć wszystkich. „Kto żyw pracuje, by za pomocą drągów ruszyć
z mielizny, ale daremnie. Dobra godzina upłynęła, zanim ruszyliśmy. Trzeba się było uciec do ostateczności, Nasi dzielni Bracia
dobijają małą łódką do brzegu, przywiązują linę do drzewa, której drugi koniec pracą rąk całej załogi zawijano na kołowrotku.
Oczywiście, że po tym zbiorowym wysiłku ruszamy z miejsca,
szczerze zadowoleni z takiego wyjścia.
Rzeka w tym miejscu szeroka na 5 km. Wysokie skaliste brzegi porosłe świerkami, przysłaniają całkowicie horyzont. Wiatr
mamy przeciwny, więc ile razy płyniemy po głębi, nasza łupinka
skacze po wzburzonej fali, a każdy z nas szuka oparcia, by nie stra99) O. Patrice Mercredi (ur. 17 sierpnia 1904 r. w Fort Chipewyan był Metysem, urodzonym z ojca Irlandczyka (McReddy) i matki z plemienia Kri. Po szkole podstawowej stał się traperem, po czym w wieku 19 lat wstąpił do junioratu oblackiego
Saint-Jean w Edmontonie, a następnie do nowicjatu (1928). Wyższe seminarium
duchowne ukończył we Francji (Notre-Dame de Lumières), a święcenia kapłańskie
przyjął 12 czerwca 1932 r. z rąk bpa Gabriela Breynat w Fort Chipewyan.
100) L. Mokwa, Wyżej, ku Północy, dz.cyt., s. 279-280.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

109

cić równowagi. Bywało, że po takiej przejażdżce nastawała płytka
woda, więc znów to samo nawracanie, by uniknąć zasadzki.
Bracia pracują na zmianę przy obsłudze motoru.
Siostry przygotowują herbatę. Ks. bp Fallaize, zda się zrósł
z takim trybem życia, mimo bowiem kołysania, mimo warkotu
motoru, pisze na maszynie załatwiając korespondencję” 101.
O. Leon Mokwa opisując obszernie na łamach „Oblata Niepokalanej” swoje wrażenia z podróży misyjnych po dalekiej Północy. Był on przekonany, żeby naprawdę poznać i  zrozumieć
czym jest Kanada, trzeba poznać i  zrozumieć jej Północ. Tam
według niego tkwiła „dusza” tego kraju. Poznawał ją podczas tej
pierwszej podróży wsłuchując się, jak gdzieś w  głębi, na brzegach Athabaski „dudni ziemia pod ciężarem stada bizonów, rozlega się echo ryczących karibu, wystrzał trapera ożywia hukiem
tę martwotę”.
Intrygowało go życie traperów: „Traperzy – łowcy zwierza na
północy. Ciekawi ludzie, ciekawsze ich życie. Co 10 lub 20 km
stoi chatka nad brzegiem, prosta maleńka, z  ciosanych pni.
Mógł się osiedlić w pobliżu drugiego trapera – on woli samotność. Drobiu nie posiada, by wejść na podwórko sąsiada – nie
oto zresztą mu chodzi. On lubi ciszę.
Wejdźmy do niego. Jedna izba, ze skór posłanie, prymitywne
ognisko, fuzja i karabin, a w kącie pomrukuje czarny bystry kot.
Co za niesamowity widok i jaka w tym wszystkim ofiara, a przecież tu chodzi tylko o lisie ogony” 102.
Chłonął każdy szczegół zmieniającego się nurtu rzeki: „Zauważam że rzeka rozszerza się coraz więcej. Dowiaduję się, że
to jezioro Athabaska. Olbrzymie – 300km długie i 50 szerokie –
więc jak okiem sięgnąć, bezmiar wód. Wieczorem zorze zalewają
101 ) Tamże, s. 280-281.
102) Tamże, s. 281.

�110

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

na horyzoncie krwawym blaskiem taflę jeziora. Powoli wzmaga
się wiatr i czuję, że nasz statek staje się nerwowy. Fala niczym
na oceanie rzuca nami swobodnie. Raz na wysokim, spienionym
jej grzbiecie, to znowu nią przykryci, walczymy z żywiołami” 103.
Następny postój statku rozpoczął się o  północy, przy misji
Narodzenia Matki Bożej. „Nazajutrz zwiedzam misję. Cudownie
położona – wysoko na skałach. Szkoła dla Indian pod opieką
Szarych Sióstr, dom misjonarzy i piękny kościółek. Nazywam go
pięknym, gdyż wymalował ks. bp Grouard, ten nasz „patriarcha”
misyjny, który miał dobry pędzel i iście benedyktyńską cierpliwość. Napisy na ścianach w języku kryskim i montanezkim. Jest
to jedna z najstarszych fundacji wikariatu. Już w 1848 r. zatyka
tu sztandar Chrystusowy ks. bp Tache. Po tym szereg innych
misjonarzy tu się zatrzymywało. Rzecz dziwna, że wielu z nich
tutaj właśnie spotykały bulle nominacyjne na biskupów.
Ostatnio konsekrowany na biskupa O. Coudert, tutaj także
pracował przez ostatnich kilka lat i stąd został powołany do godności biskupiej.
Z tej głównej stacji misjonarze ruszają łodzią względnie psim
zaprzęgiem po jeziorze Athabaska do obozów Indian. Tu młody
misjonarz ogląda po raz pierwszy ten ciekawy środek lokomocji.
Sześć tęgich psów z rasy wilków, sanie i rakiety. Setki ryb suszy
się na słońcu na pokarm psom. Pomyślałem, jak mało się tu ceni
białą, dużą rybę, skoro stanowi psi pokarm. Cóż, kiedy pies zastępuje tu konia, a przecież i u nas, w starym kraju, nie szczędzi
się zboża koniowi. – Co kraj to obyczaj” 104.
W  misji Narodzenia Matki Bożej podróżni pozostali przez
trzy dni. W niedzielę dotarł do nich samolotem ks. bp Coudert,
który odprawił tam mszę św. pontyfikalną dla Indian. „Przybyli licznie, dumni, że to właśnie spośród nich powołał Naj103) Tamże.
104) Tamże, s. 282.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

111

większy Mąż Modlitwy (Ojciec św.) Wielkiego Męża Modlitwy
(biskupa)” 105.
Następnym etapem podróży był Fort Fitzgerald, gdzie rozpoczynały się wodospoady i  bystrzyce ciągnące się aż do Fort
Smith. Fort Fitzgerald zawdzięczał swą nazwę dowódcy oddziału królewskiej żandarmerii konnej, który umarł tutaj z  głodu
wraz z podwładnymi podczas wyprawy w 1911 r.
„Do Fitzgerald „droga” wynosi 150 km. Kołyszemy się znowu
na rzece, która na tym odcinku nosi nazwę Rzeki Niewolników
od szczepu Indian, zamieszkujących kiedyś wzdłuż jej koryta.
Ten sam monotonny krajobraz, te same skarłowaciałe świerki
i topole.
Już pod wieczór dobijamy do celu. Z powodu kilkunastu wodospadów ciągnących się stąd na przestrzeni 20 km wszystkie
statki dążące na Północ, zatrzymują się we Fitzgerald. Transport odbywa się lądem ciężarowymi samochodami. Jednak ten
nowoczesny środek lokomocji dopiero od niedawna został tu
zaprowadzony. Nasi pierwsi misjonarze, przewozili całe swoje
bagaże wołami, po drogach niemożliwych do przebycia. Bywało też, że spuszczali się na barkach po niebezpiecznych bystrzynach, a  tylko w  tym miejscu, gdzie wiry na to nie pozwalały,
holowali barki, przetaczając je brzegiem wołami na spławną
wodę”106.
Podczas gdy cała karawana wyruszyła do Fort Smith, pokonując lądem 25 km drogi, o. Leon Mokwa został kilka dni w Fitzgerald, by porozmawiać z bratem Józefem Cichockim, pochodzącym z jego rodzinnych okolic. W Fitzgerald o. Leon Mokwa
otrzymał „chrzest komarów”. „Pewnego wieczoru, kiedy udaliśmy się nad rzekę, by podziwiać piękno bystrzyn tłukących się
z hukiem po spiczastych skałach całe legiony tych małych besty105) Tamże.
106) Tamże, s. 282-283.

�112

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

jek rzuciło się na swą ofiarę co dopiero przybył z obcej ziemi”107.
Z  Fitzgerald wyruszył do Fort Smith, gdzie dotarł 20 czerwca
1936 r. Tutaj miał zatrzymać się na dłużej. Była to jego pierwsza
placówka misyjna.
Fort Smith (czerwiec-grudzień 1936)

Na Zachodzie i Północy bardzo często można było spotkać nazwę „fort”, zamiast prostej nazwy miasteczka czy wioski. Nazwa
ta sięgała czasów, kiedy jedynymi stałymi odniesieniami na tych
przestrzeniach były stacje handlowe, zwane fortami. Zakładali je
handlarze futer. Tam budowano także budynki misyjne. Razem
tworzyły one miejscowość, złożoną zwykle z  kilkunastu skromnych domów. W  czasach zaburzeń forty otrzymywały niekiedy
obronne palisady, ale nie w okolicach Athabaska-Mackenzie.
Fort Smith otrzymał swą nazwę od jednego z pierwszych tutejszych urzędników Towarzystwa Zatoki Hudsońskiej. Podówczas był on też faktyczną „stolicą Północy”. Od najbliższej stacji kolejowej dzieliło fort ok. 500 km, a  od Edmontonu nawet
1 000. Domów mieszkalnych było niewiele. Ludność Fort Smith
liczyła ok. 400 osób.
„Fort Smith będąc siedzibą ks. Biskupa oraz najwyższego
przedstawiciela rządu dla Mackenzie, jest jakby stolicą. Więc
tutaj założono centralną stację radiową nadawczo - odbiorczą.
Tutaj też zatknięto ogromny maszt stacji meteorologicznej. Całe
falangi samolotów pocztowych, przewożących szlachetne kruszce z nad Jeziora Niewolników, nie przestawają napełniać warkotem okolicy. Na uwagę zasługują całe szeregi symetrycznych domostw Kompanii Zatoki Hudsońskiej, tworzących jakby osobną
dzielnicę. Dodajmy do tego hotel, 4 sklepy, pocztę 20 domów
mieszkalnych” 108.
107) Tamże, s. 283.
108) Tenże, Na nowej placówce, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 12, s. 360-361.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

113

Najokazalsze w Fort Smith były zabudowania misji katolickiej. Na skraju lasu, nieco na uboczu, widniał kościół zbudowany z  drewna. Była to katedra „Biskupa Wichrów”, Gabriela
Breynat. Obok kościoła stał dom dla misjonarzy, pełniący zarazem funkcję „pałacu biskupiego”. W 1916 r. wybudowano pierwszy szpital. Był to okazały budynek z drewna. Opiekę zdrowotną
podjęły w nim siostry szare, na czele z matką Léveillé, s. Fortin
– pierwszą dyplomowaną pielęgniarką, s. Gadbois i s. Beaudry.
Patronką szpitala została św. Anna.
„Opodal szpital Szarych Sióstr. Jak na tutejsze warunki, rzec
można, urządzony jest z komfortem. Przeciętnie 30 chorych pozostaje w nim pod opieką lekarza i Sióstr. Są między nimi biali,
metysi i Indianie. Tuż przy szpitalu mieści się szkółka dla dzieci
z fortu” 109.
Właściwymi mieszkańcami fortu byli Metysi. „Że płynie wielki procent krwi indiańskiej w żyłach tych mieszkańców, o tym
świadczy ich tryb życia. Polowanie, połowy ryb i zajęcia jakich
latem dostarczają im transporty w porcie – to jedyne źródło ich
dochodu. Szkoda, że nie wykorzystują urodzajnej gleby na warzywa, które tutaj tak doskonale się udawają” 110.
Jedyną pozostałością po Indianach była pierwotna nazwa
tej placówki: „U Stóp Wodospadów” – „Ceba-Czare”. Najbliższe obozowisko indiańskie znajdowało się 30 km dalej, nad Słoną Rzeką. Indianie przybywali do Fort Smith tylko kilka razy
w roku.
Wybór Fort Smith na „stolicę Północy” nie był dziełem przypadku. Wpłynęły na to wspominane wcześniej niebezpieczne
bystrzyny, w których znaleźć można trzy kaskady. Zaczynały się
one przy Fort Fitzgerald. Nawet mroźna zima nie potrafiła zahamować ich pędu.
109) Tamże, s. 360.
110) Tamże, s. 361.

�114

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

„Idąc z  prądem rzeki Mackenzie, w  odległości 20 km od
Fort Smith zauważysz już z dala, że woda poczyna się kotłować
i spadać po skałach. Na tej przestrzeni aż do Fort Smith, jeden
wodospad za drugim, powiedzmy raczej bystrzyny, toczące się
szerokim korytem po granitowych skałach, napełniają hukiem
i  poszumem w  promieniu kilku kilometrów tę zresztą niczem
nie zakłóconą ciszę.
To cudne dla oka turysty bystrzyny przez kilkadziesiąt lat
były bodaj największą przeszkodą w podróżach dla misjonarzy
Północy. Wszak jedyny środek lokomocji w tych czasach stanowiła rzeka, tą drogą zaopatrywano misje w niezbędne dla nich
rzeczy. Przemógłszy nadludzkim wysiłkiem pierwsze wodospady bliżej źródeł rzeki, którędy droga wypadała z  najbliższego
ośrodka cywilizacji, podróżny stawał nagle wobec grozy tych
bez porównania niebezpiecznych bystrzyn. Wielu śmielszych
znalazło śmierć w ich nurtach. Inni na tej samej przestrzeni posługując się wołami, transportowali na ich grzbietach cały swój
dobytek. Większość jednak w pocie czoła przesuwała brzegiem
rzeki barki, potem zapasy, by je spuścić na wodę nie zmąconą
wściekłym wirem bystrzyn” 111.
14 czerwca 1908  r. w  bystrzycach koło Fort Smith zginęło
dwóch misjonarzy oblatów, ojcowie Joseph Breemond i Joseph
Brohan.
O. Leon Mokwa zainteresował się nie tylko krajobrazem i historią poszczególnych miejsc, ale także kulturą i przeszłością pierwotnych mieszkańców Athabaska-MacKenzie. Indianie z tych terenów
tworzyli jedną rodzinę – Dene (Czipewejów). Za mieszkania służyły im szałasy z gałęzi, zarzuconych na szkielet z drzewa, albo też
stożkowaty namiot ze skór reniferów, fok i łosiów. Łóżko stanowiło
futro łosia lub wilka. Sprzęt domowy ograniczał się z reguły do kociołka, cynowych kubków, strzelby, siekiery i fajki.
111) Tamże, s. 359-360.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

115

W okolicach Fort Smith przeważali Czipewejowie (Montanezi). Wśród nich znaleźć można było także niewielką liczbę Żółtych Noży. Czipewejowie mieli niegdyś swój punkt zborny w pobliżu Fort Chipewyan. Fort ten powstał w  początkach XIX  w.
jako punkt handlowy Kompanii Północo-Zachodniej. 8 września
1849  r. bp Henri Faraud zbudował tam niewielką chałupkę
i  pierwszą kaplicę koło bagna, przeznaczonego na osuszenie.
W ten sposób dał początek Misji Narodzenia Matki Bożej.
Ze względu jednak na położenie u końca niebezpiecznych bystrzyn misja Św. Izydora w  Fort Smith stała się główną misją
wśród Czipewejów. Pierwszą Mszę św. w  Fort Smith odprawił
o. Gascon 3 sierpnia 1876 r. Pierwszym stałym misjonarzem był
tutaj, o. Celestyn Joussard, późniejszy biskup. Osiedlił się w niej
wiosną 1881 r. Bp Gabriel Breynat wybrał Fort Smith na miejsce szpitala, szkoły, kościoła i obszernego domu dla misjonarzy.
W 1911 r. założył też nad Słoną Rzeką farmę św. Brunona, która
miała dostarczać żywności. Leżała ona 32 km od misji. Słona
Rzeka przepływała przez słone równiny, gdzie były pokłady soli.
Na jej brzegach były natomiast żyzne ziemie.
W  pobliżu misyjnej farmy nad Słoną Rzeką swoją siedzibę
miał legendarny patriarcha Metysów – Beaulieu. Jego ojciec,
François Beaulieu był przewodnikiem Alexandra Mackenzie,
przyprowadzając go w 1789 r. do ujścia rzeki Mackenzie oraz do
Oceanu Spokojnego w 1793 r. Matka zaś była Montanezką i wychowała go w  religii Indian. Beaulieu został wodzem okolicznych Indian. Był silny, brutalny i wojowniczy. Miewał ze siedem
żon jednocześnie. Jednak Ewangelia utorowała drogę do jego
serca przez spotkania z  jednym z  traperów. Zapragnął zostać
chrześcijaninem. Nawrócił się, ciężko pokutował i w końcu sam
poświęcił się apostolstwu. Modlił się i opiekował sierotami, czyniąc z nich dobrych chrześcijan i dobrych strzelców. Odwiedzali
go często ojcowie z misji św. Józefa. Patriarcha Beaulieu umarł
w 1872 r. Miał ok. 100 lat.

�116

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Do misji św. Izydora w Fort Smith należała także niewielka
Misja Matki Boskiej w Fort Fitzgerald. Na terenie tej filii przeważali Zjadacze Karibu.
Zapoznając się z misją Fort Smith o. Leon Mokwa pisał:
„W  tych kilkudziesięciu latach cywilizacja dokonała swego
dzieła, stwarzając osiedle na jakie dzisiaj patrzymy, wypierając
równocześnie właściwych posiedzicieli tych obszarów. Wiadomo, że na ziemi, którą dotknęła stopa białego człowieka, dziki
zwierz nie zazna spokoju. Więc w walce o byt pociągnęli Montanezi dalej na północ. A dobry to lud; gorliwi katolicy, gościnni,
brzydzący się fałszem. Oko i  włos czarne; smagłej, oliwkowej
cery Montanez, to jedyny prawy pan tej ziemi, przynajmniej
sam za takiego się uważa. Montanez w ich języku oznacza tyle
co człowiek – dene, więc też dumnie podnoszą czoła, świadomi swego szlachectwa. Rozsiedlili się na ogromnej przestrzeni
1000 km2. Dziś jest już tylko garstka. Gasną jak inne szczepy
wraz z postępem czasu i cywilizacji. Nie można pogodzić u człowieka wychowanego na łonie natury, korzystanie ze zdobyczy
nowoczesnych, z prymitywnym w znacznej części sposobem życia. Zimą przy 70 F mieszkają pod namiotami, ubrani na sposób białych. To już zakrawa na odwrócenie wszelkiego porządku
w  naturze. Oczywiście, że w  takich warunkach gruźlica zbiera
też obfity plon. Nie tylko mężczyźni, ale i niewiasty i dzieci palą
namiętnie tytoń, bynajmniej nie najlepszego gatunku.
Alkohol, różne korzenie i przyprawy, trucizna zawarta w herbacie i kawie, to wszystko nowe dla ich organizmów, działa zabójczo” 112.
Bramą do poznania każdej kultury był zawsze język. O. Leon,
świadom konieczności nauki miejscowych języków, opisywał je
prostymi terminami, starając się przeniknąć o  wiele dalej, do
wewnętrznej „logiki” języka i myślenia zarazem.
112) Tamże, s. 361-362.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

117

„Montanezi w  odróżnieniu od innych szczepów, mówią
z  pewną werwą i  zamaszystością. Pod tym względem to już
trzeba im przyznać, że nie są dziećmi, ale najdoskonalszymi ze
wszystkich ludzi. Nasz Montanezi prowadzi rozmowę tak dobitnie, że wyłuszczy w niej wszelkie odcienie i piękno języka, a swoje wywody popiera żywą gestykulacją. Dla biegłego jego języka
jest dość cierpki.
Prawdą jest, że nas Polaków Pan Bóg obdarzył językiem, który dla swego bogactwa pozwala nam dość łatwo przyswajać sobie obce języki.
Tutaj nie chodzi zatem tyle o samą wymowę, raczej o porządek myśli. Każde zdanie Indianina rozpoczyna się od konkretnej rzeczy którą można by porównać z  naszym podmiotem, po czym następują przysłówki, różne inne określenia
z czasownikiem na końcu. Otóż to orzeczenie, jest najtwardszym orzeczeniem do zgryzienia, bo proszę sobie wyobrazić,
że liczba czasowników jest znacznie większa w mowie montezańskiej niż w innych językach. Montanez bowiem ogromnie
różniczkuje swe czynności. Np. przynieść nóż, wiadro, mąkę,
naczynie puste, zamknięte, człowieka, wyraża on osobnym
słowem. Podobnież inne czasowniki jak położyć, pożyczyć,
dać, znajdować się, zmieniają się stosownie do przydawki.
Przytem każdy czasownik posiada własną koniugację, poprzez wszystkie czasy i  tryby. Nie dość na tym, gdyż zaimki
zwrotne i  wskazujące stanowią niekiedy przyrostek, osnowę
lub tylko przedrostek. Jak je rozłożyć, to pozostanie tajemnicą Montaneza.
Ogólnie mówiąc jest to język materialny, pozbawiony wyrażeń oderwanych. Pierwsi zwłaszcza misjonarze stanęli przed
trudnością, jak wytłumaczyć Montanezom prawdy wiary św.
Dziś znalazły się w ich słowniku nowe wyrazy, przyniesione
wraz z  cywilizacją. Zresztą Indinin zdolny jest sam wytworzyć
nowy wyraz na poczekaniu. Dla niego samolot, to okręt, który

�118

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

lata, parowiec to wielka łódź (pędzona) ogniem, motorówka to
łódź (pędzona) tłuszczem, zegarek to znów nosi zaszczytne miano słońca itd.
Po trzech miesiącach nauki tego bądź co bądź ciekawego języka, coraz więcej wgłębiam się w  sposób myślenia Montanezów” 113.
Pierwszym nauczycielem języka Montanezów dla o. Leona
Mokwy był o. Alphonse Mansoz, pracujący wśród Indian kanadyjskich od 1902  r. Większość swego misjonarskiego życia
spędził on właśnie wśród Monatanezów w Fort Smith, gdzie od
1936 r. był przełożonym misji. Szczególną troską w misji otaczał
on szkołę i szpital.
Ponieważ misja Fort Smith była punktem zaopatrzenia dla
wielu innych misji o. Alphonse Mansoz wybudował duży hangar, by przyjmować towary z południa, które następnie były rozdzielane na misjach na północy kraju. O. Leon Mokwa po latach
wspominał zabawne zdarzenia związane z  tym zacnym misjonarzem.
„Dbał o to, żeby mąka docierała tam w jak najlepszym stanie,
dlatego walczył z myszami. Obił całą podłogę blachą i jakież było
jego zdziwienie, jak po kilku tygodniach zobaczył wiele myszy, które plądrują zboże. Okazało się, że te myszy przyszły w  workach.
Kiedy już podłoga była zbutwiała zawołał jednego z braci i polecił
mu by przyniósł kota. Mówi, z pewnością w tym miejscu, gdzie jest
zbutwiała podłoga będą myszy, ale gdy oderwali deskę wyskoczyło
tyle myszy, że przestraszony kot uciekł” 114.
Był to człowiek z  poczuciem humoru, bardzo lubiany przez
Indian, znał język indiański. „Ale tego poczucia humoru nie
brakowało jego parafianom. Pewnego dnia jedna z  parafianek
113) Tamże, s. 362-363.
114) J. Różański, Cykl rozmów…, taśma II.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

119

przyniosła mu z okazji jego święta paczkę cygar. Ojciec Mansoz
był zadowolony, wypalił je wszystkie, ale stracił humor, kiedy po
pewnym czasie z tego sklepu przyszedł rachunek, by za te cygara
zapłacić” – opowiada z uśmiechem ojciec Mokwa 115.
Solidną praktykę językową o. Leon otrzymał od rodziny indiańskiej, u której zamieszkał. Otrzymał pomieszczenie na strychu, gdzie przez całe lato panował straszny upał. Na dworze natomiast roiło się od komarów. Pomieszczenie na strychu miało
jednak wiele zalet. Wieczorem, kiedy leżał mógł słyszeć przez
duże szpary w suficie rozmowę rodziny. Słyszał doskonale, jak
śmiali się z jego wymowy i nieudanych początków. Nauka języka
bowiem wcale nie przychodziła łatwo. Język Montanezów różnił się znacznie od języków europejskich. Miał skomplikowaną
gramatykę, a na dodatek brak było podręczników i słowników.
„Powiedziałem jednak sobie – mówił po latach – poczekajcie
trochę, a nauczę się tak języka, że ja będę śmiał się z was” 116.
Cierpliwa nauka języka wydała swoje owoce. Po roku o. Leon
powiedział w Fort Resolution pierwsze kazanie w języku Montanezów.
Po sześciomiesięcznym pobycie w Fort Smith o. Leon Mokwa
został przeniesiony przez bpa Gabriel Breynat do Fort Resolution.
Fort Résolution (grudzień 1936 – sierpień 1939)

Decyzję o przeniesieniu na nową placówkę do Fort Resolution – misji położonej nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym –
o. Leon Mokwa przyjął z  właściwym sobie humorem. „’Dzisiaj
tu a jutro tam’ głosi żołnierska piosenka. Podobnie bywa w życiu, zwłaszcza młodego misjonarza” – pisał o  swoim przenie115) Tamże.
116) Tamże.

�120

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

sieniu117. Trzysta kilometrów, które dzieliły Fort Smith od Fort
Resolution, pokonał misyjnym samolotem „Sancta Maria”, który był darem MIVA – organizacji zajmującej się dostarczaniem
środków transportu dla misji. Samolot trafił na daleką Północ
dzięki staraniom o.  Paula Schulte OMI. Był to stary samolot
z  okresu pierwszej wojny światowej. Nie miał on ogrzewania
i  leciał z  szybkością zaledwie 100 km/h. Przewieziono go najpierw do Winnipegu, a później poleciał do Fort Smith 118. Pierwszą podróż na północ tym samolotem odbył 16 grudnia 1936 r.
ks. bp Gabriel Breynat w towarzystwie dwóch misjonarzy oblatów i jednej siostry szarej, wracających po kuracji z Edmontonu do Fort Smith. Następnego dnia na pokład samolotu wsiadł
o. Leon Mokwa.
Już „o wschodzie słońca, czyli około godziny 10-tej, na lotnisku
w  Fort Smith ożywiło się nieco. Nasz dzielny pilot p. Bisson
tchnął ducha w zamarznięty silnik. Z pośpiechem zapakowaliśmy bagaże i  dalej wzwyż ku słońcu. Pożegnałem na lotnisku,
powiedzmy raczej na lodowisku, ks. Biskupa, Ojców misjonarzy
– dotychczasowych towarzyszy i wraz z bratem Szczepaniakiem
niedawno przybyłym z Ojczyzny i dwoma innymi misjonarzami
poleciłem się naszemu żelaznemu ptakowi.
Posuwamy się chyżo naprzód, szlakiem wytkniętym przez
rzekę Mackenzie ku Wielkiemu Jezioru Niewolników. Niebo
pogodne, mróz dokuczliwy a  pod nami niezmierzona puszcza.
Olbrzymia rzeka zmalała do małej taśmy, jeziora i rzeczułki do
małych plam i wstążek. Motor pracuje spokojnie, więc ze swobodą ducha patrzymy na te ziemskie nicości.
Jednakże lżej zrobiło się na sercu gdy po godzinnym szybowaniu zajaśniała w oddali tafla Jeziora Niewolników. Ono znów
117) L. Mokwa, Nad Jeziorem Niewolników, „Oblat Niepokalanej” (1937) nr 2, s. 68.
118) Nie latał jednak długo, gdyż uległ awarii i biskup odesłał go do Winnipegu. Następne samoloty pojawiły się nieco później, ale wszystkie zostały zarekwirowane
przez rząd podczas II wojny światowej i użyte do ćwiczenia pilotów.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

121

zastąpić nam musi lotnisko. Nie wolno zapominać tutejszym lotnikom o groźnym niebezpieczeństwie w razie przymusowego lądowania w terenie, pokrytym lasami czy poprzecinanym wartkimi rzekami, nie wszędzie skutymi grubszą powłoką lodu. Jedynie
więc jezioro zapewnia bezpieczne lądowanie. Podziwiałem jego
ogrom, bo nawet z lotu ptaka nie widać przeciwległych brzegów.
Za chwilę wyłoni się Fort Resolution; – już widać na wyniosłym
brzegu stację misyjną, kościółek drewniany, na biało pomalowany dom misjonarzy i pensjonat sióstr. Kto żyw bieży powitać
samolot misyjny, który szczęśliwie dokonał pierwszego przelotu
aż do tej dalekiej krainy. Następują serdeczne powitania. Wśród
zebranych wokół samolotu góruje nie o jedną ale dwie głowy olbrzymi brat Cichocki, rodak - Pomorzanin, który od samej wiosny
dzielnie tu pracuje. Chociaż wiedziałem że tu przebywa i najpewniej znajdzie się między oczekującymi nas, to jednak jego szczere
staropolskie ‘Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus’ wzruszyło
mnie bardzo. ‘Na wieki wieków’ – dodałem ze szczególnym naciskiem – ‘za szczęśliwą podróż’” 119.
Misja Św. Józefa w Fort Resolution znajdowała się w samym
centrum wikariatu w  Mackenzie. Był tam dosyć duży kościół
i  szkoła oraz szpital prowadzone przez siostry szare. Założycielem misji był o.  Henri Grollier, sławny misjonarz Północy.
W 1858 r. założył on dwie misje: Fort Resolution dla Montanezów oraz Fort Simpson dla Niewolników. Rok później założył on
misję Fort Rae dla Płaskich Psich Boków oraz Fort Norman –
drugą misję dla Niewolników. W swoich wyprawach misyjnych
zapuszczał się aż do Koła Polarnego, gdzie założył misje w Fort
Good Hope. Znany był z długich wypraw misyjnych. Zgodnie ze
swoim życzeniem został pochowany w  1864  r. między dwoma
Indianami w Fort Good Hope.
W Fort Resolution o. Henri Grollier wzniósł mały domek na
„Wyspie Łososia”, wyrastającej z wód jeziora o 5 km od brzegu,
119) L. Mokwa, Nad Jeziorem Niewolników, dz.cyt., s. 68-69.

�122

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

na którym powstała późniejsza stacja misyjna.
„Stąd też wywodzi się nazwa ‘Wyspa Łososia’, którą przenieśli Indianie na określenie Fort Resolutin. Tutaj też dalsze szeregi niezmordowanych pracowników Winnicy Pańskiej zraszały
krwawym potem nieurodzajną glebę, borykając się w walce o byt
ze wzburzonymi falami ogromnego jeziora. Indianie nazywają je
‘Wielką Wodą’ – i słusznie, bo cała jego powierzchnia wynosi nie
mniej aniżeli 18 000 km2, długość dochodzi do 500 km, a przeciętna szerokość do 100 km. Jest to czwarte z rzędu największe
jezioro w Ameryce Północnej. Rozlało się w dorzeczu Mackenzie, w kształcie krzyża, posiane na wschodniej części skalistymi
wyspami. Brzegi ma również skaliste i strome, rzadko zalesione.
Zwłaszcza północna strona znaczy się wysokimi brzegami, które
zależnie od miejsca sięgają 300 m wysokości ponad poziom jeziora. Kilka większych rzek zasila jego wody. Jedna nich zwana
‘Rzeką Siana’ wpada doń z  wysokości 30 m, tworząc olbrzymi
wodospad. Jeszcze październik nie dobiegł końca, a już lodowa
pokrywa skuła ten bezmiar wód. Zatrzyma je w lodowym uścisku do lipca przyszłego roku.
Jezioro Niewolników stanowi po części podstawy bytu dla tutejszych Indian, utrzymujących się obok polowania z rybołówstwa. Tylu ryb najrozmaitszych nie znajdziemy w całej Polsce.
Ale trzeba mi nadmienić, że ryba obok mięsa zwierząt leśnych
jest tutaj jedynym pokarmem nie tylko dla człowieka, ale nawet
dla psów pociągowych” 120.
Pierwszymi Europejczykami, którzy dotarli nad jego brzegi
byli podróżnicy Samuel Haerne (1772) i Peter Pond (1780).
„Zimą czy latem nasze jezioro jest jedyną drogą komunikacyjną między odległymi fortami. Misjonarze oprócz głównej stacji św. Józefa obarczeni są czterema innym misjami. Ponadto
obozy Indian, rozrzucone nad brzegami jeziora w promieniu od
120) Tamże, s. 70.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

123

100 do 300 km, dopraszają się również duszpasterskiej opieki.
Misjonarz więc latem łodzią, a  porą zimową psim zaprzęgiem
odwiedza swych ‘parafian’, którzy zwą się ‘Żółtymi Nożami’
z nad Żółtej Rzeki – i mieszkają na ‘Śnieżystej Wydmie’ i innych
z nad rzeki ‘Bawołów’ czy ‘Skalistej’.
Wszędzie dotrze po dwóch czy trzech dniach uciążliwej podróży, gdzie tylko spodziewa się ich spotkać. Zamieszka w chacie Indianina, nie pogardzając jego prostą strawą. Wypełni dni
całe lekcjami katechizmu. Zapozna go także ze sztuką pisania
i czytania w rodzimym języku lub też nauczy pieśni i modlitw.
Po miesiącu takiej pracy wróci do stacji misyjnej, przeczyta
rzadko zabłąkany list od rodziny czy przyjaciół, odpocznie nieco, by wyruszyć do następnego obozu” 121.
W misji Św. Józefa w Fort Resolution o. Leon Mokwa przeżył
swoje pierwsze Boże Narodzenie na dalekiej Północy. Opisał je
szczegółowo na łamach „Oblata Niepokalanej”.
„Już na parę dni przed wigilią Bożego Narodzenia zaroiło się
w forcie. Wokół rozlegają się pobrzękiwania dzwoneczków, zdobiących rzędy psich zaprzęgów. Przybywają z dala, bo aż z osiedli o 300 km oddalonych od Fort Resolution. Wszyscy zbliżają
się do konfesjonału, by w świętą noc przyjąć Nowonarodzonego
Jezusa.
W  ową pamiętną wigilię dotarł tu nareszcie ks. bp Falaize,
o którego przygodach nad Oceanem Lodowatym dowiedzieli się
czytelnicy ‘Oblata Niepokalanej’ w jednym z poprzednich numerów. Zjechał tu samolotem, przebywając tą przestrzeń w  pięciu
dniach. Zdążyłem na lotnisko przed wylądowaniem samolotu, by
powitać ks. Biskupa. Wyraz zmęczenia malował się na jego twarzy, z której uśmiech nie ustępował na chwilę. Kiedy wieczorem
opowiadał nam szczegóły jesiennej wyprawy pod biegunem północnym, przeżywaliśmy na nowo jego przygody i umęczenie. Za121) Tamże, s. 71-72.

�124

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

blokowany przez lodowce na misyjnym statku ‘Notre Dame des
Lourds’ i  pozbawiony żywności i  opału, wśród ciemności nocy
polarnej, cudem uchodzi śmierci. Stanąwszy na brzegu, zmierza
z całą karawaną do najbliższej stacji. Tam znowu nie zastaje prowiantu, bo sprytne misie zrabowały cały zapas ryb i uraczyły się
czarnymi jagodami, tym prawdziwie niedźwiedzim przysmakiem,
przechowywanym w specjalnych beczułkach dla misjonarzy.
Opowiada ks. Biskup z  humorem, jak to jednego kudłacza
spotkała zasłużona kara. Otóż w  jednej beczce zamiast jagód
znalazł żarłoczny miś karabin, Przypadkowo pozostawiony tam
przez myśliwych. Skutek zainteresowania się nim przez białego
rabusia okazał się fatalny, bowiem nabity karabin za poruszeniem cyngla niedźwiedzią łapą wystrzelił, kładąc kres jego życiu.
Po wielu innych przygodach cała załoga zostaje przewieziona samolotem do poszczególnych stacyj. W takich to okolicznościach muszą się borykać misjonarze Północy.
W  tę pierwszą moją wigilię Bożego Narodzenia na Północy
zetknąłem się bezpośrednio z Indianami. I dobre na mnie wywarły wrażenie te ‘Dzieci lasów’. Wprawdzie oglądnęli mnie najpierw nieco podejrzliwie, nazwali ‘Nowym mężem modlitwy’,
by za chwilę pogawędzić w  najlepsze. Co chwila któryś z  nich
wybucha śmiechem posłyszawszy coś wesołego lub błąd w mej
indiańskiej wymowie. A nie wolno mi się tym zrażać, bo dziecinnym jest ich usposobienie.
Pocieszająca jest ich gorliwość i duch wiary. W cichą i świętą
noc patrzą rozmodleni w Bożą Dziecinę. (…) W pierwsze święto
Wielki Wódz Modlitwy udziela bierzmowania małym Montanezom. Tłumaczy im najpierw znaczenie tego sakramentu, a potem opowiada o  swej pięciomiesięcznej wyprawie. I  głębokie
wywarły na nich wrażenie opisy grozy i niebezpieczeństwa, chociaż nie obce są im trudy podróży.
W forcie pozostali do Nowego Roku, było więc w tym czasie
gwarno wokół misji. Jeszcze wczesnym rankiem Nowego Roku

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

125

przyszli gromadkami czy pojedynczo złożyć misjonarzom życzenia noworoczne” 122.
Spokój i nastrój Bożego Narodzenia szybko przerywa twarda
walka o przeżycie. Do misji dotarła wiadomość, że wielkie stada
karibu ciągną w  stronę Jeziora Niewolników w  swojej dorocznej wędrówce ku Ziemi Jałowiej, gdzie zazwyczaj spędzają letnią
porę. W  misji zawrzało. Naprawiano i  czyszczono pośpiesznie
broń. Indianie i  misjonarze przygotowywali się do wielkich łowów. Mięso karibu było – obok ryb – jednym z  podstawowych
składników utrzymania mieszkańców Fort Resolution. Co roku
także, na zimę, zaopatrywano się w ok. 20 tys. ryb. Połowy ryb
były z reguły domeną braci zakonnych. Sprawności w nich nabrał
bardzo szybko brat Stanisław Cichocki. Natomiast brat Józef Sobecki w Fort Resolution pracował głównie przy wyrębie drzewa
i różnych budowach.
Pod koniec stycznia 1937  r. o. Leon Mokwa odbył swoją
pierwszą wyprawę do obozowiska Montanezów. Zima tego roku
była nadzwyczaj łagodna. Niewiele śniegu i mrozu.
„Cel mojej pierwszej wyprawy niedaleki, bo tylko 30 km
odległy od fortu. Psy pogania dobrze obeznany w terenie Metys. Mogłem się więc zaszyć po uszy w futra i derki, wpatrując
się jedynie oczyma w śnieżną dal. Nie wyobrażałem sobie, że
tak trudną jest orientacja na Północy. Jeden portaż, zatoka
Wielkiego Jeziora Niewolników, a potem już nie wiedziałem
gdzie się znajdujemy. Wiem tylko, że psy na głos poganiacza zawracały to w  jedną to w  drugą stronę, to po lądzie to
po lodzie. Zresztą obojętne mi było, po czym mkniemy, gdyż
sanie trzęsły mną niemiłosiernie, chcąc mnie chyba żywcem
„roztrząść”.
Wreszcie przecinamy olbrzymią rzekę Mackenzie, gęsto najeżoną wysoko sterczącymi a  fantastycznie pofalowanych kra122) Tamże, s. 72-74.

�126

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

mi. Wymijamy je ostrożnie, bo uderzenie zaprzęgu o wystający
złom lodu znaczy tyle, co katastrofa. Jeszcze jeden portaż, drugi i trzeci. Co chwila sanie stawiają dęba i już... już mają mnie
„wysadzić z siodła”, tylko wprawna ręka kierowcy utrzymuje je
w równowadze. A psy pędzą jakoby wiatrem popędzane, nie bacząc na wyboje i zaspy, nie zwracając uwagi na to, że pasażer nie
może już policzyć swych kości.
Po trzygodzinnym harcowaniu wjeżdżamy na inną zatokę Wielkiego Jeziora Niewolników, skracają sobie w  ten sposób spory
szmat drogi. Jeszcze parę kilometrów rzeką, aż oto i ludzka osada.
Kto żyw wylega przed progi, by powitać ‘Męża Modlitwy’.
Gromada dzieci niebojaźliwych, niewiasty i mężczyźni. Przyglądam się ciekawie ich domostwom. Zauważam dwa tylko, a przecież mieszka tu sześć rodzin. To coś niezwykłego! Za chwilę miałem się o tym przekonać, że tutejsi Indianie sposobem białych,
budują sobie drewniane domy. Z grubsza ociosane, dwa okna to już naprawdę zakrawa na cywilizację. Ubikacyj niewiele, jedna duża izba. W kątach posłania, w środku piec, który ogrzewa
i  służy do gotowania, suszenia mięsa i  bielizny. Jest stół przy
którym nie jadają. Krzesła na których nikt nie siada, gdyż najchętniej – starych ojców obyczajem – rozkładają się na podłodze w pozycji leżącej czy siedzącej, jak komu wygodniej.
Jest też w ich chatynce stryszek, na którym wślizgnąwszy się po
rozchybotanej drabinie wraz z całym dobytkiem, zajmuję wcale wygodną kwaterę. Rozkładam na skrzynce obok przechodzącej z dolnego pieca rurze misjonarskie posłanie i  oddaję się zasłużonemu
spoczynkowi, wytrzęsiony po tarapatach podróży. Odpocząwszy zaś
nieco, próbuję języka, którego dotychczas z takim mozołem uczyłem
się z książki. Niestety pierwsza próba zawiodła niemal zupełnie. Nie
wystarcza bowiem wypowiedzieć słowo lub zdanie, ale trzeba je oddać z właściwym akcentem i logiką, inaczej daremny wysiłek.
Postanowiłem więc wsłuchiwać się w  rozmowy mych Indian i dlatego ulokowałem się w dolnej oficynie, tuż obok pie-

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

127

ca, pilnie nadstawiając ucha. (…) Naturalnie moją znajomością
języka montanezkiego nie zaimponowałem moim gospodarzom, o  co zresztą mi nie chodziło, tylko o  wypraktykowanie
go w pewnej mierze. Jakoż po upływie tygodnia począłem na
dobre rozmawiać, gdyż niemal wszystko już rozumiałem, co
do mnie mówili. Zatem moja kilkumiesięczna nauka nie poszła na marne. W sam dzień przyjazdu miałem stanąć wobec
drugiej trudności. Otóż pod wieczór zasiadłem do stołu, by
się nieco pokrzepić. Zastawiono go bardzo hojnie. Dla mnie
samego przeznaczono górę mięsa z karibu na talerzu, bo inni
wokół pieca się rozsiadłszy, zajęci byli obrabianiem łososiowych kości. Wprawdzie nie bardzo apetycznie to wyglądało,
ale nie wolno mi było okazywać wstrętu. Tubylcy nie grzeszą
czystością. Mięso ‘na twardo’, na ‘nie słono’, ‘na surowo’ i ‘na
brudno’, że straciłem zupełnie apetyt. Na szczęście, obok mięsa znalazło się nieco ryżu, ugotowanego na wodzie, masło, syrop, powidła, mleko w konserwach i coś w rodzaju chleba, choć
nie bardzo wypieczonego. Gościli mnie jednym słowem, czym
chata bogata, chociaż zawsze podstawą każdego posiłku było
mięso i ryby” 123.
O. Leon szczegółowo opisuje schemat wizyty duszpasterskiej
w obozowisku Indian.
„Kiedy z rana ogień już dobrze trzaska na palenisku, rozpoczyna się ruch w zagrodzie. Ranne ubieranie nie zajmuje im zbyt
dużo czasu, gdyż jak się kładą do snu, tak się dźwigają z posłania. Jednakowoż wody i mydła nie żałują przy rannej toalecie,
więc też trudniej tu o przywłaszczenie sobie jakiegoś mniejszego
zwierzątka.
Skoro już wszyscy mieszkańcy osiedla się zgromadzili, rozkładam przenośną kapliczkę, ubieram się do mszy św. i rozpoczynam o godz. 7. przenajświętszą ofiarę. Bez ministranta, przy
123) L. Mokwa, Poprzez śnieżne zaspy, „Oblat Niepokalanej” (1937) nr 5, s. 140-142.

�128

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

słabym blasku świeczki, w  gronie rozmodlonych dzieci lasów,
z  dala od stacji misyjnej, jeszcze dalej od Ojczyzny i  swoich,
zanoszę modły przed tron Najwyższego. Większość przyjmuje
komunię św. Po mszy św. modlitwy i  dziękczynienie po montanezku. Podczas mszy św. Indianie śpiewają nabożne pieśni,
Stosownie do okresu roku kościelnego.
O godz. 10. zbieram każdego dnia wszystkie dzieci na lekcję
katechizmu. Spora gromadka Montanezów zapełnia moją rezydencję na strychu. Mam przed sobą dzieci co prawda ochrzczone,
wiele nawet z nich przyjęło Komunię św., ale to też już wszystko, bo i skądże mieliby się czegokolwiek nauczyć. Do szkoły nie
uczęszczają w  ogóle, misjonarza widzą parę razy do roku; co
więcej nawet obcych ludzi nie spotykają, stąd mało oswojone,
czupurne i żywe. Przez całą godzinę musi misjonarz pilnie baczyć, aby je czymś zainteresować, zająć te umysły marzące stale
o zakładaniu sideł na zwierzynę i haków na ryby. Przy tym zaś
należy ich czegoś nauczyć.
Na ogół są bardzo pilne i z chęcią przychodzą na katechizm.
Trzeba tylko umiejętnie do nich podejść. Wymaga to oczywiście
dużo cierpliwości i łagodności. Po południu zbieram po raz wtóry moich malców, chcę bowiem wykorzystać mój krótki pobyt,
by przynajmniej zapoznać ich z podstawowymi prawdami wiary
św. Wieczorem odmawiamy wspólnie różaniec, pacierz a potem
następuje pogawędka. Indianie wróciwszy z polowania opowiadają z zajęciem do późnej nocy o swoich całodziennych przygodach” 124.
Każde takie spotkanie to także nieocenione źródło informacji
o codziennym życiu i problemach Montanezów. O. Leon wsłuchuje
się z zainteresowaniem w różne tajniki ich życia, barwnie je opisując.
„Jak mogłem wywnioskować z opisów ciągłej pogoni za zwierzyną, to twarde prowadzą życie. Każdego ranka ruszają psim
124) Tamże, s. 148.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

129

zaprzęgiem dziesiątki kilometrów to na polowanie, by dostarczyć rodzinie mięsa z karibu czy łososia, to znów zakładają sidła,
na zwierzynę o drogocennym futerku, za której cenę będą mogli
opędzić najniezbędniejsze wydatki. Inni znów pójdą na połów
ryb pod lodem, którymi muszą utrzymać przy życiu psy pociągowe. Bieżącą zimę szczególnie dotkliwie odczuwali nasi Indianie,
gdyż niepamiętna od lat łagodność temperatury i  brak śniegu
powstrzymały zwierzynę na dalekiej Północy.
Jeżeli mężczyźni pracują wytrwale nad zaopatrywaniem rodziny w żywność, to nie mniej i kobiety, żony i ich matki, dokładają rąk do wspólnego dobra. (...) Młode i stare Indianki od rana
do wieczora zajęte są pracą domową. Zszywanie mokasynów
(obuwia) ze skóry karibu, rękawiczek z  futer łosia, wyplatanie
rakiet (nart) ścięgnami zwierzyny, garbowanie skór, wiązanie
sieci - i  tyle innych posług przy kuchni – to wszystko przypada w udziale tutejszym niewiastom. Samo gotowanie najmniej
zabiera im czasu, skoro, jak już wspomniałem, jedynym pokarmem jest mięso i ryba. Również niewiele Indianek troszczy się
o naprawę ubrań, gdyż, jak gdyby na dowód swej lekkomyślności, wyrzucają rzeczy mniej lub bardziej zniszczone, zastępując
je nowo zakupionymi w forcie handlowym” 125.
Drugie Boże Narodzenie na Północy o. Leon Mokwa spędza
w forcie, ale tuż po świętach udaje się do obozowiska Montanezów. Objazdy misyjne obozowisk indiańskich stawały się jego
chlebem powszednim. Opisywał je szeroko, gdyż każda z  nich
wnosiła wiele do jego poznawania świata Indian. Na Boże Narodzenie Indianie przybywali gromadnie do Fort Resolution,
gdzie razem spędzali święta.
„Gromadami po dziesięć czy dwadzieścia zaprzęgów idą w zawody z wichrami. Starych ojców obyczajem pragną pokłonić się
boskiej Dziecinie u żłóbka. Niestety, tylko mężowie o smagłych
125) Tamże, s. 148-149.

�130

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

twarzach, mimo zimna i zawieruchy, wybierają się w tę daleką,
bo trzysta kilometrową podróż.
Dzieci i niewiasty pozostały w chacie. Do nich to wybrałem
się w dzień św. Jana, by choć przez chwil kilka odczuły, że święta
nadeszły. Wraz ze mną dwanaście sań wraca do obozu. Droga
nasza prowadzi przez Jezioro Niewolników. Zimno i zawierucha
dokuczyły nam srodze. Całodzienna jazda po lodowych wybojach znużyła nas śmiertelnie. Z zadowoleniem więc zatrzymaliśmy się na krótki postój na Skalistym Przylądku. Drzewa mieliśmy na miejscu pod dostatkiem, za czym wnet buchnął w górę
wesoły ogień.
Co za przyjemność ogrzać zziębnięte członki, wypić kubek
gorącej herbaty. Do celu jeszcze daleko, więc bez zwłoki ruszamy dalej. I znowu mogłem się przekonać, że podróżowanie zimą
w śnieżną zamieć nie należy do przyjemności.
Niemała gromadka Indian zebrała się na moje powitanie. Zaraz też zabrałem się do pracy, gdyż kalendarz wskazywał ostatni
dzień roku. Z Bogiem kończyć i z Bogiem rozpoczynać, oto jak
rozumują nasi Indianie. Słucham spowiedzi w późną noc, zebrała się bowiem niemal setka penitentów. Na dworze tymczasem
do wtóru mroźnym wichrom strzelają zawzięcie moi parafianie,
żegnając w ten sposób stary rok. Każdy kto tylko zdolny udźwignąć karabin, oddaje co najmniej dwa strzały. Stąd nic dziwnego, że tej nocy nie zmrużyłem oka z powodu nieustannej kanonady i warczenia bębna.
Nazajutrz wczesnym rankiem odprawiam mszę św., w  czasie
której z głębi serca śpiewają Dzieci Lasów. W krótkiej przemowie
składam im życzenia, a  w  czasie Najświętszej Ofiary rozdzielam
Komunię św., które, jak wyrażają się Indianie, czynią mocnymi ich
serca. Zaraz po mszy św. cisną się gromadnie, by mi złożyć życzenia
noworoczne, po czym wzajemnie się ściskają, składając sobie w ten
sposób gratulacje. Z tego zwyczaju wywodzi się też miano święta
noworocznego – jako dnia wzajemnych pocałunków.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

131

Po południu szef obozu wydaje bal, na który sprasza wszystkich w pobliżu mieszkających. Jest na nim wesoło i hucznie. Na
poszczególne dania składają się języki z karibu, móżdżek łosia,
ryba pieczona na rozżarzonej kracie i inne podobne przysmaki.
W  takt bębna tańczą sami tylko mężczyźni ulubione tańce
narodowe. O  północy kładę kres tym pląsom, gdyż nazajutrz
niedziela.
Małą niespodziankę sprawił mi dnia tego pewien młody Indianin. Wieczorem wyspowiadawszy się zwraca się do mnie
z  tymi słowami: ‘Mój ojcze daj mi niewiastę’. – W  pierwszej
chwili nie zrozumiałem, o co mu chodzi, ale wnet zorientowawszy się, dałem odpowiedź przyzwalającą, na skutek czego po kilku minutach zobaczyłem przed sobą narzeczoną mego penitenta, garbuskę, którą on mimo swej kulawej nogi szybko za rękę
przyprowadził. Tę oto niewiastę biorę – rzekł uśmiechając się do
mnie i swej narzeczonej. Nazajutrz po mszy św. pobłogosławiłem
ten związek w obecności rozradowanej gromady Indian”126.
O. Leon Mokwa z  każdym miesiącem coraz lepiej wchodził
w arkana życia codziennego na dalekiej Północy. Uczył się cierpliwie zakładać mokasyny psom przy wiosennych roztopach,
gdyż wówczas śnieg zamieniał się w kłujące lodowate igły, które raniły psom nogi. Wprawiał się w zarzucaniu sieci, ścinaniu
drzew, rozpalaniu ogniska, a przede wszystkim w rozpoznawaniu nadchodzącej pogody. „Człowiek był wówczas młody pełen
entuzjazmu dlatego też wszystko przychodziło mu o  wiele łatwiej” – wspominał 127.
Nauka jednak nie przychodziła łatwo, wspominał jak kilkakrotnie zabłądził podczas polowania w lesie, jak trzykrotnie topił się w jeziorze.
126) Tenże, Nowy Rok u Montanezów, „Oblat Niepokalanej” (1938) nr 1, s. 40-41.
127) J. Różański, Cykl rozmów…, taśma III.

�132

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Z  Fort Resolution wyprawiał się często do obozów indiańskich czółnem albo psim zaprzęgiem. Ten drugi rodzaj podróżowania wymagał specjalnego przygotowania. Najważniejszy
był pies przewodnik, który kierował całym zaprzęgiem, do niego
najczęściej zwracał się używając trzech rozkazów: na lewo, na
prawo, stój. Podawał je naturalnie po montanesku. Psy zaprzęgano na sposób indiański, czyli jeden za drugim, sposób eskimoski był bowiem odmienny, psy zaprzęgano w półkolu, tak że
przypominały one końcówki palców wyciągniętej ręki. Karmiono je mrożonymi rybami wieczorem przy ognisku, jeszcze przed
przygotowaniem posiłku dla siebie.
Najlepsza temperatura dla sań i  wędrówki w  rakietach wahała się między -25 i -35 stopni. Po suchym śniegu trudno było
bowiem się ślizgać, a wilgotny przylepiał się do dolnej deski sań
i utrudniał jazdę. Mróz dochodzi nieraz do 40, 50, 60 stopni.
Często przed psim zaprzęgiem trzeba było ubijać drogę rakietami. Rakieta miała kształt owalny. Była lekko podniesiona
na przedzie, a z tyłu posiadała jakby rybi ogon. Drewnianą ramę
wypełniała siatka z wężyków skórzanych. Przymocowywano ją
do palców stopy. Rozstawienie nóg i rytmiczne kołysanie ciała
zależało od rozmiarów rakiety, głębokości i miękkości śniegu. Największe rakiety dochodziły nawet do dwóch metrów długości i pół
metra szerokości. By przyzwyczaić się do rakiety trzeba przejść
szereg długich i często krwawych ćwiczeń. Bp Vital Grandin mawiał z  humorem, że właśnie długie nogi sprowadziły nań godność biskupią.
Podczas podróży wieczorny postój rozpoczynano od rozpalenia ogniska, później karmiono psy mrożonymi rybami, a następnie przygotowywano posiłek wieczorny oraz legowisko.
Misjonarze nie mieli wtedy śpiworów, za posłanie służyły im
derki ze skór zwierzęcych. By zagotować wodę brano zamarznięty śnieg i następnie topiono go w kociołku. „Trzeba było bardzo uważać przy wyborze śniegu, gdyż niekiedy zdarzało się, że

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

133

w  wodzie przygotowanej do herbaty pływają zajęcze odchody,
było tam bowiem bardzo dużo zajęcy” 128.
Legowisko przygotowywano wprost w śniegu odgarniając go
wcześniej rakietami. By było wygodniej wyścielano je zwykle gałązkami sosny. „Nocą od ogniska bił żar, ale w plecy było zawsze
zimno” 129. W  pamięci o. Leonowi utkwiło także nocne wycie
wilków, które krążyły wokół zwabione blaskiem ogniska.
Wyprawy misyjne o. Leona miały różnorodny cel.
Oto „80 km od misyjnej stacji Resolution dogorywa chora
Indianka. Więc w  drogę, póki czas. Zabieram co najważniejsze i  już siedzę w  czółnie szczelnie wypełnianym prowiantem.
Perspektywa mało zachęcająca. Trwanie w tej samej pozycji na
takiej przestrzeni nie zachęca przynajmniej do drogi. Indianin,
mój przewodnik, zda się zrozumiał moje myśli – wskazuje na
mały motorek 3 H.P i mówi, że za 8 godzin, to znaczy dopiero
po północy będziemy na miejscu. Oto jak dalece zmotoryzowany już świat, że nawet nasza kraina podbiegunowa nie ustępuje Stanom Zjednoczonym czy Europie pod względem techniki.
Małego motorku, ruchomego, który można przyczepić do każdej
łodzi, używają już niemal wszyscy nasi Indianie. Zwłaszcza zamożniejsi na okazałych motorówkach prują wody jeziora. Czyli, że dziś, to nie to co kiedyś. Dawniej łódź z  kory brzozowej,
w ręku wiosło, a przed oczyma dziesiątki kilometrów rozkołysanych fal, groźnych, zachłannych. (…)
Niestety, jest to przywilej wszystkich silników, że mogą
wypowiedzieć posłuszeństwo w  każdej chwili. I  nasz skorzystał z  okazji, stawiając nas od razu w  dość przykrej sytuacji.
Do najbliższej osady ludzkiej mieliśmy jeszcze 30 km. Komary
korzystając z naszego postoju, dokonują na nas krwawej ‘rzezi’,
a motorek ani myśli się udobruchać.
128) Tamże.
129) Tamże.

�134

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Wreszcie jedziemy, ale pod zagrożeniem, że czeka nas odtąd
częsty przystanek, czyli, że nie prędko dobijemy do celu. Całonocna jazda w takich warunkach dała mi się dobrze we znaki,
to też z radością powitałem widniejący w oddali, sterczący nad
brzegiem jeziora namiot.
Są ludzie, a  więc wypoczniemy sobie nieco. Gromada psów
wnet obudziła uśpionych Indian, którzy o tej porze nie spodziewali się ‘Męża Modlitwy’. Naprawdę niesamowity to widok jeden namiot nad brzegiem olbrzymiego jeziora. Nad ogniskiem
suszą się ryby i  mięso łosiowe. Garstka ludzi, chmara psów,
poza tym cisza, tylko huk wzburzonych fal ją przerywa. Właśnie
wstają ranne zorze, już widać skrawek ognistej kuli słonecznej,
wynurzającej się z „morskiej” otchłani. Rozkładam pod namiotem mój ołtarz polowy. Sprzęt to nieodstępny dla tutejszego misjonarza, Składam Bogu dziękczynną ofiarę za szczęśliwie dotąd przebytą drogę. Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą
drogę, gdyż jeszcze spory szmat leży przed nami, a tu już pełnia
dnia” 130.
W  misji Fort Resolution o. Leonowi powierzono – oprócz
pracy duszpasterskiej – także funkcję ekonoma misji, odpowiedzialnego za sprawy materialne. Łączyło się to z  wieloma
pracami gospodarskimi. Praca misyjna na Północy łączyła się
z twardą walką o byt: zdobycie pożywienia, wznoszenie budynków, troska o  opał, itp. Prace uzależnione były od pory roku.
Najtrudniejsza była zawsze zima, która w Athabaska-Mackenzie
wydawała się najzimniejszą ze wszystkich zim kontynentalnych.
Wpływały na to lody podbiegunowe oraz góry lodowe, pływające
po Oceanie Lodowatym i Zatoce Hudsońskiej. Na preriach lato
trwa nieco dłużej, w lasach krótko.
Nieco łagodniejszy klimat w misjach panował nad Wielkim
Jeziorem Niewolniczym, ale i  on wymagał ciężkiej pracy, by
130) L. Mokwa, Na bezludnej wyspie, „Oblat Niepokalanej” (1937) nr 9, s. 250-251.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

135

utrzymać misje przy życiu. Troska o  sprawy materialne zajmowała o. Leonowi sporo czasu. Zajmował się między innymi ścinaniem drzewa, a  także jego transportem. I  tak biorąc
woły wyruszał często do lasu. Razem z braćmi zakonnymi i Indianami kosił siano i zajmował się całym gospodarstwem. Do
tego dochodził jeszcze połów ryb. W prowadzonym, niezwykle
oszczędnym notatniku o wymiarach wprost mikroskopijnych,
zapisywał lapidarne zdania – kilka lub najwyżej kilkanaście
w roku:
„W marcu bawię w lesie przy spuszczaniu sztuk dla piły”.
„We wrześniu bawię z braćmi na połowie ryb”.
„Maj spędzam przy tartaku”.
„Lipiec spędzam u siana”.
W grudniu „pracuję przy budowie szpitala” 131.
Szeroko opisał na łamach „Oblata Niepokalanej” doroczny
połów ryb.
„Wrzesień – październik to pora twardych zmagań życiowych
dla mieszkańca Północy. Wszak to pora jesienna, od której zawisa nieraz dobrobyt Indianina na przeciąg długiej zimy. Połów
ryb. Będzie-li obfity czy bezowocny i to po raz wtóry?
Misja w Resolution wysyła załogę składającą się z ośmiu ludzi
na tak zwany Siarczany Cypel, podzielony osiemdziesięcioma
kilometrami drogi wodnej. Mały statek spalinowy holuje barkę
i już prujemy fale Jeziora Niewolników. To naprawdę coś nowego dla młodego misjonarza na Mackenzie. Przecież pozwalać się
unosić wzburzonym falom może uchodzić za przyjemność, ale
również i za nieprzyjemność. To znowu zapuszczać sieci, a potem tyle innych przygód i  nowości, że warto dla nich ponieść
nieco trudów.
131) L. Mokwa, Pamiętnik - memoires 1935-, [rkps bmrw] s. 5-8.

�136

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Jeżeli twarda jest praca mieszkańca Północy w  ogóle, to
chciałbym powiedzieć, że jesienny połów wymaga najwięcej
zaparcia. Toć jeszcze słońce nie wzeszło i  czarna noc pokrywa
obszar wód, gdy rybacy zrywają się ze swej twardej pościeli. Na
Cyplu Siarczanym w szałasie budzi się życie. Modlitwa, msza św.
posiłek, a potem odziani już w nieprzemakalne kostiumy, wszyscy wiosłują na głębię. Jeżeli dzień poprzedni był burzliwy, wnet
poczuje się mdłości morskiej choroby, gdyż rozchybotane jezioro rzuca w takt niepewną łódź. Woda już lodowata, gdyż zima
za pasem. Sieci ciągną się na przestrzeni 100 m, a trzeba każdą
z osobna wyciągnąć, by wydobyć jej zawartość.
Złośliwym jest szczupak, ogromnych rozmiarów, kiedy zapląta się w sieci. Łagodną, a przy tym najobfitszą, jest tak zwana
biała ryba – najwięcej pożądana. Jest i  zwinny karp. Gdy sieć
z  trudem się podnosi, znak to, że uwiesił się na niej olbrzymi
pstrąg, zrezygnowany, boć zawisł na jednym, tylko zębie, a jednak czeka, aż znajdzie się w łodzi. Jest to największa ryba w jeziorach Północy, dochodząca do 50 kg. Mamy jeszcze tzw. nieznaną i złotą.
Do 300 ryb wyciąga dziennie tylko jeden rybak w dni zwyczajne. Bywają jednak dni, kiedy biała ryba przez cały tydzień
ciągnie, aby składać ikrę, na brzeg jeziora. Wtedy pracuje się
w pocie czoła od rana do wieczora. Tego roku daremnie czekaliśmy na tę porę. Zdarza się bowiem, że biała ryba zawodzi
i wówczas trzeba dłużej trwać na połowie. Pracowaliśmy przez
miesiąc, a rezultat wyrażał się cyfrą 13 tysięcy ryb. W czasie
burzy, która trwała nieraz cztery dni, spoglądaliśmy z brzegu
na horyzont, byle prędzej wyjechać na głębię po nową zdobycz. Sieci w tym czasie miotane bałwanami, podrzucane niesfornym szczupakiem, przybierają kształt powroza. Oj biada
nam, gdy nastanie pogoda; przyprowadzenie ich do normalnego stanu wymaga dużo cierpliwości. Ryba zresztą łowi się
i psuje w takich warunkach.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

137

Marzyliśmy o 20 tyś. Niestety zima zagrażała trzeba było wyciągać sieci.
W  czasie połowu nadziewa się poszczególne rodzaje ryb na
zatyczki po dziesięć sztuk. Następnie zawiesza na rusztowaniu,
by umożliwić suszenie na wietrze i na słońcu. Tylko biała ryba
przeznaczona dla ludzi, reszta przeznaczona na zimowe zapasy dla psów. Ostatni dzień połowu. Suszenie sieci, przygotowywanie do powrotu. Z niepokojem wyglądamy statku od strony
wysp, gdzie spoczywał na kotwicy. Czy nie zdąży w  pogodny
czas? Przystani tu nie ma żadnej ani portu. Brzeg jest skalisty,
jeżeli więc trzeba ładować tyle ryb w burzliwy dzień, wtedy podwójne grozi niebezpieczeństwo, rozbicie statku o  nabrzeżne
skały i utrata całego ładunku.
(...) Tegoroczny połów był bogatszy od zeszłorocznego o całe
5 tysięcy” 132.
W  latach biedniejszych misje mogły przeżyć zimę dzięki
wnykom zakładanym na zające. Tym także trudnili się niektórzy
ojcowie i bracia. „Pamiętam jak pewnego razu jeden ze współbraci, który specjalizował się w  zakładaniu wnyków na zające
wrócił do domu i ze zdumieniem pokazywał zająca, który złapał
się za ogon. A to wcześniej bracia wyszli, wyjęli zająca z wnyków
i zaczepili go za ogon. Był to jeden z figlów, które urozmaicały
codzienne życie” 133.
Pod koniec czerwca 1939  r. bp Gabriel Breynat przeniósł
o. Leona Mokwę do pracy w misji Yellowknife, z drugiej strony
Wielkiego Jeziora Niewolniczego. „Niespodzianka, ale dziej się
wola Boga” – napisał krótko w swoim pamiętniku 134.
132) Tenże, Z sieciami, „Oblat Niepokalanej” (1938) nr 1, s. 21-22.
133) J. Różański, Cykl rozmów…, taśma III.
134) L. Mokwa, Pamiętnik…, dz.cyt. s. 9.

�138

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Yellowknife (wrzesień 1939 – sierpień 1944)

W  1934  r. rozpoczęto eksploatację złota nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym. Prowadziły ją aż trzy przedsiębiorstwa:
Consolidated Smeltin&amp;Mining Co., Negus oraz Giant. Największym ośrodkiem górniczym stało się Yellowknife, do którego zaczęli docierać misjonarze z misji w Fort Rae. Pobyty te jednak
nie były długie, stąd też bp Gabriel Breynat planował założenie
w Yellowknife stałej placówki misyjnej. W  pobliżu osady były
jeszcze dwie inne. W  1938  r. osiadła ludność całego dystryktu
wynosiła niewiele ponad 500 osób, w  tym 125 Indian z  grupy
Żółtych Noży 135.
W Yellowknife znajdowało się centrum administracyjne
i handlowe regionu, posterunek policji, restauracja oraz skromny hotelik. W pobliżu osady wzniesiono także skromną kapliczkę z  pokojem na poddaszu. 1 września 1939  r. w  tym pokoiku
na poddaszu kapliczki zamieszkał o. Leon Mokwa. Nie od razu
dowiedział się o wybuchu wojny w Polsce.
„Na początku odczułem wojnę boleśnie, bo policja zabrała mi
broń myśliwską. Polska była najechana przez Niemców, a  oni
mnie wzięli za Niemca! Ale akurat upłynęło mi pięć lat pobytu
i postarałem się o dokumenty kanadyjskie, obywatelstwo kanadyjskie. Jak je otrzymałem to musieli mi zwrócić moją broń” 136.
Wiadomości o wojnie docierały do niego sporadycznie przez
radio, z  prasy przychodzącej z  opóźnieniem oraz ze spotkań
z przejeżdżającymi współbraćmi.
„Sami Indianie wojną nie interesowali się w ogóle. Dla nich
cała geografia to było to wszystko, co znajduje się wokół jeziora” 137.
135) Por. G. Breynat, dz.cyt., s. 310-303.
136) Mój duch jest jeszcze na Północy. Z o. Leonem Mokwą OMI rozmawia Andrzej
M. Kobos, „Polish Panorama Polska” (1996) nr 12, s. 16.
137) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma IV.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

139

O. Leon Mokwa był pierwszym misjonarzem, osiadłym na stałe
w Yellowknife. W okolicy miasteczka mieszkali Indianie z plemienia Żółtych Noży oraz Płaskich Psich Boków i Monatanezów. Żyli
oni z lasu i jeziora.
„Polowali i łowili ryby, nie przejmowali się tym co będzie jutro,
uważając, że jakoś to będzie, zawsze coś upolują lub złowią. Stale
mieli suszone albo wędzone mięso i ryby, nie głodowali, a czasem
i nam przynosili ryby i mięso. Głównym ich zajęciem było zakładanie sideł. Chodzili do lasu na cały tydzień, zakładali sidła, wracali i znowu szli na tydzień. Polowali na lisy, kuny, sobole, bobry.
Każdy Indianin miał swój sektor do polowania, sporo kilometrów
wzdłuż i wszerz. Pilnowali tego bardzo, żeby starczyło im na przyszłe pokolenia” – wspominał o. Leon po latach 138.
Latem mieszkał wśród Indian w okolicach Yellowknife.
„W  podróży mieszkałem z  Indianami, w  ich teepee. Głodny
tam nigdy nie byłem, Początkowo nie było wcale chleba, bo nie
było mąki, ani jarzyn i owoców. Tylko mięso karibu, łosi, czasem
bizonów, mnóstwo ryb i dzikie jagody, bardzo ważne w diecie” 139.
Kiedy natomiast zimą Indianie udawali się do lasu, powracał
do robotników w miasteczku.
Praca w Yellowknife wśród robotników z  kopalń złota nie
była łatwa. Początkowo w  większości byli to ludzie bezżenni,
często awanturnicy. Pijaństwa, zbrodnie, awantury zdarzały się
tam na co dzień. Nie było także wciąż domu dla misjonarza.
„Pewnego razu, gdy odwiedził mnie biskup, zaprosiłem go na
strych kaplicy, by postawić mu herbatę. Jak zobaczył, że podczas
deszczu krople wody wpadają mu do kubka zgodził się chętnie
na budowę domu dla misjonarza” 140.
138) Tamże.
139) Tamże.
140) Tamże.

�140

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Dostał pozwolenie na wybudowanie domku 16/18 stóp. Szybko znalazł wśród robotników kopalnianych cieślę, Kanadyjczyka, który wzniósł budowlę w ciągu kilku tygodni.
Przez rok w Yellowknife miał towarzysza, i to z rodzinnej Polski. Do pracy w misji przydzielony został brat Kańtoch. Biskup
przeznaczył go tam, by przy o. Leonie poduczył się trochę języka
francuskiego i angielskiego.
W  latach czterdziestych w  misjach na dalekiej Północy kanadyjskiej nie było zbyt wielu rozrywek, nie było radia, telewizji. Największą radość sprawiało spotkanie ze współbraćmi
z innych, nieraz bardzo odległych misji. Z Yellowknife najbliżej
było do Fort Rae. Brał zatem psi zaprzęg i z przewodnikiem wyprawiał się tam, by choć krótko pobyć we wspólnocie oblackiej,
nacieszyć się współbraćmi.
Trudy klimatu i  codziennego życia na Północy dawały się
każdemu we znaki. „W styczniu jestem pod kwarantanną wraz
z Indianami” – zapisał krótką notkę w 1940 r. Po latach jednak
o tej epidemii i kwarantannie już nie pamiętał. Pamiętał jednak jak w grudniu 1941 r. coraz mocniej zaczął odczuwać bóle
żołądka i oczu. Dlatego też postanowił wybrać się do dalekiego
Edmontonu i  zbadać przyczynę tych dolegliwości. Uczynił to
jednak dopiero 12 kwietnia 1942 r.
W  Edmontonie spędził tydzień w  szpitalu. Okazało się, że
przyczyną choroby były źle dobrane okulary. Po ich zmianie
stan jego zdrowia szybko polepszył się, chociaż jeszcze przez
długi czas dokuczały mu bóle żołądka, w trosce o jego zdrowie
przełożeni zakonni zaproponowali mu pracę na południu kraju
i tym samym zmianę prowincji zakonnej. o. Leon Mokwa zastanawiał się nad tą propozycją.
W  maju 1942  r. przebywał w Winnipegu. Pomagał w  miejscowej parafii. W  czerwcu głosił kazanie odpustowe w  Rama,
w Saskatchewan, na zaproszenie o. Antoniego Scylli, oblata. Pomagał mu także w parafii.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

141

„Rano, przed Mszą, jeździł on konikiem po farmach po śmietanę, z której zrobili lody na ten odpust. Zbudował on w Rama
grotę Matki Boskiej” 141.
O. Leon głosił także rekolekcje w Prince Albert i w Yorktown.
W lipcu powrócił do Winnipegu. We wrześniu dostał skierowanie do pracy w oblackiej prowincji Regina i oficjalny przydział
do wspólnoty oblackiej w Winnipegu. Mieszkając w klasztorze
głosił rekolekcje w  okolicznych parafiach. W  ożywionej pracy rekolekcyjnej trafił między innymi do parafii na terytorium
Stanów Zjednoczonych. Pomagał także w pracy duszpasterskiej
w  parafii w Winnipegu. W  swoim pamiętniku napisał krótko:
„Ciągnie mnie na Północ”142. „Ciągnęło mnie na Północ – wyjaśniał po latach – gdyż cały czas miałem w pamięci Indian. Ich
dobroć, otwartość, uczciwość. To nie było to, co dzisiaj” 143. To
ostatnie zdanie powiedział z nutą żalu.
W  końcu wielkie pragnienie pracy na Północy zwyciężyło
w nim. 5 lipca 1943 r. opuścił Winnipeg i udał się z powrotem ku
dalekiej Północy. Pod koniec lipca był już w Fort Smith. Następnie samolotem powrócił do Yellowknife.
Tym razem jednak nie było mu dane pozostać długo na tej
placówce. Już po miesiącu otrzymał polecenie powrotu do Fort
Resolution. Z radością powrócił do Czipewejów.
Fort Resolution (1944-1948)

W Fort Resolution pojawił się we wrześniu 1944 r. Od razu
pierwsze swe kroki skierował do okolicznych Indian. Już od
września dojeżdżał regularnie do trzech okolicznych osad:
Jane Mary River, Roher River oraz Snowderift. Latem płynął
141) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma IV.
142) L. Mokwa, Pamiętnik…, dz.cyt., s. 11.
143) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma IV.

�142

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

najczęściej łodzią wyposażoną w  niewielki motor, zimą natomiast używał psich zaprzęgów. Podróż zimowa trwała około
trzech dni.
W jego pamiętniku pojawiają się lapidarne notatki o pracy:
Rok 1943
„W  październiku rąbię drzewo, głoszę rekolekcje dla dzieci
po angielsku”.
„Listopad: Ojciec Rion wyjeżdża do Smith, zastępuję go, rąbię drzewo” 144.
Rok 1944:
„Nowy Rok – połowa załogi pijana, zmarzłem”.
„Wyjeżdżam po Trzech Królach do Artilerylake, piękne
krajobrazy. Spędzam tam 19 dni”.
„Połowa stycznia i z powrotem do Snowderift”.
„Wracam do Roher River – smutna ekspedycja”.
„10 lutego wracam do Resolution. Biskup przyjeżdża nazajutrz ambulansem do Smith. Jestem chory cały tydzień”.
„Marzec – pomagam rąbać drzewo i wozić”.
„Początek kwietnia – wyjeżdżam do Roher River na Wielkanoc. Tam otrzymuję wiadomość o obediencji ojca Gillesa do
Smith – ja sam muszę wrócić natychmiast objąć miejsce ekonoma”.
„W czerwcu bawię dwa tygodnie w Roher River”.
„W lipcu ojciec Rion w Snowdrift, ja sam – okręty misyjne,
malujemy klasztor”.
„W sierpniu tydzień na jagodach”.
144) L. Mokwa, Pamiętnik…, dz.cyt., s. 19.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

143

„We wrześniu jadę do Roher River i Snowderift. Nędzna podróż – wiatry przeciwne, bałwany, zimno. Trzy dni na wyspie
u Złotej Bramy. Naprawiam kaplicę”.
„Wracam w październiku, zimno, śnieg, lód, deszcz. Przygoda z niedźwiedziem, strzelanina”.
„Koniec października – głoszę rekolekcje dla dzieci”.
„W listopadzie ojciec Rion – chory, ja sam niedomagam na żołądek”.
„Przed świętami do Roher River”.
„Po świętach do Snowdrift. Podróż przyjemna, zimno, karibu” 145.
Wśród krótkich zapisów w pamiętniku brak istotnej informacji z 1945 r. W lipcu tego roku o. Leon Mokwa został przełożonym
misji Św. Józefa w Fort Resolution. Odpowiedzialność za ewangelizację Indian, braci, siostry, szpital, szkołę i sprawy materialne tej najważniejszej misji nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym
spoczęła na jego barkach.
O dolach i niedolach codziennego życia wśród Indian mówił
po latach, pokreślając niektóre odczucia i spostrzeżenia.
Żyliśmy jak Indianie
„My, misjonarze, żyliśmy trochę jak Indianie, polowaliśmy
jak oni. Ja polowałem na carribou, były ich olbrzymie stada,
bardzo dobre mięso. Rzadziej na łosie. Łowiliśmy też ryby.
W lecie były zawsze świeże ryby, a w jesieni łowiliśmy je i suszyli na zapas, na całą zimę dla personelu, pacjentów szpitala
i psów, które także karmiliśmy rybami. W zimie lód na jeziorze
miał ponad metr grubości i było bardzo trudno zrobić przeręblę” 146.
145) Tamże, s. 20-23.
146) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma IV.

�144

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Zimą mróz dawał się we znaki
„Zimno, strasznie zimno. Ale podróżować musiało się normalnie. Trzeba się było ubrać odpowiednio. Indianie wyrabiali
ciepłe kurtki, spodnie i buty ze skóry i futer. Człowiek był cały
zawinięty i  tak jechało się sankami, psim zaprzęgiem; zwykle
to były psy husky. Rozpalało się ognisko i nocowało przy stale
płonącym w namiocie ogniu, z psami wokoło. Należało też zjeść
odpowiednio, gorąco i dosyć tłusto 147.
Latem roje komarów
„Komary są straszną plagą, co najmniej przez trzy miesiące,
jak tylko odmarznie górna warstwa gruntu. Trzeba było stale
palić ognisko, bo dym odpędzał komary. Na głowie nosiło się
siatki. Indianie nie odpędzają komarów ręką, bo to je tylko rozdrażnia a człowiek bardziej się poci, co dodatkowo przyciąga komary. Indianie pytali dlaczego Pan Bóg komary stworzył? – No,
po to, żeby was karać za wasze grzechy – odpowiadałem” 148.
Msza św. w kaplicy i w namiocie
„Msze św. odprawialiśmy zwykle w kaplicy misji, a w podróży
to niekiedy była maleńka misja, ale przeważnie, jak Bóg dawał.
W indiańskim namiocie – teepee, albo na zewnątrz, na jakimś
stole z  pnia, czasem wręcz na pniaku. Przychodziło zwykle na
mszę 20-30 osób” 149.
W obozowiskach nie zamykano drzwi
„Wśród Czipewejów nie było zwykle kłótni i bijatyk, nie byli
agresywni. Nie znali zamykania swoich domostw. Bardzo szanowali księży, siostry i braci. Kapłan miał wśród nich wielki autorytet. Przyjeżdżali po misjonarza, wszyscy wychodzili na jego
147) Tamże.
148) Tamże.
149) Tamże, taśma V.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

145

powitanie, każdy zapraszał do swego namiotu. Byli bardzo gościnni, czułem się u siebie” 150.
Były często sytuacje wzruszające i zabawne
„Nie zapomnę nigdy jednego Indianina, który przyjechał
z  Ziemi Jałowej. Ponieważ psy mu padły 200 km sam ciągnął
swoje sanie. Dotarł do misji kilka minut przed północą i prosił
bardzo, żeby go jeszcze wyspowiadać” 151.
„W Fort Resolution kiedyś podano mi gotowanego szczura.
Zjadłem go chociaż z kraju pamiętałem cały wstręt, jaki się ma
do szczurów, ale tutaj te szczury są inne, to był zresztą szczur
wodny, bardzo czyste zwierzę” 152.
W  1948  r. o.  Mokwa ukończył przebudowę szpitala w  Fort
Resolution. Obsługiwały go siostry szare.
„Indianie mieli swoich znachorów. Ich własne kobiety odbierały porody, same przyuczone. Indianie nie chorowali na
szkorbut, bo warzywa i  owoce zastąpili mnóstwem jagód oraz
szpikiem kostnym i móżdżkiem. Karmili tym szczególnie dzieci.
Siostry i  księża też ich leczyli, siostry prowadziły szpitale,
np. w Fort Resolution i Fort Smith. Później dopiero przyjechały pielęgniarki i kilku lekarzy. Chociaż wcześniej były epidemie
hiszpanki, kokluszu, dyfterii, a nawet ospy, to jedyną przyczyną
większej śmiertelności była gruźlica, na którą umierało wiele
dzieci. To widać na cmentarzach, ile jest tych małych krzyżyków.
Gruźlica przyszła od białego człowieka. Biały człowiek przyniósł
Indianom różne choroby, a potem przywiózł lekarstwa i szpitale. Niestety Indianie nie przestrzegali higieny. Wszyscy mieszkali razem, nieraz 12-15 osób. Kąpiel nie była znana. Tylko latem myli się w  jeziorze, ale to głównie dzieci, dorośli rzadko.
150) Tamże.
151) Tamże.
152) Tamże.

�146

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Brak higieny i  kopcenie fajek, jak z  komina, były, moim zdaniem, głównymi przyczynami, że gruźlica tak się rozszerzyła. Po
wojnie wyleczono Indian, tak jak i innych, z gruźlicy.
Ja leczyłem się sam, głównie herbatą z dzikich wiśni. Zresztą
misjonarze byli na ogół w dobrym zdrowiu, może dzięki klimatowi” 153.
Po latach wspominał z  rozrzewnieniem pierwsze lata pracy
na Północy: „Moje początkowe duszpasterstwo było podobne
może do tego w  Europie. Ksiądz jest od tego, by głosił Słowo
Boże, nauczał prawd wiary, sprawował sakramenty. Ze względu też na wykształcenie i znajomość praw państwowych często
ksiądz z Północy służył Indianom w dziesiątkach codziennych,
urzędowych spraw. To wszystko jednak odbywało się w miejscowych językach. Alfabetyzacja tych języków i kodyfikacja ich gramatyk jest dziełem pierwszych misjonarzy katolickich. Pierwsze książki przełożone na te języki związane były także z religią:
Biblia, katechizmy, itp. Jeśli chodzi o  komunikację, używałem
zimą psich zaprzęgów a latem czółen. Dzięki temu docieraliśmy
do osiedli, gdzie normalnie nie docierali agenci rządowi” 154.
Fort Smith (1948-1965)

W 1949 roku został wikariuszem generalnym Wikariatu Apostolskiego Mackenzie, którą zarządzał bp Gabriel Breynat. Po
jego śmierci sam kierował pracą w diecezji, aż do nominacji bpa
Josepha Trocellier. O. Leon Mokwa pozostawał jednak nadal
w funkcji wikariusza generalnego.
Pracę ewangelizacyjną wśród Indian wspominał z  wielkim
sentymentem, wyrażając się o nich w jak najlepszych słowach.
153) Mój duch jest jeszcze na Północy, dz.cyt., s. 5.
154) Nie żałuję żadnej chwili spędzonej wśród Indian. Rozmowa z o. Leonem Mokwą,
misjonarzem kanadyjskich Indian, z okazji diamentowego jubileuszu kapłaństwa.
Rozmawiał J. Różański OMI, „Misyjne Drogi” (1995) nr 5, s. 40-41.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

147

„Sprawy religijne były dobrze zorganizowane. Indianie byli
bardzo wierni i  przywiązani do Kościoła i Sakramentów. Nie
było problemów z nimi, byli nadzwyczajnie uczciwi. Prowadzili
życie bardzo religijne. Regularnie chodzili do spowiedzi, co tygodnia. Najpierw dzieci, potem niewiasty, na końcu mężczyźni.
Całe soboty siedziałem w konfesjonale. Święta Bożego Narodzenia obchodzili bardzo skromnie, zupełnie inaczej; nie mieli choinek, jedli suszone ryby lub suszone mięso.
Moralność była bardzo przyzwoita. Nie kradli, nie oszukiwali. Dlatego tak mi się tam podobało. Ale powołań wśród nich nie
było. Przez te wszystkie lata, kiedy tam byłem, mieliśmy tylko
dwóch Metysów, którzy zostali księżmi. Sióstr też tylko dwie
może trzy, braciszków żadnych. Indianie są z natury swojej nomadami. Taki chłopak nie był stanie wysiedzieć w szkole przez
wiele lat nad książkami. Nadal Indianie są z reguły mniej wykształceni i nieprzystosowani do pracy w różnych zawodach” 155.
W  1953  r. o. Leon Mokwa przerwał rutynową pracę w  misji Fort Smith i Wikariacie Apostolskim Mackenzie, gdyż został
powołany na Kapitułę Generalną Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w  Rzymie. Kapituła Generalna jest
zwoływana co sześć lat i gromadzi przedstawicieli zgromadzenia
z  całego świata. Jest ona najwyższym ciałem ustawodawczym
całego zgromadzenia. Pod koniec marca opuścił Kanadę i przez
Nowy York popłynął do Europy. Na początku kwietnia dotarł
do Francji. Odwiedził tam kilka miejsc pielgrzymkowych, jak
również wiele domów oblackich spotykając się ze współbraćmi.
W  maju był w  Rzymie uczestnicząc w  obradach. Miał wówczas
nadzieję, że odwiedzi Polskę, zwłaszcza starszych już rodziców.
Niestety, tak się nie stało. Obawiał się, że kiedy wjedzie do Polski
nie będzie mógł powrócić do Indian w Kanadzie. Jak się okazało,
była to jego ostatnia szansa na spotkanie się z rodzicami. Ojciec
o. Leona Mokwy zmarł 7 czerwca 1954 r., a matka 16 maja 1955 r.
155) Mój duch jest jeszcze na Północy, dz.cyt., s. 5.

�148

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Fort Resolution (1955-1957)

8 września 1955  r. o. Leon Mokwa ponownie przeniesiony
został do pracy w misji Fort Resolution, gdzie został przełożonym misji.
Fort Resolution, 1 marca 1956  r. „Lud tutejszy zajmuje się
jeszcze polowaniem na zwierza i  futerka oraz rybołówstwem,
jednak coraz więcej za pracą szuka, gdyż trudno wyżyć starym
sposobem. Dobrze, że w okolicy są kopalnie i tartaki, więc pracę
znaleźć można. Sama misja też zmaleje za jakie dwa lata, gdyż
szpital z  powodu braku pacjentów wnet zamkniemy i  pensjonat do Fort Smith przeniesiemy. Chwilowo jeszcze pracy mam
nawał, chociaż do pomocy mam trzech misjonarzy oraz sześciu
barci i szesnaście sióstr” 156.
Fort Resolution, 26 kwietnia 1956 r. „Śnieg już prawie zginął
i kaczki się zleciały i dzikie gęsi, co zwiastuje wiosnę. Niestety
w tych dniach jest ziąb straszny, wiatr mroźny dmie od północy, to pewnie kaczątka pomarną, bo co było trochę wody, lodem
znowu jest pokryte. Ale to już jest kwestia tylko paru dni. Toteż
już przy statkach się pracuje, ażeby były gotowe do nawigacji na
początku czerwca.
Naród na szczury i  bobry ruszył, ale ten ziąb pracy ich nie
ulży i znowu będzie dużo nędzy w grodzie” 157.
Fort Resolution, 14 czerwca 1956 r. „Ludziska za pracą wyjeżdżają do innych miejsc, gdyż futerek coraz mniej a i cena jest
bardzo niska. (…) Już zasialiśmy pola i ogrody, ale nie bardzo
rośnie, gdyż jest jeszcze zimno” 158.
Fort Resolution, 26 października 1956 r. „Urodzaj na kartofle
był lichy, gdyż jeszcze latem zmarzły, za to połów ryby tej jesieni
156) L. Mokwa, List z 1 marca 1956 r. do rodziny, [mps barw].
157) Tenże, List z 26 kwietnia 1956 r. do brata, [mps bmrw].
158) Tenże, List z 14 czerwca 1956 r. do brata, [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

149

się udał. Mam w lodowni parę tysięcy dobrej ryby. Mięso jednak
nie przyszło gwoli wczesnej zimy. Jeden statek się zatopił zeszłego
tygodnia, ale straty w ludziach nie było. Jeden z barci po drzewo
traktorem wyjechał i  tak ulgnął, że cały tydzień zmarnowaliśmy,
żeby go wydobyć. Teraz znowu elektrownia szwankuje i tak zawsze
jest coś nowego do kłopotania się, i tak ten czas szybko mija. (…)
W szpitalu mamy coraz mniej pacjentów, gdyż gruźlica prawie że jest zażegnana na Północy, to pewnie na drugi rok go
zamkniemy, gdyż trudno taki duży dom opalać dla paru ludzi.
Szkołę również za jakie dwa lata zamkniemy, gdyż jest stara
i rząd we Fort Smith wielką szkolę dla Indian buduje” 159.
Fort Resolution, 22 stycznia 1957  r. „Kraj tutejszy szybko
się rozwija. Buduje się drogi i wnet do Edmontonu samochodem będzie można się kopnąć, ale z  pewnym ryzykiem, gdyż
jest 1000 km przez nie zaludniony kraj. Rozwój ten zawdzięcza
się nowym odkryciom różnych minerałów. (…) Natomiast handel futerkami podupada coraz bardziej”160.
Fort Resolution, 2 kwietnia 1957 r. „Ksiądz, na którego liczyłem, że zastąpi mnie, wyjechał niespodziewanie do Francji, więc
muszę czekać na jego powrót, który nie wiem ile miesięcy weźmie. Tutaj o  zastępstwo trudno, gdyż trzeba władać czteroma
językami. Z  tej też przyczyny muszę znowu odwiedzać osiedla
indiańskie położone koło jeziorka, gdyż nie ma się nimi kto zająć. Mam młodego księdza, ale jeszcze po indiańsku nie mówi,
a drugi znowu jest za stary do podróżowania” 161.
Fort Resolution, 22 maja 1957 r., „Zaraz po Wielkanocy wyjechałem do jednej z moich misji, a że to był czas tajania, powrotna droga była uciążliwa. Psy po boki we wodzie się pląsały, ale
jakoś dostałem się szczęśliwie do domu. (…)
159) Tenże, List z 25 października 1956 r. do rodziny, [mps bmrw].
160) Tenże, List z 22 stycznia 1957 r. do brata, [mps bmrw].
161) Tenże, List z 2 kwietnia 1957 r. do rodziny, [mps bmrw].

�150

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Wszystko na to wskazuje, że nasz pensjonat jeszcze tej jesieni do Fort Smith przeniesiemy, gdyż tam prace szybko naprzód
postepują, więc będzie praca z przenosinami, ale za to później
będzie tutaj spokojnie”162.
O. Leon Mokwa łudził się w tym liście, iż zazna w misji Fort
Resolution spokoju po wyprowadzaniu z niej szkoły i szpitala.
Wraz z  tymi przenosinami on sam także został przeniesiony
z powrotem do misji Fort Smith.
Fort Smith (1957-1965)

10 listopada 1957 r. o. Leon Mokwa został przeniesiony ponownie do misji Fort Smith, gdzie pełnił funkcję przełożonego,
najpierw dyrektora internatu dla młodzieży, a  następnie całej
misji.
Fort Smith 18 marca 1958 r. „Jestem od gwiazdki dyrektorem szkoły indiańskiej, wystawionej przez rząd dla 200 dzieci
na pensji i 250 miejscowych. Gmachy są zupełnie nowoczesne,
ogrzewane oliwą, z  kuchnią elektryczną i  automatyczną wentylacją. Trochę tęsknię za życiem swobodnym wśród Indian...,
podróżami po Jeziorze Niewolników, psimi zaprzęgami czy też
motorówką.
Fort Smith stolica północy liczy tylko ok. 1000 mieszkańców. Głównie są to biali i  Metysi. Liczba ta wzrasta jednak
gwałtownie. Mamy pocztę codziennie z Edmontonu, odległego o 700 km. Samoloty lądują na asfaltowym lotnisku, mówi
się też o kolei. Mamy składy, szpital i nowoczesny hotel, wodociągi i  elektryczność. Cała Północ się przeistacza w  nową
prowincję. Drogi buduje się w  przyśpieszonym tempie, już
można samochodem do Edmontonu się kopnąć” 163.
162) Tenże, List z 22 maja 1957 r. do brata, [mps bmrw].
163) Tenże, List do I. Pluszczyka z 18 marca 1958 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

151

Fort Smith, 16 października 1958  r. „Dzieci mamy prawie
200 ex omni tribu et gente, więc jest gwarno w ogrodzie i z tego
powodu aż się roi od robactwa. Jak się tu bowiem zjechały we
wrześniu to weszek było moc i trzeba było to parą przepędzać,
aby snać całego domu nie zapaskudziły” 164.
Fort Smith, 7 września 1959 r. „O misjach pisać powinienem,
ale cóż, kiedy od paru lat mam mało z nimi do czynienia, przy
tem żyję, jak ten Epikur. Owszem dziatwą indiańską z różnych
szczepów się zajmuję, jednakże dzisiaj wszystko gaworzy po angielsku. Brat Michał pewnie tutaj ze mną zimę spędzi” 165.
Obowiązki na miejscu, w Fort Smith, pochłaniały dużo czasu.
W  miasteczku o. Leon Mokwa bowiem był odpowiedzialny za
budowę katedry biskupiej, domu prowincjalnego dla oblatów,
a także starał się o zaopatrzenie dla mieszkańców misji. Ponadto
na przełomie lat 1958/1959, po śmierci bpa Josepha Trocellier,
o. Leon Mokwa znowu zarządzał samodzielnie wikariatem, do
mianowania biskupa Paula Piché. 12 czerwca 1960 r. odbyło się
poświęcenie katedry i  domu prowincjalnego oblatów. Na uroczystość przybyło kilku biskupów oblackich z północnej Kanady.
Rozbudowa misji niejako szła w ślad za przemianami w samym Fort Smith i w okolicy. Na początku lat sześćdziesiątych
ukończono budowę bitej drogi z Edmontonu do Fort Smith, jak
również założono linię telefoniczną. O. Leon Mokwa podkreślał
wciąż w swoich listach do przyjaciół, że więcej zajmuje się pracą
biurową, pracą dyrektora szkoły niż misjami, za jakimi tęskni.
Fort Smith, 25 lutego 1961 r. „Jestem przy dobrym zdrowiu
i Bogu dzięki dobrze mi się wiedzie, chociaż trudności wszędzie
są. Dzieci również zdrowo się chowają i mam nadzieję, że obejdzie się tej zimy bez epidemii” 166.
164) Tenże, List do I. Pluszczyka z 16 października 1958 r., [mps bmrw].
165) Tenże, List do I. Pluszczyka z 7 września 1959 r., [mps bmrw], s. 1.
166) Tenże, List 25 lutego 1961 r. do brata, [mps bmrw].

�152

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

W 1961 r. w Fort Smith odwiedził o. Leona Mokwę znany polski
podróżnik Arkady Fiedler. Pisał o nim: „O. Mokwa to prawdziwy
oblat: pogodny, uczynny, gruntownie wykształcony, praktycznie
zaradny, nie szczędzący nikomu dobrego słowa i skorej dłoni. (…)
Jest kierownikiem internatu, zbudowanego przez rząd federalny
w 1957 r. – śmiało powiedzieć można: zbudowanego luksusowo –
dla 200 uczniów i uczennic indiańskich, uczęszczających do szkół
podstawowych i średnich w Forcie Smith. Długo nie trzeba było
z nim rozmawiać, by przekonać się, jak kochał swych wychowanków. Obecnie, w  lipcu, rozpuścił ich na wakacje do rodzin i  internat stał pustką, więc ks. Mokwa nie tylko umieścił nas w ślicznych, wygodnych izbach, ale sam ochoczo poświęcił nam swój
czas i swoje auto. Jako jeden z najstarszych mieszkańców rejonu,
a przy tym człowiek światły i prawy, cieszył się ogromnym mirem,
znał doskonale kraj i ludzi, toteż rozmowny, nie taił przed nami
swych wiadomości. Nasze gawędy dotyczyły głównie Indian, bizonów i – Polski”. To „wielki nasz ambasador nie z urzędu, lecz
gorącym sercem oddany” 167.
11 lutego 1962  r. „Misje na Północy się rozwijają, ale brak
nam ojców, gdyż jedni się starzeją, drudzy na zdrowiu podupadają, a z naszego małego seminarium nie prędko będą zasiłki.
Proście zatem Pana Zastępów, aby posłał robotników do winnicy swojej” 168.
13 stycznia 1965  r. „Święta spędziłem w Yellowknife mojej
pierwszej placówce, gdziem przed laty 25 pierwsze kroki stawiał. Naród tam jest mieszany, tzn. Montanezi i  Płaskie Psie
Boki, tylko 4 mile od kopalń złota oddalony. To też pijaństwo się
zachodzi, ale naród jeszcze dobry, więc miałem tam dość pociechy. Tylko mróz był taki siarczysty, że aż hej, całe 60 stopni” 169.

167) A. Fiedler, I znowu kusząca Kanada, Warszawa 1965, s. 101-103.
168) Tenże, List do I. Pluszczyka z 11 lutego 1962 r., [mps bmrw].
169) Tenże, List do I. Pluszczyka z 13 stycznia 1965 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

153

13 stycznia 1965  r. „Nasze kolegium dobrze się rozwija.
Chłopcy już mają swoją orkiestrę dętą pod batutą samego ojca
biskupa, co jest nie małą atrakcją. W sportach też nie ustępują,
aczkolwiek w tych dniach Inuvik ich poharatali w koszykówce,
co im nie zaszkodzi, bo już się trochę nadymali powodzeniem
lokalnym. Mają do tego elegancką salę gimnastyczną, że oczy
trzeba przymrużać od kolorów i świateł” 170.
Z listów o. Leona Mokwy często przebija troska o szkolnictwo.
W szkołach dla Indian upatrywał szanse rozwoju. Był przekonany, że przez naukę czytania i pisania wchodzi się w inny, bogaty
świat. Że przez to przed człowiekiem odkrywają się nowe perspektywy, a  przez lepiej wykształcone jednostki, także perspektywy dla nielicznych społeczności indiańskich. W  tych szkołach
uczono nie tylko po angielsku czy francusku, ale także w językach
rodzimych, których podstawy stworzyli misjonarze oblaci.
„My, Oblaci, popieraliśmy ich kulturę w  tym sensie, że
najpierw wynaleźliśmy alfabet, uczyliśmy ich dzieci. Alfabetyzacja tych języków oraz kodyfikacja ich gramatyk została
dokonana przez wczesnych misjonarzy katolickich. Ich język
nie był pisany. Przed przybyciem misjonarzy na Północ, nie
było tam nic pisanego, bo nie znali pisma. Pierwsze książki
przełożone na ich języki były religijne: Pismo Święte, Katechizm. Ksiądz na Północy służył Indianom pomocą w  dziesiątkach codziennych lub urzędowych spraw, był tłumaczem
z miejscowych języków. (…)
Dzieci indiańskich było dużo. Uczęszczały regularnie do szkoły, codziennie. Nieraz przez całe lato te dzieci zostawały u sióstr,
w ich małym klasztorku, bo ich rodzice byli rozproszeni po lasach.
W zimie dzieci też mieszkały u sióstr. Ja uczyłem dzieci indiańskie
czytać i pisać w ich językach, w tym nowym alfabecie, a oprócz
tego angielskiego i religii. Bracia oblaccy uczyli chłopców stolarki,
170) Tamże.

�154

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

a siostry uczyły dziewczęta gospodarki, szycia, garbowania skóry,
wyszywania. Wychowywano te dzieci po europejsku” 171.
Można było także zauważyć przenikanie indiańskich zwyczajów do praktyki modlitewnej i sakramentalnej Kościoła.
„Na przykład jak ktoś umarł, to zaraz wynosili nieboszczyka
na dwór; nie mógł zostać w namiocie. Potem saniami, albo łodzią wywozili na cmentarz gdzie go chowali. Mieli jakąś łaskę od
Boga, że kapłan zwykle zdążył przed śmiercią chorego. Potem
ksiądz odprawiał swoje modlitwy, a oni odprawiali swoje tradycyjne ceremonie. Zupełnie nie było tendencji Kościoła żeby to
zwalczać. Odprawiało się nabożeństwo, udzielało Sakramentów,
a poza tym jak oni chcieli Pana Boga chwalić, tak chwalili 172.
Z  wielką przykrością o. Leon Mokwa wspominał po latach
gwałtowne zmiany cywilizacyjne na Północy. Wraz z  budową
dróg, nowych ośrodków przemysłowych, telekomunikacji następowała transformacja w stylu życia miejscowych społeczności.
„Niestety, zaraz po wojnie na Północ zaczęła dochodzić zachodnia
cywilizacja konsumpcyjna. Indianie już nie chcieli i nie potrafili żyć
tak jak kilka tylko lat wcześniej. Powiedziałbym, że są oni jakby ofiarami okoliczności, przedtem żyli jak ich przodkowie. Wybudowano
nowoczesne gmachy, nie takie jak braciszkowie budowali z drzewa.
Z  początkiem lat pięćdziesiątych rząd odebrał oblatom szkoły
i  szpitale, ponieważ nie mieliśmy wykwalifikowanego personelu.
Pootwierano sklepy, w których można było kupić wszystko, chociaż
drogo, bo dowóz był drogi. Najgorsze, że przyszły sklepy z wódką
i zaczął się alkoholizm i narkotyki; to było na wielką niekorzyść Indian, na ich degradację, ponieważ nie potrafili się oni kontrolować.
Indianie płacą cenę za przejście do „kultury” białych” 173.
171) Mój duch jest jeszcze na Północy, dz.cyt., s. 6.
172) Tamże.
173) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma V.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

155

W tych latach budowano na Północym-Zachodzie prototypy
tarczy amerykańskiej tarczy antyradarowej, która miała chronić
z tej strony Stany Zjednoczone przed atakiem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (Rosji).
„Na Północy nie ma rezerwatów indiańskich, ale mimo tego Indianie prawie przestali polować. Zwierzyna wyginęła w czasie wojny
z powodu armii amerykańskiej, która tam stacjonowała. Żołnierze
wypalali krzaki i  lasy dla ogrzania się albo odpędzania komarów.
Lotniska, drogi i ludzie robili wiele hałasu. Wszystko to zabiło albo
przepędziło grubą i drobną zwierzynę. W naszej okolicy Amerykanie
mieli koszary, przygotowywali się na najazd Japończyków, a dalej na
zachód budowali Alaska Highway” 174.
Kiedy 13 lipca 1967  r. WA Mackenzie stał się diecezją Fort
Smith o. Leon Mokwa nadal był wikariuszem generalnym diecezji, co łączyło się przez te lata z wykonywaniem wielu funkcji
administracyjnych, m.in. wizytacji w misjach, prowadzeniu biura, udzielaniu dyspens, itp. Funkcję tę pełnił do 1970 r.
Fort Rae (1965-1970)

20 lipca 1965  r. o. Leon Mokwa został przeniesiony z  misji
Fort Smith do misji Fort Rae, na terenie której żyli Płaskie Psie
Boki. Mieli oni opinię bardzo aktywnych, wspaniałych myśliwych, potrafiących się targować o swoje zdobycze. Ich centrum
stanowił Fort Rae, gdzie gromadzili się na święta Wielkanocy
oraz Bożego Narodzenia. Teren ich polowań sięgał niegdyś aż
po Ziemię Jałową.
Fort Rae, 19 września 1966 r. „Ostatnio zrobiłem dwie wyprawy
do Baren Land, gdzie spędziłem prawie miesiąc z Indianami żywiąc
się tylko mięsem i rybami, na czym wcale źle nie wyszedłem, bo to
dowodzi, że biały człowiek również może się zadowolić taką dietą.
174 ) Tamże.

�156

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Ten Baren Land to jest dziwny kraj. Jak wiadomo nic tam
nie rośnie tylko czarnych jagód było dużo, co mi nieco osłodziło
życie. Skały są olbrzymie i cały kraj, jak okiem sięgnąć zawalony
głazami, że trudno się przedrzeć i to tam właśnie włóczą się stada karibu oraz żyją niedźwiedzie. Jeziora o dnie skalistym wodę
mają przeźroczystą, a w niej żyją doskonałe łososie. Obecnie Indianie wyruszają na połów ryb oraz do kniei, gdyż zima za pasem. Już gęsi ciągną sznurami na Południe, liść zżółkł na glanc.
Tutaj budują 85 domów nowoczesnych dla Indian, a  na drugi
rok mają budować nowy pensjonat. Dzieci w  szkole jest dużo,
więc znowu uczą katechizmu i ten czas szybko mija, jak fala za
falą pędzona wichurą” 175.
Fort Rae, 19 marca 1967 r. „Po popołudniu byłem odwiedzić
poniektórych parafian. W jednym domu podłoga była pokryta
ludzkimi istotami, ale tylko plecy było widać, gdyż tam dwie
grupy starców i staruszek w karty grali. Tylko na zapałki, a cichutko było, jak w  kościele. Ale to porównanie tutaj nie ma
zastosowania, gdyż u nas w Kościele jest zawsze wielki rozgardiasz, jako że matki przynoszą cały drobiazg, który się rozdziera na różne nuty. Tu trzeba mieć nerwy ze stali, ale pocieszam
się tym, że w średniowieczu nawet psy wstęp miały wolny do
Kościoła” 176.
Fort Rae, 2 grudnia 1967 r. „Tutaj znowu bieda, bo nie ma
karibu, a wiadomo, że nasi Indianie tego łakną. Futra nie są
drogie, bo jeszcze nie dość zimy, aby się błyszczały, a  to też
coś znaczy. Od lata nigdzie nosa nie wytknąłem, ale po świętach ruszam do Lac-la-Marte, gdzie mamy całkiem przyzwoitą misję. Dzisiaj wyjechał mój współbrat ojciec Amourous
z  psami do Reilake ku północy, ale ma wrócić na gwiazdkę.
Drugi Francuz nie chce się uczyć języka Płaskich Psich Boków, bo mówi, że niedosłyszy, co zresztą jest prawdą, więc mi
175) L. Mokwa, List do I. Pluszczyka z 19 września 1966 r., [mps bmrw].
176) Tenże, List do I. Pluszczyka z 19 marca 1967 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

157

dużo pomóc nie może, ale jak rzekłem zdrowie jest krzepkie,
a reszta to videant pretorem” 177.
Fort Rae, 1 kwietnia 1968. „Obecnie jestem sam, gdyż, jak
ci wspominałem jeden nas opuścił, bo miał trudności z językiem, a drugi objeżdża pieskami obozy, ale ma wrócić w tych
dniach. Zaś moi parafianie tylko za karibu się uganiają, a teraz już i na szczury polują, bo cena jest przyzwoita, a mięso
pierwszej klasy. Naturalnie, że na Wielkanoc znowu cała ta
czeladź się zjedzie i będzie znowu urwanie głowy, ale to dobrze” 178.
Z tej misji służył także posługą – w miarę potrzeby – w dawnych misjach, odpowiadając na prośby swoich współbraci oblatów.
W  pracy duszpasterskiej obsługiwał – oprócz głównej Fort
Rae – także trzy inne, położone w okolicy. Docierał tam latem
łodzią, zimą natomiast psim zaprzęgiem. Podróż zajmowała kilka dni, gdyż było do pokonania ok. 100 km. Te ostatnie placówki
były już położone na Ziemi Jałowej. Dojeżdżając do okolicznych
misji używał już sań motorowych.
W samym Fort Rae o. Leon Mokwa opiekował się też elektrownią, jak również miejscową pocztą.
To, co zdumiewa najbardziej i zarazem świadczy o umiłowaniu Indian, to nawet nie sam fakt pracy wśród nich, ale decyzja
i zapał w uczeniu się nowego dialektu w wieku ponad sześćdziesięciu lat. Rodzimy język, czyli możliwość rzeczywistego kontaktu przynajmniej w sprawach podstawowych, był zawsze bramą do poznania kultury i skutecznej ewangelizacji. W Fort Rae
o. Leon Mokwa zaczął naukę dialektu Płaskich Psich Boków.
177) Tenże, List do I. Pluszczyka z 2 grudnia 1967 r., [mps bmrw].
178) Tenże, List do I. Pluszczyka z 1 kwietnia 1968 r., [mps bmrw].

�158

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Fort Smith (1970-1971)

2 marca 1970  r. o. Leon Mokwa otrzymał obediencję z  powrotem do misji Fort Smith z przeznaczeniem do pracy wśród
Indian.
Fort Smith, 23 lipca 1970 r. „Pojechałem na krótko do Fort
Resolution na jedną niedzielę i  tam też trochę wczasów zażyłem, bo nie ma to jak Jezioro Niewolników, to już prawdziwe
morze” 179.
Fort Smith, 8 września 1970 r. „Ostatnio znowu zamordowano Indianina po pijanemu i to już trzeci, raczej czwarty, wypadek tego roku, odkąd tutaj się usadowiłem. Wszystkiemu winna
woda ognista. Ostatni morderca to mój były wychowanek z lat
60-tych i  dziwnym zbiegiem okoliczności odwiedziłem ofiarę
owego dnia, w którym też śmierć tragiczną znalazł. Najgorsze to,
że te wypadki nie robią już żadnego wrażenia na innych i nadal
piją nie po ludzku mieszając wino z piwem, co oczywiście słonia
by dobiło, zwłaszcza, że takie pohulanki często gęsto uprawiają.
Ale o tem też można by tomy pisać i mimo wszystko żal mi ludu,
bo znałem ich dawniej innymi” 180.
Fort Smith, 19 listopada 1970 r. „Zdrowie chwalić Boga dopisuje. Zima jest jeszcze łagodna i śniegu mało. Ci, którzy mają
pieski, już po lasach się uganiają. Już zaprzestano polowania na
bizony na ten rok. Amerykanie bardzo się na to kwapią, bo oni
już cały świat zjeździli, a teraz chodzi im jeszcze o trofea, za które
drogo płacą, ale widać, że u nich pieniądz to żaden problem” 181.
W misji Fort Smith pracował niespełna rok, po czym 8 lutego
1971 r. został skierowany do pracy w misji Black Lake.
179) Tenże, List do I. Pluszczyka z 23 lipca 1970 r., [mps bmrw].
180) Tenże, List do I. Pluszczyka z 8 września 1970 r., [mps bmrw].
181) Tenże, List do I. Pluszczyka z 19 listopada 1970 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

159

Black Lake (1971-1984)

Od 1971 do 1984  r. o. Leon Moka pracował w  misji Black
Lake, na samym południu diecezji. Pierwotnie na terenie Black
Lake była misja w Stony Lake. Tam jezioro było bardzo płytkie
i brakowało tam ryb, dlatego też postanowiono misję przenieść
do Black Lake, gdzie jezioro było dobrze zarybione. W Stony
Lake pozostał niewielki kościół, jednak mieszkały tam zaledwie
trzy rodziny katolickie. W Black Lake o. Leon Mokwa obsługiwał także elektrownię. Praca ta polegała na zapuszczeniu dwóch
agregatów prądotwórczych. Jednak, jak mówi, nie miał zbyt
wielu zdolności mechanika, dlatego też przy poważniejszych
awariach musiał powiadamiać mechaników z Sasakton i  oni
przyjeżdżali by naprawiać motory. Praca na poczcie polegała
przede wszystkim na rozdzielaniu poczty oraz paczek zamawianych przez Indian w magazynach wysyłkowych.
W Black Lake rozwijała się też turystyka. Niedaleko były
wodospady i  zarybiona rzeka. Przyjeżdżali tam często turyści,
szczególnie ze Stanów Zjednoczonych. Rozwinięta turystyka
była źródłem dochodu dla Indian, gdyż wielu z nich wynajmowało się jako przewodnicy po kraju.
Z misji Black Lake o. Leon Mokwa obsługiwał też misję Fond-du-Lace ponieważ misjonarz, który pracował w Fond-du-Lake zmarł. W Black Lake pracował w latach 1970-1972 z bratem
Jerzym Mrugałą. Po wyjeździe brata do Francji w Black Lake
pracował brat Michał Dąbrowski (1973-1981). Była zatem codziennie okazja do rozmów i  wspomnień po polsku. O. Leon
Mokwa wspominał także liczne wieczory brydżowe spędzone
razem z bratem Michałem Dąbrowskim i doceniał go jako dobrego gracza. „Z  jego opowieści można by spokojnie książkę
napisać, gdyż wiódł ciekawe życie” – mówił o. Leon Mokwa
o jego pracy misyjnej 182. O codziennych dolach i niedolach ży182) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma V.

�160

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

cia na misji opowiadał w  krótkich listach jednemu ze swych
współbraci zakonnych w Polsce.
Black Lake 27 marca 1971 r. „Pewnie, że wybałuszasz oczy na
widok tego nowego adresu, a no zachciało mi się na stare lata. Owszem należę do tej samej diecezji i  żyję w  lesie nad jeziorem zupełnie jak na dalekiej Północy, zresztą tylko ok. 50 mil od granicy
terytoriów. Weź sam mapę i jedź palcem w dół jeziora Athabaska,
a u jego cypla możesz dopatrzyć się Black Lake, długie całe 30 mil,
całkiem przyzwoite. Dostałem się tutaj z racji zmian po nominacji
nowego prowincjała, a że język jest ten sam, a mnie jeszcze awantury w głowie, więc przyjąłem. Gospodarzy mi sam brat Mrugała,
więc jemy i mówimy znowu po chrześcijańsku (czytaj po polsku).
Naród jeszcze dość poczciwy, ale leniwy, żyje z  zapomogi rządowej, a to jest złe. Szkoła jest sześcioklasowa. Na misji jest poczta
oraz zajmujemy się elektrownią dla całego osiedla. Tyle w dwóch
słowach, ale jeszcze mam jedną misję do obsługi, 15 mil stąd i teraz zimą jeżdżę tam co dwa tygodnie motosaniami. To wszystko na
stare lata, bo młody narybek nie przychodzi, więc ta stara gwardia
bokami robi, że aż hej” 183.
Black Lake 25 października 1971 r. „Wiodę żywot dość spokojny, tylko w sobotę jadę do Stony Rapids na katechizm, a co
drugą niedzielę nocuję tam gwoli Mszy św., którą wtenczas odprawiam. Mam tam kościółek z  belek i  obok dość przyzwoitą
plebanię, gdzie jest duża kaplica i tam zimą odprawiam. O 6 km
dalej jest Stony Lake, ale tam już nie odprawiam chociaż jest
kościółek, jednak pozostało tam tylko pięć rodzin, które przychodzą do Stony Rapids. Założono Black Lake. Ojcowie mieszkali tam i odprawiali mszę św. podwójnie, tak było jeszcze jakieś
15 lat temu. Ludność się mnoży, więc te kościółki są już za ciasne” 184.
183) L. Mokwa, List do I. Pluszczyka z 27 marca 1971 r., [mps bmrw].
184) Tenże, List do I. Pluszczyka z 25 października 1971 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

161

Black Lake 2 lutego 1972. „Często gęsto mieliśmy 50 - 60
stopni mrozu. Rachunek za prąd tylko w grudniu i styczniu był
na sto dolarów. Panie zlituj się nad nami... Mimo tego zimna
wybrałem się na rekolekcje do Fort Smith w styczniu, ale były
z nich nici, bo przez strajk lotniczy nasz rekolekcjonista ugrzązł
w Ottawie. Inni ojcowie też przyjechać nie mogli, ale jeszcze zebrała się nas 20 i takeśmy sobie prywatnie rzekali. Wieczorem
były pogawędki duszpasterskie, tośmy się nieco rozgrzali, tak że
prowincjał uznał za stosowne zasadę prawdziwego dialogu Secundum Papam Paulum VI nam przeczytać. Weźmy np. sprawę
Kościoła lokalnego, albo kapłaństwa chrztu, no to „istna lura panie bracie, nic lepszego tu nie macie”, to zdaje się jest z Fredry.
Więc znowu powtarzam cała nadzieja w Polsce” 185.
„Będąc w ojczyźnie zapomniałem kupić sobie polski słownik, bo
widzisz, że coraz więcej byków strzelam pisowni. Miałem dwa, no
i wyobraź sobie, że przy moich przenosinach z jednej misji na drugą gdzieś mi się zapodziały i nie mogłem sobie wytłumaczyć jakie
licho je zabrało. Nawet myślałem już zastrzec prowincjałowi, żeby
mnie już nie ruszał, bo jeszcze pewnego razu głowę zgubię” 186.
Indianie „polują jeszcze na karibu, ale wielu siedzi bezczynnie, bo wiedzą, że pod koniec miesiąca urzędnik znowu wypisze
im zapomogę i to jest nasz problem numer jeden” 187.
Black Lake, 6 czerwca 1972 r. „Lody nas opuściły tydzień temu,
ale teraz ta jedna plaga egipska nas tu dręczy, mianowicie czarne
muszki. Zresztą ja nie twierdzę, że kiedyś tutaj był raj, przeciwnie
nazywam to ziemią Kaina: Diesteln und Dornen wird die Erde dir
tragen... Mimo to brat Michał jest zadowolony ze swego ogrodu, bo
coś niecoś wychodzi. Tej niedzieli zakończyłem rekolekcje i muszę
przyznać, że moi parafianie byli bardzo wierni w uczestniczeniu. (…)
185) Tenże, List do I. Pluszczyka z 2 lutego 1972 r., [mps bmrw].
186) Tamże.
187) Tenże, List do I. Pluszczyka z 13 marca 1972 r., [mps bmrw].

�162

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Teraz moi parafianie zaraz się rozjadą, niech im tylko wypłacą treaty money: jedni do jeziora Athabaska na połów ryb
na całe lato, drudzy jako przewodnicy dla turystów, którzy tutaj
licznie latem zjeżdżają na łososie itd. Inni znowu będą budować
nowe domy skoro tylko cement przyjedzie. (…)
Nauczyciele nas opuszczają, wszyscy z wyjątkiem kierownika, którym jest Polonus generis, no ale dobrze, że choć nauczył
się grać w  brydża, bo mamy z  kim pograć, a  brat Michał jest
zaciętym brydżystą. (…)
Mam nowego sąsiada 70 km stąd, we Fond-du-Lac, starego
weterana, ale nie wiem kiedy go odwiedzę” 188.
Black Lake, 24 października 1972 r. „Więcej Indian niż w innych latach wyjechało na Północ zastawiać łapcie, bo ich mocno
zachęcają, ażeby nie korzystali wciąż z opieki społecznej, gdyż
to wstyd i hańba i nic tylko zgnilizna moralna z tego wyniknąć
musi. Wszak człowiek do pracy jest stworzony, a pasożyci jeść
nie powinni, jak mówi sam św. Paweł” 189.
Black Lake, 4 lutego 1973 r. „Normalnie to o tym czasie powinienem siedzieć w  konfesjonale, ale ponieważ jesteśmy pod
kwarantanną wszelki ruch powstrzymany. Zaczęło się to zaraz
po gwiazdce, kiedy ta grypa zabrała nam dwóch staruszków, a teraz doczepiła się jakaś epidemia zapalenia mózgu u dzieci. Dotychczas jedno zmarło, ale sporo przewieziono do szpitala. Jakiś
specjalista z Edmontonu zbadał nas i zakazał wszelkich zebrań.
Przyznać trzeba, że styczeń był nad wyraz łagodny, co sprzyja takim chorobom, i że na święta moc narodu się zjechała z innych
osiedli, to może nam epidemię przywlekli. Z tej racji we wigilię
gwiazdki od rana do północy w konfesjonale siedziałem i przez
parę dni kości policzyć nie mogłem. Ponoć miał zjechać jakiś cudotwórca Indianin, ale się nie zjawił, więc ludziska byli mocno za188) Tenże, List do I. Pluszczyka z 6 czerwca 1972 r., [mps bmrw].
189) Tenże, List do I. Pluszczyka z 24 października 1972 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

163

wiedzeni. On już tutaj raz grasował i ponoć poważną sumę zebrał.
Jego metoda polega na tym, że on nie może kogoś uzdrowić, jeśli
ten nie ma dość dużo pieniędzy. (...)
Ludek więc mój po ten czas mało się rusza, tylko po mięso
i  drzewo. Tragedia na tym polega, że pozbywają się oni psów
i kupują motosanie, a że oni na mechanice tyle się wyznawają,
co ja, ich maszyny sztorcem stawają tu i tam. Inna rzecz, że oni
tych maszyn wcale nie szanują, a więc hura i do przodu. Taka
rzecz kosztuje tylko 700 dolarów do tysiąca. Nasz ma już 4 lata,
ale go oszczędzam” 190.
Black Lake, 3 kwietnia 1973 r. „Karibu jeszcze jest, ale śnieg
już miękki i trudno zwozić mięso psami, motosaniami czy samolotem. Droga do Stony Rapids jest kiepska, a ponieważ ja jedyny
kapitalista posiadam samochód półtonowy, więc często nawet
nocą muszę się ruszać.
W moim wieku nie dbam już o  przygody. Toć na drugi rok
patrzy mi się pensja starości, całe 135 dolarów. Ale, ja tylko czek
podpiszę, bo pieniądze należą do prowincjała. „Roma locuta,
causa finita”. No, ale biedy tutaj nie mamy. Owszem rybę jemy
często, bo to lubię, tak samo mięso z karibu, bo inne jest bardzo
drogie. Ziemniaki mamy swoje, więc czego więcej potrzeba nam
do szczęścia?” 191.
Black Lake, 10 lipca 1973 r. „Chociaż od mojej ostatniej korespondencji nie zebrało się dużo materiałów, mam do pisania kilka powodów. Najpierw, że jeszcze żyjemy i znowu oddychamy
świeżym powietrzem, gdyż dwa tygodnie temu o mały figiel nie
wykurzyło by nas, jak owego lisa z jamy. Po prostu lasy się zapaliły od błyskawic i piorunów (nie śląskich) i trzeba było ewakuować kobiety i dzieci. Resztę to już do łopat zaprzęgnięto, a 4
samoloty lały wodę z góry, ale to jakby ktoś z góry napluł, bo po190) Tenże, List do I. Pluszczyka z 4 lutego 1973 r., [mps bmrw].
191) Tenże, List do I. Pluszczyka z 3 kwietnia 1973 r., [mps bmrw].

�164

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

sucha była wielka, a wiatr sromotny. Już 24 maja dzieci kąpały
się w rzece, co w naszych okolicach jest rzeczą niesłychaną. Atoli
Bóg ulitował się nad nami i zesłał nam rzęsiste deszcze, że przez
parę dni lało jak z cebra. Tylko dwa małe domy poszły z dymem
pożaru i skończyło się na strachu”192.
Black Lake, 4 września 1973 r. „Brat Dąbrowski już ziemniaki
wybiera, bo tuż tuż walić będą i  zimno. Owszem, urodzaj jest
piękny, nawet pomidory mu się udały” 193.
Black Lake, 20 maja 1974 r. „Tydzień temu wróciłem z Saskatoon, gdzie najpierw musiałem czekać tydzień zanim mnie do
szpitala przyjęto, a to gwoli strajku, jakim zagrażały pielęgniarki
dyplomowane. Operacja się udała, ale przez dziesięć dni lało się
ze mnie, że choćby te Niagara Falls. (…) Pod moją tutaj nieobecność brat Michał sam tutaj gospodarzył, bo niech się Indianie
powoli z tą myślą pogodzą, że pewnie nastanie czas, że nas zabraknie, chyba, że wnet zmieni się na lepsze co do powołań.
Tutaj też nastała wiosna, ale jezioro skute lodem. Indianie trochę
na bobry wyjechali, inni czyszczą zagrody po tak długiej zimie” 194.
Black Lake, 7 sierpnia 1974 r. „Obecnie mamy upały afrykańskie, ale to się zaraz zmieni. Dzisiaj jest tutaj wesele, więc znowu
będzie pijatyka, a może i bijatyka. Tydzień temu jednemu tak się
zdarzyło, że leży jeszcze w szpitalu między życiem a śmiercią. Za
dużo pieniędzy a za mało rozumu. (…)
Gwoli tych upałów: mieliśmy zeszłego miesiąca parę nagłych
zgonów, więc Indianie trzęśli się jak ryba w galarecie, a konfesjonał był oblężony dzień i noc, ale już o tym zapomnieli i piją
dalej jak ryby” 195.
192) Tenże, List do I. Pluszczyka z 10 lipca 1973 r., [mps bmrw].
193) Tenże, List do I. Pluszczyka z 4 września 1973 r., [mps bmrw].
194) Tenże, List do I. Pluszczyka z 20 maja 1974 r., [mps bmrw].
195) Tenże, List do I. Pluszczyka z 22 czerwca1974 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

165

Black Lake, 9 stycznia 1975 r. „Świat był tutaj zabity deskami
przez dwa tygodnie, więc poczta ani wejść ani wyjść nie mogła
przez ten czas. Zresztą nasza poczmistrzyni też koło świąt zaniemogła…. Zatem dziękuję za dwa ostatnie kurierki, list okólnikowy, zdjęcia itd.” 196.
Black Lake, 13 marca 1975  r. „Wróciłem cało z  Fort Smith
i brat Michał już mnie opuścił, więc siedzę sobie sam, jakby ten
kołek w płocie” 197.
Black Lake, 15 kwietnia 1975 r. „Indianie cichutko siedzą, bo
trudno ruszać się w ten czas. Wesele miało być, ale chłopak napiwszy się swej nadobnej lanie dał i matka młodej panny sztorcem staje, co też dobrą nauką powinno być dla innych zainteresowanych. Nauczyciele z  ferii wielkanocnych wróciwszy jeden
dzień tylko uczyli w szkole, a potem bojler jak na zamówienie
posłuszeństwa odmówił i  ferie nadal trwają, bo nie wiadomo
kiedy taki specjalista się zjawi” 198.
Black Lake, 26 czerwca 1975 r. „Dzisiaj wyjeżdżają nauczyciele, ale tylko dwóch z  nich zamierza wrócić. I tak co roku bywa.
Musi w Black Lake wszystko czarno wyglądać... Tylko turyści co
roku wracają, często ci sami, czyli, że jednak coś ich tutaj pociąga.
No tak, na tydzień to i owszem. Jadą na te rybki, choć leje i zimno.
A przecież to już nie młodzież, że aż im zazdroszczę tej gorliwości.
Toć tysiąc mil robią, a pytam się, czy co złapałeś? To mówi, że tylko jedną, ale jutro będzie więcej. Ot, to się nazywa optymizm” 199.
Black Lake, 19 sierpnia 1975 r. „Przedwczoraj obchodziliśmy Matki Boskiej Zielnej. Rano odprawiłem tutaj, a po południu w Stony.
Było sporo komunii świętych i dzień był piękny, bo cały poprzedni
tydzień nic tylko marazm. Śnieg poprószył, ziąb i deszcz, że aż strach.
196) Tenże, List do I. Pluszczyka z 9 stycznia 1975 r., [mps bmrw].
197) Tenże, List do I. Pluszczyka z 13 marca 1975 r., [mps bmrw].
198) Tenże, List do I. Pluszczyka z 15 kwietnia 1975 r., [mps bmrw].
199) Tenże, List do I. Pluszczyka z 26 czerwca 1975 r., [mps bmrw].

�166

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Wróciłem wieczorem dość zmachany i dla odprężenia zagrałem sobie Czajkowskiego „Swan Lake”, ale niestety zapomniałem wyłączyć
amplifier [wzmacniacz – JR] i grało mocno na całe osiedle. Zaraz
Indianie wypełnili Kościół, zanim zdążyłem się spostrzec. No, ale ja
już miałem dość na ten dzień więc ich wysadziłem na świeże powietrze... Coraz więcej mam roztargnień, musi starość swoje robić” 200.
Black Lake, 3 grudnia 1975 r. „Osobiście – chwalić Boga! –
czuję się dobrze, tylko zima jest ostra, ale jeżdżę Ski-doo do Stony Rapids. (…)
Moi Indianie trochę się ruszają; dla rozgrzewki łowią ryby
pod lodem na sprzedaż. Latem postawili parę nowych domów.
Karibu się nie pojawiło, więc tak dobrze jak zeszłej zimy im nie
jest. Jednak młodzi kupili całe dwa tuziny motosani (po naszemu Ski-doo) za 1300 dolarów sztukę. I teraz na cały gaz jeżdżą
dzień i noc aż się skry sypią. Ot, sportowy naród” 201.
Black Lake, 23 stycznia 1976 r. „Tej zimy karibu się nie ukazało, natomiast pod lodem chłopiska sieci zakładają i na eksport
idzie samolotem, potem ciężarówką. Jeżeli więc tutaj płacą 15
centów za funt, to w miastach będzie chyba dolar. Także kobiety
do roboty się zabrały i  różne robótki ręczne wykonują, też na
eksport. Czyli, że postęp jest. (…)
Na święta narodu miałem znowu moc ze wszech stron i kościół był nabity, a  od siedzenia w  konfesjonale przez parę dni
krucho ze mną było” 202.
Black Lake, 1 października 1976 r. „Mam się dobrze, gdyż jest
dużo kuropatw tego roku i tu w grodzie strzelanina niesłychana
o wschodzie słońca, kiedy one na nas hurmem najeżdżają” 203.
200) Tenże, List do I. Pluszczyka z 19 sierpnia 1975 r., [mps bmrw].
201) Tenże, List do I. Pluszczyka z 3 grudnia 1975 r., [mps bmrw].
202) Tenże, List do I. Pluszczyka z 23 stycznia 1976 r., [mps bmrw].
203) Tenże, List do I. Pluszczyka z 1 października 1976 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

167

Black Lake, 14 czerwca 1977  r. „Zdrowie Bogu dzięki doskonałe, bo na świeżym powietrzu się obracam. Wiosenne
porządki, ogród, wypad do Stony, raz do Fond-du-Lac, itd.
Zeszłego tygodnia gościł ks. bp Piche gwoli bierzmowania,
miałem ich przeszło 50, ale jeden już zaginął zeszłej nocy
i jeszcze go szukają, a deszcz leje już od dwóch tygodni, a tej
nocy nawet marzło, więc nie wiem, czy go żywym znajdą. On
mi nawet przy mszy św. służył, biedak”. Także już Traité [zapomogi wynikające z traktatu – JR] wypłacono i przy tej okazji były wybory na szefa, ale ten sam został, bijąc przeciwnika o jeden głos, więc na przyszły raz na pewno runie. Dobry
chłop, tylko się sprośnie rozpił na tych licznych zjazdach na
Południu” 204.
Black Lake, 6 września 1977  r. „W  tych dniach wybieram
ziemniaki, które zmarzły mi już w lipcu, ale wystarczy. Zjechało
też dwunastu nauczycieli, w tym pięciu żonatych, katolików w
tem dwóch katolików zimnej wody”205.
Black Lake, 12 maja 1978 r. „Pod koniec miesiąca dla moich
Indian rekolekcje odprawimy potem sąsiada zamierzam odwiedzić, przynajmniej „raz koło Wielkanocy”. Jemu też młodszy by
się przydał, bo liczy już 76 lat i na nogi niedomaga” 206.
Black Lake, 21 września 1979 r. „W zeszłym tygodniu jeden z  moich parafian zginął śmiercią tragiczną w  polowaniu na łosia. Własny przyjaciel przez pomyłkę go uśmiercił.
Pogrzeb był wielki, narodu ze wszech stron jak na pasterce,
ale taż taka śmierć nawet tutaj rzadko się zdarza. Natomiast
w Fond-du-lac dwaj inni się utopili łowiąc ryby na wzburzonym jeziorze Athabaska i  jeszcze ich nie znaleźli, bo woda
jest już zimna.
204) Tenże, List do I. Pluszczyka z 14 czerwca 1977 r., [mps bmrw].
205) Tenże, List do I. Pluszczyka z 6 września 1977 r., [mps bmrw].
206) Tenże, List do I. Pluszczyka z 12 maja 1978 r., [mps bmrw].

�168

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Nauczyciele zjechali w  liczbie 10, ale tylko kierownik i  jego
żona to katolicy. Zatem codziennie do szkoły się pchamy dwa
razy gwoli nauki religii” 207.
Black Lake, 26 lutego 1980 r. „W niedzielę wracając ze Stony na drodze stado karibu widziałem, ale byłem bez broni, więc
tylko białym ogonkiem mi kiwały. Moc jest tego stworzenia tej
zimy. Natomiast szkołę zamknięto, bo ktoś puścił gadkę, że promieniowanie uranu ludziom dopieka... No, ale szukaj wiatru
w polu” 208.
Black Lake, 3 listopada 1980 r. „W ostatnim tygodniu miałem trzy pogrzeby, co się u  nas zdarza rzadko. Najpierw staruszka 78 lat wracając po północy z  partyjki pokera została
uderzona przez samochód. Po paru dniach ducha wyzionęła.
Inna natomiast młoda kobieta zmarła na raka trzustki, zostawiwszy sporo sierot. A  jeszcze inna młoda matka straciła
już trzecie dziecko z niewiadomych przyczyn, choć lekarze ich
nadaremnie szukają. Atoli miałem już dotychczas 30 chrztów,
co też jak na nasze warunki jest dużo. A w tym miesiącu cztery
wesela się zapowiadają.
Zima jest jeszcze łagodna i jezioro jeszcze nie zamarzło. Do
szkoły idę dwa razy dziennie, tylko nauczycielki uciekają jedna
po drugiej. Wiadomo Black jest black i klubów nocnych dla białych jeszcze nie mamy” 209.
Black Lake, 16 kwietnia 1982  r. „Kopalnia w Uranium City
zwija manatki, co też jest końcem tego osiedla. Mówi się, że Stony Rapids stanie się ośrodkiem administracyjnym na Północy
Saskatchewan. Najwięcej obawiam się składnicy wódek, gdyż to
będzie zagłada naszych tubylców.
207) Tenże, List do I. Pluszczyka z 21 września 1979 r., [mps bmrw].
208) Tenże, List do I. Pluszczyka z 26 lutego 1980 r., [mps bmrw].
209) Tenże, List do I. Pluszczyka z 3 listopada 1980 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

169

Tutaj zamarzły nam wodociągi i  szkoła źle na tym wyszła,
ale obecnie dowożą wodę. Były także trudności z energią elektryczną. Ponoć latem w Stony Rapids nową elektrownię otworzą, która też ma nas obsłużyć. Karibu było i zapas jest na lato,
a ogródek obsadzę, gdyż z powodu inflacji u nas też tak różowo
nie wygląda. Ropa poszła strasznie w górę, więc ja też piszczeć
zaczynam. Gdybym był młodszy paliłbym drzewem” 210.
Black Lake, 17 listopada 1982  r. „Nie wiem czy pisałem, że
parę rodzin mięsem chorego niedźwiedzia się zatruło i  jedna
osoba walczy ze śmiercią. Zima przyszła wcześnie i  już hulają
motosaniami po naszych jeziorach, tym więcej, że karibu włóczy
się tu i tam” 211.
Black Lake, 1 marca 1983 r. „Black Lake to już świat deskami
zabity, a teraz będzie jeszcze mniej komunikacji gwoli zamkniętej kopalni w Uranium City. To już jest prawdziwe ghost town
[miasto duchów – JR], no ale...” 212.
Black Lake, 19 października 1983  r. „Obecnie przeżywamy
tutaj nalot kuropatw o wschodzie i zachodzie słońca, zlatują na
nasze dachy, więc kto żyw za broń chwyta, a chłopcy z procy je
ubijają, ale to trwa tylko dwa tygodnie. Wytłumaczenia tego zjawiska nie mamy. Chociaż mój ogródek zawiódł, głodu nie będzie,
tym więcej, że mój sąsiad dobry zbiór miał i dzieli się po chrześcijańsku. On też jest zapalonym wędkarzem, co schwyta to uwędzi
i znowu się dzieli, tylko palce lizać. Tyle co do strony materialnej.
Atoli inaczej ma się rzecz od strony moralnej. Toć uczę dzieci religii, ale ich gęby są zasznurowane. Także w tym roku szkolnym
musimy przepędzić aż trzech nauczycieli z powodu sprośnego zachowania. To mnie przyprowadza do sedna sprawy. Jesteśmy tutaj od lat 130, a w tych latach tylko 2 kapłanów i 3 siostry na służ210) Tenże, List do I. Pluszczyka z 16 kwietnia 1982 r., [mps bmrw].
211) Tenże, List do I. Pluszczyka z 17 listopada 1982 r., [mps bmrw].
212) Tenże, List do I. Pluszczyka z 1 marca 1983 r., [mps bmrw].

�170

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

bę Boga się oddało. Od lat 50-tych nastała emancypacja, a potem
degradacja – znowu obce wyrazy. Przejście z epoki kamiennej do
atomowej było zbyt raptowne, im się w głowie pokręciło. Do tego
jeszcze dochodzi telewizja, telefon i  samochody. Równocześnie
od owych lat rząd odebrał nam szkoły i  szpitale, stąd sekularyzacja, indyferentyzm, itd. Tutejsza szkoła, np. jest niby katolicka,
w praktyce pogańska, a na 8 nauczycieli trzech jest katolików sui
generis. Obok tego rząd zaprowadził opiekę społeczną i składnice
likieru. Stąd alkoholizm i demoralizacja. Taki mógł by być temat
dla „Misyjnych Dróg”: „Światła i  cienie życia wśród Monatanezów”, aliści tych cieni byłoby za dużo i  znowu ktoś powie, dlaczego tam siedzisz. Odpowiedź jest łatwa, bo: ubogim Ewangelię
głosić posłał mnie Pan. Więcej ubogich duchowo i umysłowo nie
ma chyba nawet na Madagaskarze” 213.
Fond-du-Lac (1984-1986)

W 1984 r. ojciec Leon Mokwa zostaje przeniesiony z Black Lake
do Fond-du-Lac, na północny zachód od Black Lake. Misja Matki
Boskiej Bolesnej w Fond-du-Lac nad Jeziorem Athabaska była założona z myślą o Zjadaczach Karibu.
Fond-du-Lac, 25 września 1984 r. „Jak widzicie gazduje na
nowej, albo raczej na starej misji Fond-du-Lac. Pisze starej, gdyż
była to pierwsza misja w tej okolicy, założona Roku Pańskiego
1853 przez świątobliwego o. Henryka Grollier OMI. (…) Mój kościół, choć stary, wygląda jeszcze dość przyzwoicie. Stoi trochę
na uboczu. Ludności jest tu ok. 600. Wszyscy są Montanezami.
W szkole jest ok. 250 dzieci. Obecnie, z powodu epidemii żółtaczki szkołę zamknięto. Mamy również ośrodek zdrowia. Lekarz przyjeżdża tu raz na tydzień” 214.
213) Tenże, List do I. Pluszczyka z 19 października 1983 r., [mps bmrw].
214) Tenże, Jaka szkoda że Ojciec Święty nie mógł do nas przybyć!, „Misyjne Drogi”
(1985) nr 1, s. 42.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

171

Fond-du-Lac, 15 listopada 1984  r. „Indianie są rozproszeni, więc ruchu mam dużo. Toć w  niedzielę niosę Pana Boga
aż do ośmiu domów. Dzisiaj pierwsza zawierucha śnieżna tak
wielka, że nie widać jeziora Athabaska, choć siedzimy nad jego
brzegiem” 215 .
O. Egebert Stang z  prowincji oblackiej St. Mary głosił
w Uranium City w Saskatchewan misje parafialne. Tam spotkał o. Leona Mokwę, który przyjechał słuchać spowiedzi Indian, Polaków, Niemców i Francuzów. Opisywał to spotkanie
na łamach zakonnego biuletynu informacyjnego: „O. Mokwa,
średniego wzrostu, szczupły, łysy, zajął się mną naprawdę po
oblacku. Później powiedziałem mu: Ojciec przypomina mi mojego dziadka. On na to: ‘Bo też moi ludzie tak mnie nazywają’.
A  jaki z  niego dziadek! Mówi płynnie po polsku, niemiecku,
angielsku, francusku, kilkoma narzeczami indiańskimi... I Bóg
wie jeszcze jakim! Jest on misjonarzem całą duszą, który z szacunkiem wyraża się o swoich wiernych, ale i z troską o ich przyszłość. Zna wszystkich od kolebki.
Co za poczucie humoru! Bez przerwy żartował z o. Deharveng,
który jest wielkim jak on misjonarzem. Kiedy miał pójść do szpitala, by odwiedzić chorych, prosił mnie, abym mu towarzyszył.
Weszliśmy do jednej sali, gdzie leżała chora Indianka, niewiasta
w sile wieku. O. Leon odezwał się do niej w jej języku: ‘Wcale nie
wyglądasz na chorą’. Ona mu na to: ‘Ojciec nie jest moim lekarzem’ - i wszyscy w śmiech. Wspaniałe!
Ale największe zrobił na mnie wrażenie o. Leon w  konfesjonale, oblężonym prze tłumy wiernych. Pod koniec misji proboszcz prosił go, by przemówił do obecnych Indian. Kiedy zaczął
prawić, jego twarz promieniowała radością, a  oni zamienili się
w słuch” 216.
215) Tenże, List do I. Pluszczyka z 15 listopada 1984 r., [mps bmrw].
216) E. Stang, Ils l’apellent „grand-père”, „Information OMI” (1985) nr 221, s. 8.

�172

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Fond-du-Lac, 21 sierpnia 1985. „Wróciłem szczęśliwie z urlopu w ojczyźnie i jestem znowu wśród moich Indian. (…) Od poprzedniej podróży do Polski upłynęło całe dziewięć lat. Bardzo
wiele się zmieniło w tym czasie. (…) Uroczystość złotego jubileuszu kapłaństwa w mojej rodzinnej wiosce w Lubichowie była
dla mnie głębokim przeżyciem”217.
Fond-du-Lac, 16 czerwca 1986. „Co do mnie wiem, że mi dobrze
radzicie, aliści powtarzam, że tutaj życie dokonać mi wypada, gdyż
po 50 latach tutaj trudno byłoby mi wżyć się w nowe otoczenie” 218.
Sturgeon Lake [Calais] (lipiec-grudzień 1986)

Wiek i lata pracy dawały się o. Leonowi Mokwie coraz bardziej we znaki. Latem 1986 r. chciał przejść na emeryturę i wycofać się z pracy na Północy. Jednak z powodu braku personelu
na misjach przeniósł się do misji Sturgeon Lake, ok. 300 km na
północ od Edmontonu, bliżej gór skalistych. Przejął tę placówkę
– jak mówił – ad interim, „wszak wiek mam i różne słabości doskwierają tu i tam”. Misja położona była w rezerwacie Kri, rozproszonych po okolicznych lasach. O. Leon Mokwa obsługiwał
także filię w Crooked Creek, gdzie mieszkali przede wszystkim
biali farmerzy.
Sturgeon Lake, 18 września 1986  r. „Jak to się stało, że
mnie tutaj pchnęli na stare lata, wszak ci pisałem onego czasu, że przechodzę na emeryturę? Otóż tutejszy ojciec Roeroue
OMI mojego wieku chorował na serce, stąd musiał się poddać. Nie dziwuję mu się, gdyż naród zeszedł tu na psy. Wielu
żyje tu na knebel, wiele dzieci nieprawego łoża, a  w  kościele pustki... Mam do pomocy dwie siostry Bożej Opatrzności.
Jadam u nich, one się opiekują kościołem i przygotowują do
małżeństw i chrztów. Jak długo Bóg da zdrowie zamierzam tu
217) L. Mokwa, Szczere Bóg zapłać!, „Misyjne Drogi” (1986) nr 1, s. 37.
218) Tenże, List do I. Pluszczyka z 16 czerwca 1986 r., [mps bmrw].

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

173

pokutować, bo jak ci pisałem domy szczęśliwej starości mi się
nie uśmiechają” 219.
Sturgeon Lake, 12 listopada 1986 r. „O moich Kri powiem krótko są to po prostu ofiary okoliczności, wszak już od pół wieku z białym człowiekiem się stykają, bo siedzimy tutaj na trasie Edmonton
– Alaska i ruch jest wielki i awanturników nie brak. Aby ci dać obraz degeneracji tutejszych tubylców podam tylko, że w pierwszym
miesiącu mego tutaj pobytu młody człowiek, żonaty, targnął się na
życie, ale jeszcze go uratowali. Natomiast starszy już obywatel, albo
popełnił samobójstwo, albo go zabito, jak i jedną kobietę. Policja
nie wykryła, albo nie chce pchać palców między drzwi” 220.
Sturgeon Lake, 17 listopada 1986 r. „Nawiasem mówiąc dużo
pociechy z tego nie ma, gdyż Kri to nie Montanezi, więc Bogu ani
mnie się zbytnio nie naprzykrzają” 221.
W Sturgeon Lake o. Leon Mokwa przebywał tylko trzy miesiące. Jesienią zachorował i został przeniesiony do Edmontonu.
Edmonton (1987-2003)

W  styczniu 1987 roku o. Leon Mokwa zamieszkał w  Placid
Place w Edmontonie, w domu opieki dla starszych misjonarzy,
gdzie przebywało 20 oblatów w podeszłym wieku. Pełnił on tam
funkcję asystenta rektora, który też był chory. Z tego domu udał
się na spotkanie z Janem Pawłem II do Fort Simpson.
Edmonton, 5 października 1987 r. „Otóż byłem w Fort Simpson. Zaproponowano całej naszej grupie misjonarzy-weteranów
Północy, przebywającej obecnie w Edmontonie i St. Albert, aby
udać się na to spotkanie samolotem. Jakże mogłem nie skorzystać z  tej okazji. Przybyliśmy już przedtem do Yellowknife,
219) Tenże, List do I. Pluszczyka z 18 września 1986 r., [mps bmrw].
220) Tenże, List do I. Pluszczyka z 12 listopada 1986 r., [mps bmrw].
221) Tenże, List do I. Pluszczyka z 17 listopada 1986 r., [mps bmrw].

�174

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

a w niedzielę 20 września wyruszyliśmy do Fort Simpson. Padał
deszcz i było dość ciemno, ale gdy przybył Ojciec Święty, deszcz
ustawał a na rozpoczęcie Mszy św. pokazało się słońce i na dodatek, ku radości wszystkich, ukazała się wspaniała tęcza. Przywitano ją jako dobry omen dla sprawy indiańskiej, którą Papież
miał omawiać z wodzami.
Oczywiście była wielka rzesza ludzi „ex omni tribu et gente”, było
niemało biskupów i misjonarzy z całej Północy. Przybył również nasz
weteran, brat Michał Dąbrowski. Podobno pierwszy zdołał przywitać się z Ojcem Świętym! Wodzowie indiańscy witali Jana Pawła II
przy dźwięku bębnów. Widać też było polskie sztandary a nawet na
jednym transparencie widziałem polskie pozdrowienie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Mszę św. Jan Paweł II odprawił nad brzegiem rzeki Mackenzie,
pod indiańskim namiotem (tipi) w otoczeniu 20 biskupów i wielu misjonarzy. Ubrany był w piękny ornat uszyty ze skór karibu.
Rozbrzmiewały śpiewy po indiańsku i po łacinie. Czytania mszalne – po indiańsku i po eskimosku. Przemówienia wygłosił Papież
po angielsku, ale ku ogromnej uciesze i zadowoleniu zebranych
powiedział też kilka zdań po indiańsku. Piękna atmosfera.
Całe spotkanie przekazywała na żywo telewizja. Miliony ludzi
były zatem świadkami tej niezwykłej uroczystości, która trwała
blisko pięć godzin.
Po Mszy św. Papież przyszedł przywitać się z nami misjonarzami, więc było mi dane zamienić z Nim kilka zdań po polsku.
To wielka radość. Wróciłem szczęśliwy i ogromnie zadowolony
z tego przeżycia”222.
Z  tego też domu wielokrotnie powracał na Północ, biorąc
krótkie zastępstwa w misjach.

222) Tenże, Byłem na spotkaniu z Ojcem Świętym w Fort Simpson, „Misyjne Drogi”
(1988) nr 2, s. 42.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

175

Snowdrift, 28 sierpnia 1987  r. „Zwiałem na Północ jeszcze
zanim tajfun Edmonton nawiedził i  dużo strat poczynił wśród
ludzi i dobytku. Pewnie się dziwisz, że wróciłem na Północ, ale
może pamiętasz jak nam ojciec Teofil gadał o słoniach, co wracają na stare lata do swoich kniei. Po prostu zmierzło mi się to
życie miejskie i za dobrze mi było. Tutaj misja jest mała, w sam
raz dla emeryta, ale naród się zepsował odkąd ongiś ich tutaj
odwiedzałem z Fort Resolution w roku 1938 i ostatnio w 1958.
Powodzi im się też za dobrze, więc Bogu się nie naprzykrzają,
zwłaszcza młodzież.
Jest to około 200 km. na południowy wschód od Yellowknife.
Dojazd tylko po wodzie albo po lodzie, a przede wszystkim samolotem: trzy loty tygodniowo samolotami dla 30 pasażerów,
a ludu jest ok. 250 dusz, więc masz pojęcie jak się tutaj żyje” 223.
W  następnym roku, jesienią, przez dwa miesiące zastępował misjonarza w Fort Chipweyan, nad jeziorem Atabaska. Latem 1989 r. można go było znaleźć na misji Black Lake. Pomagał też chętnie w  parafiach polonijnych, prowadzonych przez
oblatów z prowincji Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny,
wspomagając polskich duszpasterzy w Edmontonie, Winnipegu i Toronto.
Co roku brał też udział w  pielgrzymce indiańskiej nad jezioro św. Anny, gdzie gromadziło się ok. 30 000 Indian. Spotkanie to trwało zawsze cały tydzień. Głównie pełnił posługę
w konfesjonale przez cały tydzień słuchając spowiedzi w różnych dialektach Dene, jak również Kri. Wielu Indian przybywało tam specjalnie, by spotkać ojca Leona i wyspowiadać się
w swoim języku, gdyż obecnie nie wszyscy misjonarze mówią
ich rodzimymi językami.
„Pielgrzymka dla większości ludzi jest okazją do zewnętrznego zamanifestowania wiary. Wielu chorych ma nadzieję
223) Tenże, List do I. Pluszczyka z 28 sierpnia 1987 r., [mps bmrw].

�176

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

odzyskania zdrowia, zanurzając się w  wodach jeziora. Niejeden pielgrzym zabiera trochę tej wody ze sobą do domu.
Dla wielu Indian jest to jedyna okazja, aby spotkać swoich
przyjaciół i  krewnych, którzy są rozsiani po tym ogromnym
kontynencie. W  ciągu sześciu dni mają okazję nie tylko do
modlitwy, spowiedzi i innych sakramentów, ale także dzielenia się wspomnieniami z dawnych lat.
Nabożeństwo do św. Anny jest bardzo popularne wśród
Indian. Pasuje ono do ich kultury, która jest oparta na kobiecie. To ona jest w centrum życia rodzinnego. Siłę kobiety
upatruje się w  tym, że to ona rodzi życie i  wychowuje nowe
pokolenia. Ona jest symbolem nowego życia. Św. Anna ma
ogromne uznanie, bo jest Babcią Jezusa. W kulturze indiańskiej szczególnym szacunkiem obdarza się wszystkie babcie,
gdyż ich doświadczenie, dobroć, miłość i  mądrość nie mają
równych sobie” 224.
„Od dziesięciu lat te wyjazdy nad jezioro św. Anny traktuję
jako doskonały wypoczynek i moje wakacje” – mówił o. Leon
Mokwa. I  z  sobie właściwym poczuciem humoru dodawał:
„Kiedy przyjeżdżają dziennikarze i pytają mnie nad jeziorem
św. Anny, czy są tutaj rzeczywiście jakieś cuda jeszcze dzisiaj, odpowiadam, że są i to wielkie. Jakie? – pytają z zaciekawieniem. Największy cud to ten, że wszyscy Indianie piją tę
brudną wodę z jeziora i nikt nie choruje”225.
I  za chwilę z  głębokim zamyśleniem dodał: „Od Indian doświadczyłem bardzo dużo szacunku. Naprawdę mnie szanowali
i myślę, że na swój sposób kochali” 226.
Zapytany, czy nie odczuwał przez długie lata pracy wśród
Indian znużenia i chęci powrotu, odpowiedział: „Nigdy. (…)
224) W. Nazaruk, Nad Jeziorem Świętej Anny, „Misyjne Drogi” (1998) nr 1, s. 28-30.
225) J. Różański, Cykl rozmów…, dz.cyt., taśma VI.
226) Tamże.

�Praca o. Leona Mokwy wśród Indian Północnego-Zachodu

177

Tyle pracy czysto fizycznej – a to pomaga w utrzymaniu równowagi ducha! A jeszcze czytać książki i gazety, które otrzymywaliśmy! Najważniejszą jednak bronią jest modlitwa. Bez
niej się nie wytrwa. Najwięcej czasu trzeba spędzać w kaplicy
– stąd płynie siła ducha” 227.
Na swoją przeszłość patrzył pogodnie: „Wszystko się zmieniło. Świat, do którego przyjechałem w 1935 r. już nie istnieje.
I  już nie wróci. Ale niczego nie żałuję. Kilka razy się topiłem,
kilka razy w czasie wędrówki pieszej w zamieciach ciemności zabłądziłem. Ale Bóg mnie wyprowadził. Przeżyłem piękne, choć
bardzo trudne życie misjonarza”228.
O. Leon Mokwa zmarł 5 listopada 2003 r. w  Foyer Grandin
w Saint Albert. Msza św. pogrzebowa została odprawiona w polonijnej parafii Holy Rosary w  Edmontonie. Przewodniczył jej
o. Roman Majek. O. Leon Mokwa pochowany został 8 listopada
2003 r. na oblackim cmentarzu w Saint Albert, obok wielu innych misjonarzy Indian.

227) 50 lat wśród Indian. Rozmowa z o. Leonem Mokwą OMI, misjonarzem z północnej Kanady. Rozmawiała K. Kozłowska, „Misyjne Drogi” (1991) nr 4, s. 23.
228) J. Perszon, Z Lubichowa do Indian, „Pomerania” (1995) nr 12, s. 29.

��VI.	Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

Po II wojnie światowej pierwszą próbę wzmocnienia zespołu polskich oblatów Maryi Niepokalanej, pracujących wśród
Indian, podjął w  1997  r. o.  Ryszard Czepek. W  październiku
1986 r. o. Jacques Johnson, wikariusz prowincjalny nowo utworzonej zakonnej prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Kanadzie, przybył do Polski w poszukiwaniu misjonarzy.
Oblacka prowincja Grandin obejmowała tereny Dalekiej Północy,
na których pracowali bracia zakonni z Polski oraz o. Leon Mokwa.
Prowincja przyjęła nazwę od bpa Vitala Grandin, legendarnego misjonarza Dalekiej Północy. Apel prowincji Grandin, skierowany do
oblatów z Polski, nie pozostał bez echa. W 1987 r. dwóch oblackich
diakonów, Paweł Andrasz i Andrzej Stendzina, otrzymało skierowanie do pracy w misji Grandin. Do Kanady przyjechali w lutym
1988 r. W następnych latach przybyli do Kanady kolejni polscy kapłani-oblaci. W pracę tę włączali się także polscy oblaci należący do
kanadyjskiej Prowincji Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
O. Paweł Andrasz

Paweł Andrasz 229 do Kanady wyjechał w lutym 1988 r. jako
diakon. Najpierw przez kilka miesięcy uczył się języka angiel229) Ur. 8 grudnia 1962  r. w Trzeboszowicach, w  diecezji opolskiej. Do nowicjatu
oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1981 r. Pierwsze śluby zakonne
złożył 8 września1982 r. Święcenia diakonatu otrzymał 17 czerwca 1987 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�180

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

skiego w Toronto, a następnie rozpoczął staż misyjny w Grouard w  diecezji Grouard-McLennan. Święcenia kapłańskie
otrzymał w 1990 r. w Kanadzie w Lac St. Anne. Święceń udzielił mu abp Henri Legare OMI z McLennan. „Najgęściej otoczyli
ołtarz Indianie, przybyli z  bliska i  z  daleka. A  było ich około
dziesięciu tysięcy. Niektórzy poubierani w  szczepowe stroje
galowe. Ich wiara rozbrajała nas. Niemal przy każdym spotkaniu księdza prosili o błogosławieństwo lub o poświęcenie nabytych artykułów, zarówno religijnych, jak i świeckich. Wśród
ludzi białej rasy wyróżniali się Polacy, przeważnie z Edmontonu. A wyróżniali się nie samą polską mową, ale także polskimi
strojami ludowymi, zwłaszcza dzieci. Te stroje, w  pomieszaniu z  indiańskimi piórami i  barwnymi koralikami stanowiły
specyficzną gamę kolorów. Święcenia kapłańskie odbyły się
25 lipca 1990  r. (…) Śpiewy religijne w  językach angielskim,
indiańskim i polskim ożywiały liturgię. Nowo wyświęcony kapłan, choć dopiero przed dwu laty przybył z Polski, przemówił
także w  trzech językach – angielskim, indiańskim i  polskim.
Ale najsilniejsze i najdłuższe brawa otrzymał za przemówienie
indiańskie. Wśród podarunków dla niego nie zabrakło wyrobów ze skórek w stylu indiańskim” 230.
Po święceniach o. Paweł Andrasz skierowany został do pracy
w Wabasca. „Za jego sprawą parafianie zaangażowali się w różne dziedziny, takie jak liturgia, szukanie pieniędzy na inwestycje, w troskę o budynek kościelny, w muzykę w kościele – żeby
choć wymienić niektóre z nich. Po raz pierwszy większa liczba
ludzi tak głęboko zaangażowała się w  sprawy parafialne. (…)
O. Paweł zorganizował kurs przedmałżeński oraz kurs dla rodziców pragnących ochrzcić swe dzieci. Zainicjował też powstanie
dwóch grup modlitewnych – do Bożego Miłosierdzia i różańcowej. Z pomocą innych osób o. Paweł odważył się odnowić nasz
230) J. Sajewicz, Tysiące Indian na święceniach ojca Pawła, „Misyjne Drogi” (1991)
nr 1, s. 36-37.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

181

mały kościół. Potem rozpoczęto remont dużego. Jako mówca
o. Paweł potrafił dotrzeć do każdego z nas. Nauczał nas prawdy. Czasem ta prawda była tabletką trudną do przełknięcia, ale
przynosiła uzdrowienie. Jego mocny charakter utrzymał nas
w doktrynie Kościoła” 231.
Po roku pracy w parafii został przeniesiony do Fort Vermilion. Była to stara misja oblacka. Na jej terenie mieszkali głównie Kri, Metysi oraz Bobry. Dzięki jego pracy małe kościółki zapełniły się dziećmi i młodzieżą indiańską.
North Tall Cree, 29 stycznia 1994 r. „Święta minęły mi bardzo szybko i radośnie, bo ludzie zatroszczyli się o swojego pasterza. Nauczycielka powiedziała im, że mają mnie odwiedzać,
bo moja rodzina jest daleko i nie mogę czuć się samotny. Im
nie trzeba tego powtarzać dwa razy, odwiedzali mnie cały czas.
Parę minut przed Mszą św. przyszedł stary Indianin i powiada:
ojcze, czuję się dzisiaj bardzo samotny i tak sobie pomyślałem,
że ty też tak się czujesz, więc przyszedłem cię odwiedzić.
Pasterka tutaj była po raz pierwszy od zbudowania kościoła.
Śmiałem się z dzieciaków, bo biedne spały, ale nikt nie wyszedł
przed końcem. Sam nawet nie miałem kiedy się wyspać, bo
o drugiej w nocy przyszedł młody Indianin na rozmowę i takeśmy sobie rozmawiali do szóstej. Ludzie wiedzą, że moje drzwi
są zawsze dla nich otwarte. Niektórzy śmieją się ze mnie, że zachowuję się już jak człowiek rezerwatu, ale tym nie ma co się
przejmować. W  czasie Świąt zostałem zaproszony na ucztę do
rodziny szefa – oni mnie uważają za członka swojej rodziny. Jedzenie tu zupełnie inne niż w kraju” 232.
28 lipca 1994 r. o. Paweł Andrasz otrzymał pod samodzielną
opiekę kościoły w Fort Vermilion, North and South Tall Cree,
North Vermilion, Beaver Ranch, Boyer River i Eleske. Ponadto
231) A. DeLeeuw, O. Paweł na preriach Kanady, „Misyjne Drogi” (2003) nr 5, s. 32.
232) P. Andrasz, Mamy tu dużo wilków, „Misyjne Drogi” (1994) nr 2, s. 44.

�182

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

został przełożonym High Level Dystrict. W 1999 r. udał się na
rok szabatowy do Jerozolimy, a po powrocie objął misję w Wabasca (2000-2002). Następnie przez dwa lata pracował w parafii Świętego Ducha w Winnipegu. Od września 2004 pracuje
w StandOff na południu Alberty, przy granicy USA, w największym rezerwacie indiańskim Czarnych Stóp.
O. Ryszard Czepek

O. Ryszard Czepek 233 wyjechał do Kanady po święceniach
kapłańskich, przyjętych 19 czerwca 1977 r. Otrzymał on skierowanie do pracy misyjnej w  ówczesnej wiceprowincji oblackiej
Mackenzie. Pracował w  niej niespełna dwa lata (1977-1979),
po czym został przeniesiony do polonijnej prowincji zakonnej
Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
O. Leon Kler

O. Leon Kler234 wyjechał do pracy misyjnej w  Kanadzie
w 1990 r. Jego pierwsze spotkanie z większą grupą Indian odbyło
się nad Jeziorem Świętej Anny, podczas dorocznej pielgrzymki.
„Trudno mi powiedzieć, ilu Indian przybyło na to spotkanie –
różni ludzie różnie oceniali, ale wydaje mi się, że zgromadziło się
wszystkich ok. 15 tysięcy. Zaskoczył mnie przede wszystkim sam
widok ich obozowiska. Spodziewałem się samych wigwamów
indiańskich, a  tymczasem większość koczowała w  normalnych
przyczepach kempingowych. Trzeba jednak podkreślić, że wigwa233) Ur. 6 września 1952 r. w Wielkim Łęcku w diecezji pelplińskiej. Do nowicjatu
oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1969 r. Pierwsze śluby zakonne
złożył 8 września 1971 r. Święcenia kapłańskie przyjął 19 czerwca 1977 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
234) Ur. 22 kwietnia 1961 r. w Zębowicach. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1980 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1981 r.
Święcenia kapłańskie przyjął 17 czerwca 1987 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

183

mów (tradycyjnych, bardzo ozdobnych) było również sporo. (…)
Sama pielgrzymka – zorganizowana przez Misjonarzy Oblatów
M.N. – przygotowana była bardzo starannie. Codziennie odprawiano dwie Msze św. w różnych językach indiańskich, różaniec.
Godzina Święta i oczywiście spowiedź. Raz była Droga Krzyżowa,
raz udzielano Sakramentu Chorych i  odnawiano przyrzeczenia
Chrztu Świętego. Jednym z  ważniejszych momentów było poświęcenie samego Jeziora Św. Anny. Co się tam wtedy nie działo!
Jak zawsze, tak i tym razem, obecny był biskup, który procesyjnie
przybywa nad jezioro, wsiada do łodzi i wypływa na kilkadziesiąt
metrów od brzegu. Odbywa się wtedy coś w rodzaju nabożeństwa
z  kazaniem i  specjalną modlitwą – błogosławieństwem jeziora.
Dla Indian jest to najważniejszy moment w  całej pielgrzymce.
Wtedy wszyscy wchodzą do jeziora, które jest strasznie brudne,
ale za to bardzo płytkie (nawet kilkadziesiąt metrów od brzegu ma
nie więcej, niż metr głębokości). Wszyscy wchodzą w ubraniach
i kąpią się, nie zważając na to, czy woda jest ciepła, czy też zimna.
Skąd się wzięło całe to nabożeństwo? Otóż kiedyś jezioro to było
poświęcone diabłu. Gdy przyszli pierwsi misjonarze, poświęcili je
św. Annie. Z biegiem czasu stało się miejscem pielgrzymkowym
wszystkich Indian Ameryki Północnej. Tegoroczna pielgrzymka
była 101 pielgrzymką Indian do tego miejsca.
Jak wielkie znaczenie dla Indian ma ta pielgrzymka, mówi
choćby fakt pieszej wędrówki grupy mężczyzn z Black Lake
(gdzie kiedyś wspaniale pracował nasz rodak, o. Leon Mokwa
OMI), które jest oddalone od Jeziora Św. Anny o 1500 km. Szli
oni ponad trzy miesiące (tak! tak!). Myślę, że jest to wyraz ich
silnej wiary. Drugim przykładem może być mający ponad sto
lat Indianin (niestety, zapomniałem skąd), który pielgrzymował już nad Jezioro Św. Anny ponad 70 razy”  235.
Po krótkim czasie poświęconym na naukę języka angielskiego, o. Leon Kler został skierowany najpierw do pracy w  mi235) L. Kler, Pierwsze spotkanie, „Misyjne Drogi” (1991) nr 2, s. 28.

�184

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

sji Fort Rae  236, gdzie pracował wśród Płaskich Psich Boków.
W 1994 r. przejął samodzielnie misję w Fort Simpson, w okolicach zamieszkałych przez Niewolników. Oprócz tej misji obsługiwał Trout Lake, Fort Liard oraz Nahanni Butte.
„Moja główna misja – Fort Simpson – znana jest na całym
świecie ze względu na pobyt w  niej we wrześniu 1987  r. Jana
Pawła II. Wioska ta liczy 1.150 mieszkańców, w tym ok. 650-700
katolików. Oprócz Kościoła katolickiego mamy tutaj także Kościół anglikański, zielonoświątkowców oraz dwa inne wyznania
protestanckie, które – ze względu na zbyt szczupłą liczbę wyznawców – nie mają w Fort Simpson swoich świątyń.
Druga misja, do której dojeżdżam, znajduje się w wiosce Trout Lake, liczącej tylko 70 mieszkańców. Oddalona jest od Fort
Simpson o 200 km w linii prostej, a drogą, w czasie zimy, trzeba przebyć 300 km. Niedawno brałem tam udział w uroczystościach pogrzebowych. Powiedziano mi, że przez ostatnich kilka
lat ksiądz docierał do nich bardzo rzadko – nigdy nie było go na
Boże Narodzenie. Z tego też względu w tej tradycyjnie katolickiej wiosce wielu mieszkańców uczęszcza na nabożeństwa protestanckie, prowadzone przez misjonarzy protestanckich, którzy na początku tego roku osiedlili się tutaj. Postanowiłem więc
pojechać tam na Święta Bożego Narodzenia o północy odprawić
Pasterkę w Fort Simpson, a później, wcześnie rano, po zimowej
drodze wyprawić się samochodem do Trout Lake.
Trzecią moją misją jest Fort Liard, zamieszkały przez ok. 900
osób (90% katolików). Ta misja jest także odległa od Fort Simpson o 300 km. Droga jest jednak dostępna przez cały rok. Misja
posiada bardzo stary i bardzo też zaniedbany kościół. Pierwsze
wrażenie: rzuca się w  oczy wszędobylski nieporządek, przypominający wprost wysypisko śmieci. Przebywałem tam przez cały
236) Przez rok na przełomie 1988/1989 r. w misji tej pracował o. Waldemar Puchała,
wyświęcony w 1989 r. dla kanadyjskiej, polonijnej prowincji Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

185

listopad. Do kościoła, na niedzielną Eucharystię, uczęszczało
niewiele osób (15-20). W dzień powszedni nie przychodził nikt.
Ale z tą małą grupą ochotników udało się uporządkować cały kościół (wywieźliśmy z niego ok. 2 ton śmieci) i pomalować przedsionek, który jest nieomal tak duży, jak pozostała część kościoła.
Po świętach Bożego Narodzenia zamierzamy kontynuować malowanie i planujemy położenie wykładziny. Trzeba tutaj zaznaczyć, że nasze malowanie jest pierwszym od 30-40 lat.
Ostatnia moja misja to Nahanni Butte, licząca ok. 90 osób
(wszyscy katolicy). Miejscowość położona jest prześlicznie
u podnóża gór, nad szeroką (ok. 200 m) rzeką Liard. Wioska ta
oddalona jest o ok. 215 km od Fort Simpson i o ok. 230 km od
Fort Liard. Zimą można tam dotrzeć tzw. „zimową drogą”, latem
natomiast łodzią lub samolotem. Kościół zastałem tam również
w opłakanym stanie, a miejsce dla księdza w podobnym: nie ma
prądu, dziury w podłodze i dachu. Za piec służy beczka po benzynie. Nie było nawet łóżka. Ale też dowiedziałem się, że ksiądz
odwiedzał ich w ciągu ostatnich 10 lat bardzo rzadko i chyba tylko raz spędził tu noc.
Patrząc na to wszystko, czasem aż trudno mi uwierzyć, że przebywam w  Kanadzie. W  każdej z  wymienionych wiosek spotkać
można kilkuletnie dzieci jeszcze nieochrzczone. W praktyce wszędzie zapomniano już o sakramencie bierzmowania. W niektórych
wioskach zawierano ostatnio związek małżeński 6 a nawet 12 lat
temu. Nieliczne tylko dzieci przyjęły Pierwszą Komunię św.” 237.
W 1995 r. o. Leon Kler pracował w parafii Matki Bożej Wniebowziętej Assumption (Alberta). Pod koniec tego roku został przeniesiony do parafii Niepokalanego Poczęcia w Sexsmith, gdzie
pracował do 2007 r. W kwietniu 2007 r. został proboszczem węgierskiej parafii Św. Emeryka w Edmontonie.
237) L. Kler, Aż trudno mi uwierzyć, że to Kanada, „Misyjne Drogi” (1995) nr 2,
s. 35-36.

�186

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

O. Wojciech Kowal

O. Wojciech Kowal238 wyjechał do Kanady w 1992 r. Studiował prawo kanoniczne na Uniwersytecie Świętego Pawła w Ottawie, gdzie w  1997  r. obronił pracę doktorską. Przez kolejny
rok pracował na preriach w archidiecezji Keewatin – Le Pas, po
czym powrócił na Uniwersytet Świętego Pawła jako wykładowca
prawa kanonicznego.
O. Leszek Kwiatkowski

O. Leszek Kwiatkowski239 wyjechał do pracy misyjnej w Kanadzie w 1990 r. Po krótkim czasie poświęconym na naukę języka angielskiego, został skierowany do pracy w misji Fort Providence, skąd obsługiwał cztery mniejsze misje: Kakisa, Wrigly,
Jean Marie Rivier i Fort Simpson.
„Miejscem mojego pobytu – jak dotychczas – pozostaje Fort
Simpson, niewielka miejscowość, licząca ok. 1 tys. mieszkańców.
Malowniczo położona u zbiegu dwóch olbrzymich rzek – Mackenzie i Liard, opasana wokoło ogromnymi lasami, ciągnącymi
się setki kilometrów.
W Fort Simpson połowę mieszkańców stanowią biali, którzy
pracują przeważnie w tutejszej szkole i kilku małych kompaniach
handlowych. Druga połowa to Indianie ze szczepu Niewolników.
Oprócz Fort Simpson szczep ten zamieszkuje okoliczne wioski,
rozrzucone na przestrzeni setek kilometrów. Zazwyczaj wioski
te położone są nad rzekami lub jeziorami. Nie są one duże: liczą
238) Ur. 19 kwietnia 1960 r. w Przeworsku, w archidiecezji przemyskiej. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1980 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września1981 r. Święcenia kapłańskie przyjął w czerwcu 1986 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
239) Ur. 13 września 1960 r. w Chełmie, w archidiecezji lubelskiej. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1981 r. Pierwsze śluby zakonne złożył
8 września1982 r. Święcenia kapłańskie przyjął 17 czerwca 1987 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

187

od 60 do 300 osób. Wyjątek stanowi tylko Fort Simpson, gdzie
zlokalizowana jest nasza centralna misja.
Do obsługi mamy siedem takich wiosek, najbliższa oddalona o ok. 150 km, najdalsza o ok. 300 km. W zimie praktycznie
nie ma problemów z dojazdem do nich, ponieważ jeziora i rzeki
są pozamarzane i można dotrzeć tam tzw. zimowymi drogami.
Problem rozpoczyna się z  nadejściem lata. Wtedy praktycznie
jedynym środkiem lokomocji jest samolot lub łódź. Misjonarz,
z którym przebywam, jest pilotem i dolatuje misyjnym samolotem do poszczególnych placówek. Brałem udział w kilku takich
powietrznych wyprawach.
Życie w tych wioskach, rzec można, idzie starymi torami. Większość życiowych problemów wiąże się z polowaniami, z których żyje
większość tutejszych Indian. Problemy wielkiego świata zdają się
do nas nie dochodzić. Cywilizacja białych pozostawiła tutaj swoje
ślady przede wszystkim w postaci alkoholizmu. Problem pijaństwa
jest wśród Indian problemem „nr 1”. Stanowi ogromne zagrożenie.
W niektórych rodzinach piją niemal wszyscy. Począwszy od dziadków, a skończywszy na dzieciach. (…)
Praktycznie w  każdej wiosce jest mały kościółek lub kaplica z miejscem dla misjonarza. Ale z uczęszczaniem na Mszę św.
bywa już różnie. Jak przyjdzie dwadzieścia osób, to dobrze. Wyjątkiem jest tutaj Fort Simpson, gdzie w  niedzielę pojawia się
przeważnie ok. 150 osób. Bardzo małe zainteresowanie Kościołem widać u młodego pokolenia”240.
W 1995 r. przeniesiony został z Dalekiej Północy na południe,
pod granicę z USA, gdzie rozpoczął pracę wśród Czarnych Stóp
w największym rezerwacie indiańskim Kanady. Krótkie chwile
spędzone z o. Leszkiem Kwiatkowskim i Indianami w jego misji
opisuje o. Jarosław Pachocki.
240) L. Kwiatkowski, Wśród rozrzuconych wiosek szczepu Niewolników, „Misyjne
Drogi” (1991) nr 3, s. 39.

�188

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

„Pierwszy tydzień spędziliśmy na obozie w Górach Skalistych
z młodzieżą indiańską. Dni były bardzo gorące, ale za to noce...
Kilka razy budziłem się w namiocie z powodu zimna. Obawialiśmy się wyruszać na górskie szlaki, gdyż w okolicy kręciły się
niebezpieczne zwierzęta. Można było spotkać ślady niedźwiedzia. Ale w końcu to one są u siebie, a my jesteśmy gośćmi.
Po powrocie do StandOff miałem dwa tygodnie na poznawanie zwyczajów i tradycji indiańskich. Pewnego dnia pojechałem, by towarzyszyć tancerzom, którzy uczestniczyli w tzw. Sun
Dance. Jest to forma pokutnego tańca indiańskiego. Uczestnicy
przez cztery dni tańczą i poszczą w tym czasie, oczyszczają swoją duszę i ciało. Na koniec przebijają swoje ciało (mężczyźni na
piersiach, kobiety na ramionach) i przywiązują się do słupa na
środku placu. Przez jakiś czas ten taniec był zakazany, ale tradycja okazała się silniejsza od państwowych restrykcji.
Uczestniczyłem też w innej ceremonii. Była to tradycyjna
forma modlitwy, medytacji i oczyszczenia. Wszyscy uczestnicy siedzą w  małym, szczelnie zamkniętym namiocie. Pośrodku jest miejsce na rozgrzane niemal do białości kamienie, które w przerwach przynosi się bezpośrednio z ogniska.
Prowadzący modlitwy polewa kamienie wodą, więc atmosfera przypomina saunę. Modlitwy przeplatane są indiańskimi
pieśniami. Całość ceremonii rozpoczyna się od przedstawienia intencji i wypalenia „świętej fajki”. Odbywają się cztery
sesje modlitw z  przerwami na zaczerpnięcie świeżego powietrza. Konstrukcja ceremonii oparta jest na liczbie 4, tak
jak cztery strony świata. Indianie są bardzo przywiązani do
natury i Stwórcy” 241.
W 2004 r. o. Leszek Kwiatkowski został przeniesiony do pracy w misji Wabasca, do Indian Kri.
241) J. Pachocki, Może znajdę się wśród Indian Dogrib?, „Misyjne Drogi” (2002)
nr 1, s. 30.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

189

O. Wiesław Nazaruk

O. Wiesław Nazaruk242 do pracy wśród Indian kanadyjskich
wyjechał na początku 1991 r. Przez pierwsze pół roku uczył się
języka angielskiego, a następnie w lipcu 1991 r. skierowany został do pracy w  misji Fort Rae wśród Płaskich Psich Boków.
„Nigdy nie zapomnę mego pierwszego spotkania z  Indianami
Dogrib (Płaskie Psie Boki) w misji Fort Rae. W kwietniu 1991 r.
mój nowy prowincjał o. J. Johnson zawiózł mnie samochodem
(1500 km) z Edmonton w prowincji Alberta do Fort Rae na Dalekiej Północy and Wielkim Jeziorem Niewolników. W tej misji
w latach sześćdziesiątych pracował Ojciec Leon Mokwa. Miałem
poznać ludzi, wśród których wkrótce miałem pracować wraz
z o. J. Pochat, Francuzem oraz o. Leonem Klerem z Polski. Podczas Mszy św. O. prowincjał przedstawił mnie i zapowiedział, że
po kursie języka angielskiego przyjadę do nich na stałe. Ludzie
przyjęli tę wiadomość z entuzjazmem i gromkimi brawami. Po
Mszy św. na zewnątrz kościoła ustawił się spory tłum około 300
osób i  każdy podchodził, by się ze mną przywitać. Na samym
końcu podeszła do mnie podpierając się kijem, stara Indianka. Podając swoją dłoń ucałowała mnie w rękę, a następnie nie
puszczając mnie zaczęła mówić w swoim własnym języku. Ojciec
Pochat tłumaczył mi jej słowa. Najpierw podziękowała mi za to,
że pozostawiłem swoją rodzinę i  kraj, aby do nich przyjechać.
Następnie prosiła mnie, abym już teraz od nich nie odjeżdżał
tłumacząc to tym, że gdy będę w Edmonton, to na pewno zostanę wśród bogatych, bo widząc jak biednie tu żyją, nie zechcę do
nich wrócić. Odpowiedziałem, że wrócę, tylko najpierw nauczę
się lepiej mówić po angielsku. Wtedy mi odpowiedziała tak: ‘Ojcze, my nie oczekujemy od ciebie języka angielskiego. Zostań,
a my nauczymy cię naszego własnego języka. My nie oczekujemy
242) Ur. 11 listopada 1958 r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1977  r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września1978  r. Święcenia kapłańskie przyjął 23 czerwca 1978 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�190

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

od ciebie mądrości, bo mamy swoją, daną przez Boga. Oczekujemy od ciebie, abyś został wśród nas, pokochał nas i był znakiem
obecności i miłości Boga. Bo kiedy kapłan jest wśród nas i modli
się za nas, Mszę św. odprawia i z grzechów spowiada, to tak jakby Bóg mieszkał wśród nas. Wtedy lepiej żyjemy i dobrze dzieje
się w naszych rodzinach. Ale gdy wśród nas nie ma kapłana, to
czujemy się tak, jakby Bóg o nas zapomniał i nas opuścił. Wtedy
nie ma kto za nas się modlić, nie ma Mszy św, nie ma spowiedzi,
a  w  rodzinach źle się dzieje. Zły duch opanowuje nasze serca,
i ludzie zaczynają żyć niczym zwierzęta. Ojcze, zostań wśród nas
i bądź znakiem Boga dla całego naszego ludu’.
Przyznam, że nigdy żadne słowa nie wywarły na mnie tak wielkiego wrażenia, nie dotknęły mojego serca, jak słowa tej starej,
biednej, niewykształconej Indianki. Jej słowa stały się dla mnie
streszczeniem tego, czego Bóg ode mnie oczekuje jako chrześcijanina i jako kapłana”243.
Fort Rae, 17 lipca 1991  r. „Fort Rae jest niewielką miejscowością liczącą razem ze znajdującą się po drugiej stronie jeziora
wioską Edzo 2000 ludzi. Jest to największa miejscowość indiańska na Północy. Przebywa tu około 40 białych, ale nie wszyscy
mieszkają na stałe. Wokół rozciągają się lasy, jeziora i strumienie. Pełno bagien, toteż w porze letniej jest mnóstwo moskitów.
Indianie nie uprawiają ziemi, bo jej tu prawie nie ma. Podłoże jest skaliste. To po prostu góry przewrócone i  przygniecione przez lodowiec. Pod kilkunastocentymetrową warstwą
ziemi jest lita skała, która wystaje co kawałek. Indianie, jeżeli
już w ogóle coś robią, to łowią ryby i polują na karibu. W dzień
chodzą z kąta w kąt, wystają pod sklepami, jeżdżą samochodami, a  wieczorami spotykają się w  domach i  piją. Są mało odporni i upijają się nawet małymi dawkami alkoholu. Piją młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety. Potem w nocy chodzą ulicami
243) W. Nazaruk, List z 14 stycznia 2009 r. do J. Różańskiego, [mps].

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

191

i hałasują. Alkoholizm jest tu poważnym problemem. Nietrudno
się domyślić co z tego wynika: dużo dzieci rodzi się z upośledzeniami fizycznymi i psychicznymi. Dziewczyny bardzo wcześnie
stają się matkami, a wiele związków jest kazirodczych. Jest dużo
nadużyć seksualnych.
Kościół przyszedł tu z Ewangelią około 100 lat temu. Niełatwo jest jednak ewangelizować ludzi tak przywiązanych do tradycji, dawnych zwyczajów, tak podkreślających swoją wolność.
Nie można im niczego nakazać ani zakazać. Robią tylko to, na
co mają ochotę. Z  drugiej strony są bardzo pogodni, życzliwi
i  szczerzy, ale nie zawsze słowni. W  większości nie znają języka angielskiego, trochę może młodsi i  dzieci. Mówią w  swoim
języku Dogrib. Jeżeli ksiądz chce z nimi pracować, musi się nauczyć ich języka, inaczej go nie zaakceptują. Gdy w kwietniu po
tygodniu pobytu powiedziałem im, że jadę do Edmontonu uczyć
się angielskiego, jeden ze starszych powiedział: ‘A  po co nam
twój angielski, zostań i ucz się naszego języka. My ci pomożemy.
Teraz bardzo się cieszą, gdy ich proszę, aby uczyli mnie języka
Dogrib. Mówią: Ojcze, ty za rok będziesz mówił tak jak my, bo ty
chcesz się nauczyć’” 244.
Fort Rae, 25 stycznia 1992 r. „Snare Lake to mała wioska indiańska oddalona o ponad 300 km na północ od naszej głównej
misji w Fort Rae. Dotrzeć tam można tylko samolotem. Mieszkają w niej tylko 22 rodziny, razem 109 osób. Inianie ze szczepu
Dogrib (Płaskie Psie Boki) osiedlili się tutaj uciekając z dużego
Fort Rae i Yellowknife. Tu w buszu, gdzie nie można przywozić
ani pić alkoholu, czują się silni, bezpieczni. Rodzinom nie zagraża rozbicie, dzieci rosną w spokoju. Kilka domów jest nowych,
zbudowanych przez rząd, reszta to małe drewniane chatki budowane przez nich samych z pni drzew. Meble także najczęściej
własnej roboty; z desek i sklejki.
244) W. Nazaruk, Indianie Dogrib uczą mnie swego języka, „Misyjne Drogi” (1992)
nr 1, s. 47.

�192

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

W Snare Lake nie ma kościoła ani kaplicy. Gdy przyjeżdża
misjonarz. Msza św. odprawiana jest codziennie w innym domu
lub w community hali. Przez tydzień mieszkałem u jednej z rodzin. Starzy Indianie dbali o mnie jak o syna. Bardzo cieszyli się,
gdy im mówiłem, że mięso ryby i karibu bardzo mi smakuje. Ich
żywiołem cały czas jest polowanie i życie nadal obraca się wokół
zdobywania pożywienia.
Codziennie w  wyznaczonych godzinach siedziałem w  community hali dając wszystkim sposobność do spowiedzi. Przyszli
chyba wszyscy, którzy mogli. Wieczorem niemal cała wioska
gromadziła się w  jednym z  domów, gdzie odprawiałem Mszę
św. Najpierw jednak odmawialiśmy cały różaniec. Bardzo lubią
tę modlitwę.
Beniamin Łukasz to pierwsze dziecko, jakie ochrzciłem na
Północy, właśnie w Snare Lake. Nawet się nie skrzywił, gdy obficie polałem jego główkę święconą wodą, która wcale nie była
ciepła. Także w Snare Lake miałem pierwszy pogrzeb – 69-letniego Indianina zmarłego na zawał serca. Musiałem do niego
lecieć z Fort Rae, zaalarmowany drogą radiową” 245.
Po wypadku samochodowym, wynikiem którego był uraz
kręgosłupa i  głowy o. Wiesław Nazaruk musiał wycofać się
z pracy na Dalekiej Północy. Przeszedł do pracy duszpasterskiej
w Saint Albert (1993-1996), a następnie do Indian Kri w misji
Slave Lake (1996-1998).
Slave Lake, 15 grudnia 1996 r. „Jest to niewielkie miasteczko, położone malowniczo nad Małym Jeziorem Niewolniczym.
Mieszka w nim ok. 6000 osób. Wiele z nich to Indianie ze szczepu Krysów, który jest najliczniejszy w  Kanadzie. Miasteczko
rozwija się dobrze, gdyż mamy tu przedsiębiorstwo wydobywające ropę naftową oraz drugie, przetwarzające drewno. Drzewa
tu nie brak: Slave Lake położone jest w środku puszczy. Mamy
245) Tenże, Tańczyłem z Indianami taniec pokoju, „Misyjne Drogi” (1992) nr 3, s. 40.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

193

tutaj bezkresne lasy, pełne zwierzyny, jeziora obfitujące we
wspaniałe ryby.
Katolicy stanowią prawie połowę mieszkańców miasteczka.
Oficjalnie, w  rejestrze, jest ich 3 000. Z  praktykami religijnymi jednak bywa różnie. Ci, którzy przychodzą, zaangażowali
się bardzo w życie misji. Wśród nich jest wielu młodych. Im też
staram się poświęcać najwięcej czasu. Na miejscu jest szkoła
katolicka. Mam więc ułatwiony kontakt. Bardzo dobrze układa
się współpraca z pastorami innych wyznań. Często modlimy się
razem, korzystamy z miejscowego radia” 246.
Edmonton, 6 października 1997 r. „Lato minęło i rozpoczęła
się słoneczna, ubrana w  przepiękne kolory jesień. Tutaj nazywa się ją Indiańskim Latem. Od września przebywam w domu
prowincjalnym w Edmontonie, gdyż z moim zdrowiem nie jest
najlepiej. Dawna kontuzja kolana odnowiła się i  czeka mnie
operacja. (…) Ponad 20 000 Indian z różnych szczepów z Kanady i Stanów Zjednoczonych zgromadziło się w tym roku nad
Jeziorem Św. Anny, które według nich ma uzdrawiającą moc.
Pierwszą pielgrzymkę zorganizowali Oblaci 109 lat temu, kiedy zorientowali się, że to jezioro ma szczególne znaczenie dla
Indian. Oni nazywali je Jeziorem Wielkiego Ducha i tu składali
ofiary z  mięsa i  tytoniu, aby ubłagać opiekę Wielkiego Ducha
nad rodzinami oraz otrzymać siłę przeciw złym duchom. Od
tamtego czasu, dwie drogi, ta indiańska i  ta europejska (tzw.
białego człowieka) złączyły się i dzisiaj osoba Jezusa Chrystusa
jest natchnieniem i siłą zarówno dla jednych jak i drugich” 247.
W latach 1998-2001 o. Wiesław Nazaruk pracował wsród Indian Stoney (Dakota) w rejonie misji Lac St. Anne.
Lac Ste. Anne, 16 grudnia 1999 r. „Z wydarzeń w misjonarskiej pracy muszę odnotować swoisty rekord. W  ostatnią nie246) Tenże, Śniegu około metra i wciąż pada, „Misyjne Drogi” (1997) nr 2, s. 31.
247) Tenże, Nad Jeziorem Świętej Anny, „Misyjne Drogi” (1998) nr 1, s. 28-29.

�194

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

dzielę w  jednym z  rezerwatów indiańskich miałem w  czasie
Mszy św. 35 chrztów. 6 osób złożyło wyznanie wiary, gdyż wcześniej byli ochrzczeni w Kościele protestanckim.
Z tej grupy 9 osób przystąpiło do sakramentu bierzmowania,
a 12 przyjęło Pierwszą Komunię św. Tydzień wcześniej w innym
rezerwacie miałem 20 chrztów. To wszystko w ramach przygotowania do Wielkiego Jubileuszu 2000-lecia Narodzenia Jezusa Chrystusa.
Wspominam o tym swoistym rekordzie, gdyż w rezerwatach
indiańskich jest dużo nieochrzczonych dzieci i młodzieży. Rodzice nie dbają o to. Myślę jednak, że najgłębszym powodem tego
jest tworzone od szeregu lat przez media nieprzychylne nastawienie do chrześcijaństwa wśród Indian. Wielu nawet masowo
wraca do praktyk pogańskich argumentując, że chrześcijaństwo
i  cała kultura zostały im narzucone. W  sądach toczy się wiele
spraw z tym związanych, najczęściej zupełnie bezpodstawnych,
ale obrona jest kosztowna i Kościół ma w związku z tym wiele
problemów. W takiej to atmosferze trzeba nam żyć i pracować,
głosząc Słowo Boże. Bogu dzięki jest wielu, którzy stają przy nas
i wyrażają szczerą wolę – choć czasem po latach – przyjęcia sakramentu Chrztu św.” 248.
W  latach 2001-2003 o. Wiesław Nazaruk był proboszczem
węgierskiej parafii Św. Emeryka oraz duszpasterzem indiańskiej parafii Sacred Heart w Edmonton w prowincji Alberta. We
wrześniu 2003 r. z powodów zdrowotnych powrócił do Polski.
O. Jarosław Pachocki

25 sierpnia 2000 r. do pracy wśród kanadyjskich Indian wyjechał o.  Jarosław Pachocki 249. Pierwszą obediencję otrzymał
248) Tenże, Z mojej pracy wśród Indian, „Misyjne Drogi” (2000) nr 2, s. 32.
249) Ur. 12 kwietnia 1972  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1992  r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września1993  r. Święcenia ka-

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

195

do prowincji Grandin. Przez pierwszy rok uczył się języka w Saint Albert. Miał wtedy również okazję praktyki misjonarskiej
wśród Indian.
St. Albert, 27 stycznia 2001 r. „Minione święta Bożego Narodzenia miałem możliwość przeżywać pośród Indian Dogrib
w Wha Ti (do 1996  r. Lac La Martre). Jest to mała wioska
w  północno-zachodniej Kanadzie, położona 160 km na północ od Yellowknife, stolicy Northwest Territories. Na miejsce
musiałem dotrzeć za pomocą małego samolotu, gdyż była to
jedyna droga łącząca Wha Ti ze światem. Do codziennych zajęć Indian Dogrib należy łowienie ryb i polowanie na karibu
(podobne do renifera), których w tej okolicy jest tysiące.
Indianie przyjęli mnie bardzo serdecznie i z nieukrywaną radością. Cieszyli się, że w okresie świątecznym będzie sprawowana Msza św., że będą mogli pojednać się z Bogiem przez sakrament pokuty i ochrzcić małe dzieci. Rezydujący w tym regionie
jeden z ojców oblatów nie jest w stanie odwiedzać ich zbyt często.
Powitaliśmy Nowonarodzonego Chrystusa tu na dalekiej
Północy. Kolędy śpiewane w  języku Dogrib i  wypełniony po
brzegi kościółek świadczył o dużym przywiązaniu tej wspólnoty do chrześcijańskiej wiary. Jednakże podczas mojego pobytu
w Wha Ti nie trudno można było zauważyć, że jej mieszkańcy są
jak owce bez pasterza. Tak bardzo życzliwa wspólnota o otwartym sercu boryka się również ze swoimi problemami, np. alkoholizmem i różnego rodzaju nadużyciami. Jest to niejako nieme
wołanie o  kapłana „na stałe”, który byłby dla nich pasterzem
i przewodnikiem na drogach wiary. Ziarno wiary zostało zasiane
w ich sercach, ale potrzebuje uprawy, by wzrastać”250.
płańskie przyjął 19 czerwca 1999 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
250) J. Pachocki, Mój pierwszy list, „Misyjne Drogi” (2001) nr 2, s. 32.

�196

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

We wrześniu 2001 r. posłano go do Labradoru, na drugi kraniec Kanady. W zamierzeniu miał to być jedynie roczny (ewentualnie dwuletni) staż duszpasterski w kanadyjskiej parafii. Pobyt ten jednak wydłużył się znacznie i trwa do dzisiaj.
Wikariat Apostolski Labradoru powstał 13 lipca 1945  r. 13
lipca 1967  r. został on podniesiony do rangi diecezji, którą od
24 października 1997  r. zarządzał bp Dawid Duglas Crosby.
W 2004 r. na terenie diecezji żyło 14 542 katolików, którzy stanowili 33,1% ogółu mieszkańców (43 924). W 24 parafiach diecezji pracowało 14 księży i 23 zakonnice.
Wraz z innymi oblatami o. Jarosław Pachocki pracował w parafiach pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Labrador City,
Wniebowzięcia NMP w Wabush oraz był odpowiedzialny za
misję w Churchill Falls. Koordynował także katechezami sakramentalnymi dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii
i bierzmowania, niedzielnymi liturgiami dla dzieci itp. Poza tym
był duchowym opiekunem Catholic Spirit Youth Group, Rycerzy
Kolumba w Wabush i Królewskich Legionów Kanadyjskich.
Labrador City, 13 stycznia 2003 r. „To już kolejny rok w Labrador City (północno-wschodnie wybrzeże Kanady), w  pięknym miejscu na końcu świata z arktycznym klimatem, z nadal
czystą wodą i  przejrzystym powietrzem, jak to było przed dotarciem pierwszych Europejczyków do Kanady. Rzeki wypełnione są rybami, a tundrowy las różnego rodzaju dziką zwierzyną.
W Labrador zamieszkuje największe na świecie stado karibu
(750 tys. zwierząt). (…)
Nasza diecezja Labrador City – Schefferville obejmuje terytorium Labradoru i Północnego Quebecu (podwojona powierzchnia Polski). Pomimo rozległego terenu diecezję zamieszkuje jedynie 46 tys. mieszkańców, w tym 14 tys. katolików. W diecezji
jest 25 parafii, z tego tylko 7 ma kapłana rezydującego na stałe.
Jest nas razem 13 kapłanów (w  tym 12 oblatów). Diecezję zamieszkuje prawdziwa mozaika ludzi. Są pracownicy z  różnych

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

197

części świata. Większość z nich przybyła z Nowej Fundlandii. Na
Północy mamy odizolowane wspólnoty Indian i kilka miejscowości, gdzie mieszkają Eskimosi”251.
Mówiąc o pracy w tej diecezji bp Douglas Crosby podkreślał:
„To prawda, że pojęcie terenów misyjnych bardziej się kojarzy
z Afryką, ale u nas warunki pracy są nadal prawdziwie misyjne.
Przede wszystkim żyje się w ogromnej izolacji na tych bezmiernych przestrzeniach. Do tego dochodzą warunki klimatyczne.
Ażeby u nas trwać, potrzeba ducha prawdziwie misyjnego. Mogę
śmiało powiedzieć, że gdybym nie miał swoich współbraci, misjonarzy oblatów, trudno byłoby mi utrzymać tę diecezję”252.
O. Waldemar Puchała

Waldemar Puchała 253 wyjechał do Kanady jako kleryk
w  1985  r. do kanadyjskiej, polonijnej prowincji Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Przez rok na przełomie
1988/1989  r. pracował w  misji Fort Rae wśród Płaskich
Psich Boków. Z  misji tej pisał do „Misyjnych Dróg” w  1988
r.: „W  Fort Rae byłem po raz pierwszy dwa lata temu, lecz
tylko przejazdem. Nie miałem wówczas czasu, by bliżej przyjrzeć się osadzie. Wioskę zamieszkuje ok. 1500 Indian z plemienia Dogrib, co na polski tłumaczy się Psie Boki. Nazwę
tę wyjaśnia długa i  skomplikowana legenda, nad którą jednak nie będę się tutaj rozwodził. Plemię to mieszka również
w  kilku okolicznych wioskach (jeżeli 300 km można uznać
251) Tenże, Czysta woda i przejrzyste powietrze, „Misyjne Drogi” (2003) nr 2, s. 31.
252) Ażeby u nas trwać – potrzeba ducha misyjnego. Rozmowa z o. bp. Douglasem
Crosby OMI z Kanady. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi” (2004) nr  1,
s. 35.
253) Ur. 20 czerwca 1961 r. w Kępnie, w archideizeji poznańskiej (obecnie kaliska).
Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1980  r. Pierwsze
śluby zakonne złożył 8 września1981 r. Wyświęcony na kapłana 2 czerwca 1989 r.
w Mississauga (dla prowincji Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny).

�198

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

za okolicę) - w sumie ok. 3000 ludzi. Liczba to dość poważna, jeśli zauważyć, że dwadzieścia lat temu było ich niespełna 1000 osób. Niepokoją dość rozluźnione obyczaje moralne
młodszego pokolenia. We wiosce używa się języka rodzimego
i  trudno się porozumieć ze starszymi, gdy się nie zna języka Psich Boków. Dzieci uczą się w  szkole po angielsku, jeśli oczywiście przyjdą do szkoły, co niektórym nie zdarza się
zbyt często. Aktualne wysiłki mające na celu wspieranie rodzimych obyczajów nie pomagają również w tym względzie.
Dzieci uważają nieobecność w  szkole za usprawiedliwioną,
jeśli idą z rodziną na polowanie. Często trwa ono kilka miesięcy, co zabiera większość roku szkolnego. Wielu opuszcza
szkołę bardzo wcześnie, co poźnej ogranicza ich możliwości
zdobycia pracy. (…) Ja jestem zatrudniony na pełnym etacie
w szkole dla dorosłych, gdzie uczę wszystkiego, czego uczyć
można, włącznie z językiem angielskim”254.
O. Andrzej Stendzina

Andrzej Stendzina 255 do Kanady wyjechał w lutym 1988 r.
jako diakon. Najpierw przez kilka miesięcy uczył się języka
angielskiego w Toronto, a  następnie rozpoczął staż misyjny w Fort Simpson. „Obaj z o. La Grange OMI obsługują 7
osiedli indiańskich, odległych od siebie 120-350 km. Latem
odwiedzają je samolotem, a zimą (jeśli nie za zimno) samochodem po twardym śniegu. Tu w Fort Simpson o. Andrzej
Stendzina został 17 czerwca 1990 r. wyświęcony na kapłana.
W uroczystości tej brali udział jego rodzice z Polski – Maksymilian i Elżbieta Stendzinowie oraz około tysiąca Indian
254) W. Puchała, Wśród plemienia Dogrib, „Misyjne Drogi” (1989) nr. 2, s. 38.
255) Ur. 10 listopada 1961 r. w Lublińcu, w diecezji katowickiej. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1981 r. Pierwsze śluby zakonne złożył
8 września 1982 r. Święcenia diakonatu otrzymał 17 czerwca 1987 r. w Wyższym
Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

199

i nie-lndian. Tak to coraz więcej polskich misjonarzy osiedla
się w śniegach i lodach kanadyjskiej Północy” 256.
O. Andrzej Stendzina po święceniach kapłańskich pozostał we
wspólnocie oblackiej w Fort Simpson. Następnie pracował w Fort
Liard i w innych okolicznych misjach. W 1994 r. wyjechał na rok
do Rzymu, by przygotować się do pracy formacyjnej. Po trzech
latach pracy w formacji w Saint Albert został skierowany do pracy w rezerwacie indiańskim w Enoch i pozostałych rezerwatach
w  okolicach Edmontonu. Pod jego pieczą pozostawało ponadto
sześć placówek w okolicach Jeziora Świętej Anny. W 2003 r. został mianowany proboszczem parafii w Saint Albert.
Brat Adam Sulewski

Brat Adam Sulewski257 do pracy w oblackiej prowincji Grandin w Kanadzie wyjechał w 1992 r. W Edmontonie rozpoczął naukę w szkole katechetycznej. Przerwał ją w 1994 r., wycofując się
z pracy misyjnej w tej prowincji.
O. Wiesław Szatański

O. Wiesław Szatański258 do pracy wśród Indian kanadyjskich
wyjechał w 1996 r. Najpierw pracował wśród Indian w High Level, a od 1998 r. w Valley View. W 2003 r. został przeniesiony
do  parafii św. Maksymiliana Kolbego w  Mississauga. Obecnie
pracuje w misji Yellowknife na Dalekiej Północy Kanady.
256) J. Sajewicz, Tysiące Indian na święceniach ojca Pawła, dz.cyt., s. 37
257) Ur. 5 lutego 1967  r. w Sobowidzu, archidiecezja gdańska. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1985 r. Pierwsze śluby zakonne złożył
8 września1986 r., śluby wieczyste 8 września 1991 r. w Markowicach.
258) Ur. 18 grudnia 1964  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1985  r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września1986  r. Święcenia kapłańskie przyjął 20 czerwca 1986 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�200

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

O. Ignacy Warias

We wrześniu 2001 r. do pracy w Kanadzie wyjechał o. Ignacy
Warias 259. Na naukę języka angielskiego uczęszczał do NorQuest College do sierpnia 2002. W  tym czasie pomagał w  pracy
o. Andrzejowi Stendzinie w  rezerwatach Indian – Kri na preriach, w prowincji Alberta.
„Miłym wspomnieniem pozostały też dla mnie indiańskie pasterki w dwóch kościółkach w rezerwatach Alexis i Lac St. Anne.
Było mi również dane uczestniczyć w  ich tradycyjnym święcie
pow-wow. Pojechałem na Mszę św. do rezerwatu Alexander. Rezerwat ten nie jest zbyt duży i zazwyczaj w kościele nie było zbyt
wielu wiernych. Tym razem jednak było ich znacznie mniej. Zapytałem, gdzie są pozostali, którzy zazwyczaj przychodzili. Odpowiedzieli, że dziś w ich rezerwacie jest święto. Po Mszy św. jak
zawsze udałem się do miejscowego domu starców, gdzie zawsze
kilku Indian czekało na Komunię św. Następnie postanowiłem
pojechać na miejsce, gdzie odbywało się świętowanie. Plac był oddalony o kilometr od drogi. Zbudowano tam specjalną drewnianą
trybunę, gdzie mogli zasiąść mieszkańcy. Byłem jednym z nielicznych „białych” uczestników tych uroczystości. Ubrani w  swoje
tradycyjne stroje wchodzili kolejno na plac tańcząc w rytm tradycyjnych bębnów. Po wstępnej prezentacji różne grupy miejscowych Indian grały i śpiewały. Było to widocznym znakiem ich
starań o zachowanie własnych zwyczajów, własnej kultury, której
grozi wymarcie, jeśli nie będzie przekazywana młodszym. Z tego
powodu widać też było wielu młodych i dzieci ubranych w tradycyjne stroje. Są dumni z tego, że są Indianami.
Święto to było wspomnieniem jednego z wodzów. Jeden z Indian, jednocześnie pracujący w  kanadyjskiej policji – RCMP,
259) Ur. 11 grudnia 1971  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1993  r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września1994  r. Święcenia kapłańskie przyjął 17 czerwca 2000 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

201

szedł na przedzie. Święto to, nazywane pow-wow (tańczyć
w kółko), trwa z reguły 3 dni, podczas których są różne konkursy tańca, gdy Indianie chodzą wokoło, tańcząc w rytm bębnów
przy śpiewach” 260.
Na początku września 2002 r. o. Ignacy Warias został przeniesiony na parafię do Melville, w  kanadyjskiej prowincji Saskatchewan, gdzie pracował o.  Rocky Grimard. We wrześniu
2003 r. rozpoczął pracę u boku o. Hoanh Dinh OMI w parafii
w Bonnyville, w Albercie, 250 km na północny-wschód od Edmonton. We wrześniu 2004  r. został administratorem parafii
św. Ludwika w Bonnyville oraz parafii pw. Naszej Pani Miłosierdzia w  Kekewin, w  rezerwacie indiańskim. 1 września 2005  r.
został mianowany proboszczem obydwu parafii.
Parafia św. Ludwika w Bonnyville została założona 100 temu.
Obejmuje ok. 500 rodzin. Jest to parafia z silnymi korzeniami
francuskimi. Msze św. sprawuje się w języku angielskim, francuskim, a niekiedy także w polskim, gdyż w miasteczku i okolicach mieszka kilkanaście rodzin przybyłych z  Polski, bądź
o polskich korzeniach. W rezerwacie o. Ignacy Warias prowadzi
przygotowanie do sakramentów oraz sprawuje regularnie Msze
w niedziele, a także przy innych okazjach 261.
O. Wojciech Wojtkowiak

W  1977  r. do pracy wśród Polonii kanadyjskiej wyjechał
o. Wojciech Wojtkowiak 262. Pracował najpierw jako wikariusz
w  parafii św. Kazimierza w Toronto (1977-1983), a  następnie
260) I. Warias, W rezerwatach kanadyjskich Indian, „Misyjne Drogi” (2003) nr 6,
s. 33.
261) Por. tenże, List elektroniczny z 13.04.2006 r. do J. Różańskiego OMI.
262) Ur. 14 lutego 1944 r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił w 1963 r.
Pierwsze śluby zakonne złożył 1 listopada 1964  r. Święcenia kapłańskie przyjął
23 maja 1970 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi
Niepokalanej w Obrze.

�202

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

jako proboszcz w parafiach św. Apostołów Piotra i Pawła w Welland (1983-1990) i Świętego Ducha w Winnipegu (1990-1991).
W 1991 r. o. Wojciech Wojtkowiak rozpoczął pracę duszpasterską wśród Indian w Kolumbii Brytyjskiej. Zamieszkał wtedy
w rezerwacie Sugar Cane, położonym 15 km na wschód od miasteczka Williams Lake w  Górach Skalistych i  obsługiwał sześć
okolicznych rezerwatów. „Indianie, z którymi się spotykam, to
nie ci sami ludzie, o których opowiadają starzy misjonarze. To
już nowe pokolenie, gdzie nowoczesność panuje wraz z alkoholem, narkotykami i  wielką liczbą samobójstw młodych ludzi.
W  jakiejś mierze w  rezerwatach Brytyjskiej Kolumbii można
spotkać to wszystko, co w wielkich miastach. Młode pokolenie
stoi w większości daleko od Kościoła. Oczywiście są grzeczni dla
księdza i wiedzą gdzie mieszka, gdy są w kłopocie” 263.
„Ostatnie Święta Bożego Narodzenia przeżyłem chyba najaktywniej w ciągu całego dotychczasowego życia. Spędziłem je
wśród Indian. Pierwszą Mszę św. w Wigilię odprawiłem o godz.
17.00 w rezerwacie Alexandria. Przyszło sporo ludzi. Kościół był
świątecznie udekorowany a przed wejściem stała wielka, oświetlona choinka, widoczna z bardzo daleka. Po Mszy św. była kolacja w biurze rezerwatu, na którą każdy przyniósł z domu coś do
jedzenia. Nie mogłem zabawić tam zbyt długo, bo czekała mnie
następna Msza św. – w Soda Cane o  20.00. Musiałem zdążyć
na kolejkę linową, która kursuje nad rzeką Frazer zimą, kiedy
nieczynny jest prom. (…) W domu w Sugar Cane byłem o 22.00.
Po chwili odpoczynku przy choince, czekała mnie Pasterka.
Moi kochani Indianie są dobrymi ludźmi, ale zawsze mają
czas i nigdzie się nie spieszą. Pasterka opóźniła się o pół godziny. Gdy im sugerowałem jej rozpoczęcie tłumaczyli mi, że najlepszy czas to „czas indiański”, co znaczyło mniej więcej tyle, że
należy rozpocząć jak się wszyscy zejdą. Po Mszy św. jeden z In263) W. Wojtkowiak, Wśród Indian w sercu Brytyjskiej Kolumbii, „Misyjne Drogi”
(1992) nr 2, s. 58.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

203

dian zaprosił jej uczestników na coś słodkiego. Ponieważ była
już godzina druga w nocy, posiedziałem tam tylko chwilę. Czekała mnie pobudka o 7.00 i 350 km drogi do Anahim Lake” 264.
„Wielki Post przyszedł bardzo szybko. Wszystko zapowiadało
wczesną wiosnę, a jednak śniegi trzymały. Zima, według oceny
„starszych” była w tym roku bardzo łagodna.
Indianie na swój sposób przygotowali się do Wielkanocy
przez post. W niektórych rezerwatach udało mi się odprawić nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Bardzo lubią to nabożeństwo. Często odprawiają je prywatnie. Wielu Indian, nawet ci, którzy nie
kwapią się do kościoła, mówi, że się czegoś z racji postu wyrzekli
– czuje się jeszcze solidne nauczanie pierwszych misjonarzy.
W Wielkim Tygodniu byłem bardzo zajęty. W Wielki Piątek przebywałem w Alexandria. Był pełen kościół. Udało mi się
odczytać całą Pasję. Takie stwierdzenie wydaje się dziwne, ale
Indianie nie cierpią długich, monotonnych obrzędów. U nich
musi się zawsze coś dziać. Słuchali w skupieniu. W Wielką Sobotę byłem w Sugar Cane. Tam nie było tylu uczestniczących.
(…) W Wielkanoc pierwszą Mszę św. odprawiłem w Alexandria. Jak zawsze, wierni dopisali. Udzieliłem w  czasie Mszy
św. chrztu dorosłemu człowiekowi – białemu, który ma żonę
Indiankę. (…) Kolejna Msza św. w Soda Cane. Odprawiłem ją
w  domu dobrej parafianki Lory, gdyż liczba praktykujących
jest tam niewielka. Po kawie ruszyłem do rezerwatu Toosey.
Są tam ludzie ze szczepu Chilcotin. Mocno się spóźnili na Mszę
św., ale miałem jeszcze sporo czasu, by dotrzeć do Sugar Cane
na wieczorną – czwartą „rezurekcję”. Przejechałem w tym dniu
ok. 450 km” 265.
264) Tenże, Wśród Indian w sercu Brytyjskiej Kolumbii (2), „Misyjne Drogi” (1993)
nr 1, s. 28.
265) Tenże, Wśród Indian w sercu Brytyjskiej Kolumbii (3), „Misyjne Drogi” (1993)
nr 2, s. 30-31.

�204

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

„Po wakacjach, w czasie których Indianie wędrowali, tak jak
to lubią czynić, wszystko wróciło do normy. Zabrali się teraz do
łowienia łososi, które tysiącami płyną w górę rzeki na tarło. Łapią je w siatki a potem suszą i wędzą na zimę. Są to pokaźnie
sztuki – od 10 do 20 kg. Kiedyś było to ich podstawowe pożywienie. Drugą sprawą ważną w jesieni jest gromadzenie drewna
na zimę. Jeden z moich przyjaciół z Sugar Cane – Henry, przepowiada surową zimę. Gdy go zapytałem skąd to wie – powiedział żartem, że biały człowiek (tzn. ja) ma już dużo drewna za
domem” 266.
„Kończę lata spędzone wśród Indian w Brytyjskiej Kolumbii.
Czas niepowtarzalny! Bardzo wiele od nich się nauczyłem. Ile
im dałem – to tylko wie i osądzi Pan Bóg” 267.
W  1993  r. o. Wojciech skierowany został do pracy w  Ituny
w Saskatchewan, gdzie opiekował się wiernymi z trzech parafii
oraz jednego rezerwatu indiańskiego.
„Moje nowe miejsce pracy znajduje się w Saskatchewan w diecezji Regina. Objąłem trzy samodzielne parafie: Ituna, Kellehar
i Lestock oraz Indian z rezerwatu Muskowekwan (w większości
Ojibwa z domieszką Cree). To moje oficjalne przeznaczenie. Odwiedzam jeszcze dwa rezerwaty i jedną wspólnotę białych.
Opieka duchowa nad Indianami w  diecezji Regina nie jest
zbyt dobrze zorganizowana. Jest w niej 29 rezerwatów. Ostatnio biskup zwołuje spotkania tych, którzy mają coś wspólnego
z Indianami i próbuje rozwiązać sytuację. Oczywiście nie idzie
to zbyt prosto i łatwo, szczególnie, gdy nie ma za wielu księży.
Drugim problemem jest to, że nie wszyscy są zainteresowani takim rodzajem duszpasterstwa.
266) Tenże, Wśród Indian w sercu Brytyjskiej Kolumbii (4), „Misyjne Drogi” (1993)
nr 4, s. 58.
267) Tenże, Wśród Indian w sercu Brytyjskiej Kolumbii (5), „Misyjne Drogi” (1994)
nr 2, s. 55.

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

205

To, co obecnie jest diecezją Regina, było kiedyś wielkim terenem misyjnym, na którym polscy oblaci odwiedzali poszczególne osiedla i  sprawowali opiekę duchową. Takie nazwiska
jak bracia Wojciech, Jan i Paweł Kulawi, Franciszek i Leonard
Nandzikowie, Franciszek Kowalski, Franciszek Kosian często
powtarzają się w historii poszczególnych parafii. Nie ma wielkich opisów, ale krótkie wzmianki: misjonarz odwiedzał regularnie i odprawiał Mszę św. w prywatnych domach. (…)
Prerie zmieniają swe oblicze z  dnia na dzień. Trudne dni
pierwszych osadników to już historia. Z  namacalnymi dowodami tej historii zmagań człowieka z naturą spotkać się można jeszcze dzisiaj. Opuszczone farmy i  chaty w  kępach osiki,
chylące się ku ziemi, jak spracowani ludzie pochylają się nad
ziemią, która ma dać chleb dla rodziny” 268.
Rok później, o. Wojtkowiak na życzenie miejscowego arcybiskupa został administratorem parafii w Lestock oraz podjął
posługę pastoralną w  trzynastu indiańskich rezerwatach, które miały sześć kościołów (Muskowekwan – Our Lady of Hope;
Standing Buffalo – Our Lady of Light; Piapot – St. Pius X; Peepeekisis – Mary Immaculate; Pasqua – St. Eugene de Mazenod; Sakimay – St. Paul).
Misja w Lestock została założona przez oblatów w 1884 r. dla
Indian, ale do kościoła uczęszczali również okoliczni osadnicy.
W  1922 roku oblaci poinformowali okolicznych katolików, iż
Departament do Spaw Indian orzekł, że Misja należy tylko do
Indian. Ta sytuacja skłoniła pozostałych katolików do wybudowania kościoła, co uczyniono już w roku 1924.
„Mam kilka projektów budowy kaplic i kościołów, lecz na ich
realizację trzeba poczekać. Indianie mają czas. Muszą wszystko
przemyśleć, przedyskutować.
268) Tenże, Na kanadyjskich preriach, „Misyjne Drogi” (1995) nr 3, s. 33.

�206

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

W budowaniu Kościoła żywego, w przygotowaniu do sakramentów dzieci i dorosłych, pomaga mi s. Bernadette, ze Zgromadzenia Sióstr Urszulanek oraz Ken Yuzicapi, Indianin z plemienia Sioux. Staramy się razem wyszukać wśród wiernych
i wyszkolić miejscowych katechistów, ale o to nie jest wcale tak
łatwo. Czasami wydaje mi się, że już znalazłem i nawet wyszkoliłem kogoś, a tu nagle dowiaduję się, że ten ktoś wyprowadził
się z rezerwatu. Widać, jak koczowniczy tryb życia pozostaje „we
krwi” u moich Indian.
W rezerwacie Muskowekwan, położonym w pobliżu Lestock,
zorganizowaliśmy wakacje dla dzieci w  wieku od 6 do 14 lat.
Cieszą się one wielkim powodzeniem. Dzieci przychodzą rano
i  zostają z  nami przez cały dzień. Jest to wspaniała okazja do
katechizacji, no i oczywiście do zabawy. W zeszłym roku brało
udział w naszych wakacjach 90 dzieci. Wiele z nich jest mocno
zaniedbanych. Pochodzą często z rozbitych rodzin lub też są sierotami, wychowywanymi przez dziadków czy kogoś z rodziny.
Od września do grudnia wiele czasu poświęciłem na odwiedziny duszpasterskie w poszczególnych rezerwatach. Wyszukiwałem potencjalnych kandydatów do sakramentów św. i przypominałem wszystkim godziny niedzielnych Mszy św. Ciekawe,
że pod tym względem Indianie mają bardzo krótką pamięć. (…)
W naszych ceremoniach pogrzebowych staramy się łączyć tradycje chrześcijańskie ze starymi tradycjami indiańskimi. W  wielu rezerwatach nasza praktyka cieszy się wielkim powodzeniem.
W czasie ceremonii używamy bębnów, śpiewamy tradycyjne pieśni, palimy specjalne trawy i tytoń. Potem Msza św. i znowu wspólne śpiewy. Po pogrzebie następuje przyjęcie, często w starym, indiańskim stylu. Wszyscy wtedy gromadzą się w jednej sali i siadają
pod ścianami: z jednej strony kobiety, z drugiej mężczyźni. Środek
pozostaje wolny. Jedzenie ustawia się wprost na podłodze. Obsługuje 6 młodych mężczyzn. Potem rozpoczynają się modlitwy w języku plemiennym, prowadzone przez najstarszego członka plemienia. Prowadzący ceremonię przygotowuje specjalny talerz, na

�Nowy zastęp polskich oblatów wśród Indian

207

którym kładzie się niewielką ilość z każdej potrawy, przygotowanej
na święto. Jest to tradycyjne jedzenie, przeznaczone dla zmarłego,
które potem zostanie spalone. Po wspólnych modlitwach odbywa się uroczyste palenie fajki pokoju. Do tej ceremonii zaprasza
się wszystkich mężczyzn. Klękają albo siadają na podłodze wokół
zgromadzonego jedzenia i  przekazują sobie fajkę z  ręki do ręki.
Czasami trwa to ponad pół godziny.
No i  wreszcie jedzenie. Naczynia z  jedzeniem przynosi się
starszym i  okadza specjalną trawą. Potem wędrują one także
z  rąk do rąk i  każdy nabiera z  nich sobie według uznania. Zaczyna się od kobiet, które mają zwykle tak duży apetyt, że jak
usiądzie się w złym miejscu, to czeka się na jedzenie bardzo długo i na koniec otrzymuje resztki. W tym też czasie ktoś przynosi
zwykle papierosy i wypala się je na cześć zmarłego 269.
„Niedzielne Msze św. w poszczególnych rezerwatach indiańskich, dodatkowe spotkania, przygotowania do przyjęcia sakramentów świętych – wszystko to pochłania sporo czasu. Do tego
dochodzi jeszcze troska o utrzymanie w należytym stanie obiektów kościelnych. Niestety, Indianie nie mają na takie drobne
rzeczy czasu i ochoty. Fakt, że w jakimś miejscu przecieka dach,
to nic nadzwyczajnego. Można to prowizorycznie zatkać i sprawa załatwiona. Lubią natomiast wielkie dyskusje, choć niewiele
z nich wynika. (…)
Uczestnictwo Indian w  Mszy św. też nie zawsze pokrywa się
z  europejskim sposobem myślenia. Do celebrowania Mszy św.
musi być jakaś okazja. Konieczny jest czas na przygotowanie liturgii. Także tygodniowy rytm nie pasuje do ich tradycji. Zresztą
ma to swoje wyjaśnienie w ich tradycyjnych obchodach: pogrzeb,
specjalne święto na złożenie kwiatów na grobie bliskich, specjalne przygotowanie do chrztu... Nie ma tutaj sztywnych terminów,
wszystko jest do uzgodnienia. Jest jednak spora grupa ludzi, którzy
269) Tenże, Na kanadyjskich preriach (2), dz.cyt., s. 38-39.

�208

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

zawsze są w kościele. W jednym rezerwacie mam nawet starszego
człowieka, który bez względu na pogodę, nawet na wielkie mrozy,
przychodzi pieszo do kościoła. A ma do przebycia cztery kilometry.
W wielu miejscach, które obsługuję, zawsze coś się dzieje. Zakończyliśmy renowację kościoła w Sakimay. Czekają nas jeszcze naprawy dachów na dwóch innych kościołach. Kulminacyjnym punktem
ostatnich wakacji był obóz dla dzieci w  Muskowekwan i  okolicy.
Wzięło w nim udział ok. 100 uczestników w różnym wieku. Zawsze
mam problem ze znalezieniem ludzi, którzy chcieliby poświęcić
dzieciom trochę czasu. W tym roku z pomocą przyszła nam Katolicka Liga Kobiet. Udało mi się przekonać panie, że w tak cywilizowanym kraju jak Kanada można znaleźć dzieci głodne, choć wszyscy myślą, że są one tylko w krajach Trzeciego Świata” 270.

270) Tenże, Na kanadyjskich preriach (3), dz.cyt., s. 29-30.

�VII.	

Polscy oblaci wśród Inuitów

W 1990 r. do pracy wśród Inuitów nad Zatoką Hudsona wyjechali ojcowie Wiesław Krótki i Adam Filas. Kolejnymi polskimi oblatami nad Zatoką Hudsona byli ojcowie Bogdan Osiecki i  Grzegorz Oszust, którzy wyjechali do Kanady w  1997  r.
W  2000  r. na dwuletni staż pastoralny do misji eskimoskich
wyjechał diakon Paweł Zając, z oblackiego seminarium międzynarodowego w Rzymie. Od 20 września 2002 r. swój staż misyjny wśród Inuitów na Ziemi Baffina na Dalekiej Północy Kanady
odbywał także diakon Daniel Szwarc, który po święceniach kapłańskich pozostał wśród Inuitów. Swoją praktykę misyjną odbywał tam także o. Franciszek Kuczera.
Misje wśród Inuitów dzisiaj

Życie codzienne Inuit z  północnej Kanady zmieniło się
w  ostatnich dziesięcioleciach dość radykalnie. Jednak odległości i surowość klimatu chronią ich nadal dość skutecznie przed zagubieniem się w wielokulturowej społeczności.
„Przede wszystkim na całym naszym terenie nie ma żadnej
roślinności – podkreśla o. Wiesław Krótki – to prawdziwa
Ziemia Jałowa, która w pełni zasługuje na swoją nazwę. Latem, chociaż nie ma roślinności i  jak okiem sięgnąć widać
tylko jakby potłuczone i rozsypane na całej ziemi kamienie,
przez cały okrągły dzień świeci słońce. Każdy jest wtedy radośniejszy, ma więcej energii. Zimą sceneria zmienia się

�210

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

zupełnie. Wszystko pokrywa się śniegiem i  lodem. Nastaje
noc polarna. Przez całą dobę panują ciemności. Temperatura spada do -40, -50 stopni. Kiedy natomiast wieje wiatr,
możliwy jest nawet spadek temperatury do -70. Jakby odzwierciedleniem tych warunków zewnętrznych jest większa
niemrawość ludzi, posępność i ospałość. Samopoczucie jest
naprawdę nie najlepsze. Trzeba koniecznie znaleźć sobie jakieś ciekawe zajęcie. Zima trwa bowiem sześć miesięcy” 271.
„Ciekawe jest też to, że Eskimosów nie pociąga życie na Południu Kanady, życie wielkich, bogatych miast. Koncentrują
się wciąż na Północy. Być może kiedyś to się zmieni” – zauważa inny misjonarz 272.
W codziennym życiu Inuitów pojawiło się wiele udogodnień
cywilizacyjnych, a także zmiany wymuszane przez inny typ organizacji społecznej i pracy. „Media, to znaczy radio, telewizja,
prasa czy też telefony pojawiły się wśród Eskimosów pod koniec lat sześćdziesiątych i  na początku lat siedemdziesiątych.
Przez to przestali być oni odcięci od pozostałej części Kanady”
273
. Duży wpływ na życie mają dotacje rządowe, które wystarczają na najbardziej podstawowe codzienne potrzeby. Z  zasiłków żyje około 80% ludności. A wielu Inuitów odżywia się nadal
w sposób tradycyjny surowym mięsem i dlatego też nie zrezygnowali z polowania i rybołówstwa. Głównie polują na renifery,
foki, woły piżmowe, morsy. Niektórzy pracują jako mechanicy,
dozorcy szkół, pełnią różne drobne usługi. Na tym terenie nie
ma bowiem żadnego rozwiniętego przemysłu. „Trzeba tutaj też
zaznaczyć, że osiadły tryb życia nie leży w ich naturze – podkre271) Z  Ewangelią na krańcach świata. Rozmowa z  o.  Wiesławem Krótkim OMI,
misjonarzem Eskimosów. Rozmawiali oo. A. Kupka OMI i J. Różański OMI, „Misyjne Drogi” (1997) nr 1, s. 10.
272) Nasza rodzina eskimoska potrzebuje kapłanów. Rozmowa z  bp. Reynaldem
Rouleau OMI z  Zatoki Hudsona. Rozmawiali oo. A. Kupka OMI i  J. Różański  OMI, „Misyjne Drogi” (1997) nr 1, s. 14.
273) Tamże.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

211

ślał o. Wiesław Krótki – Eskimosi żyjący w domach, w sadach,
zachowują się zupełnie inaczej niż w drodze, na polowaniu, wędrując ze swoimi rodzinami po tych ogromnych pustkowiach.
Osiadły tryb życia wyzwala w nich frustrację, prowadzi do wielu
konfliktów” 274.
Wielu ludzi używa zegarka, szczególnie młodzież i  dzieci.
„Mają bowiem obowiązek szkolny. Trzeba zatem wstać i iść na
lekcje. W praktyce jednak bywa z tym różnie, gdyż taka regulacja
czasu przy pomocy kalendarza i zegarka jest obca rodzimej kulturze. Dlatego też jeśli dziecko śpi, rodzice nie budzą go na lekcje. Jak śpi, to znaczy, że jest zmęczone” 275. „Młodzi większość
zdobyczy technicznych traktują już jako coś normalnego: radio,
telewizja, skutery śnieżne, samoloty, telefony... Zmieniło się także ubranie eskimoskie, choć osobiście często go jeszcze używam.
Starsi natomiast nie zawsze potrafią się odnaleźć. Pięćdziesiąt,
sześćdziesiąt lat to jednak nie jest wiele w historii ludu. Mówią
często: „Ojcze, idziemy z tym wszystkim za szybko”. Niektórzy
gubią się. W każdej prawie miejscowości są szkoły podstawowe.
Są też szkoły średnie, ale o  poziomie dość mocno zaniżonym.
Gdy ktoś chce iść na studia, musi ukończyć dodatkowo dwuletnią tzw. szkołę wyrównawczą na południu kraju” 276.
O szukaniu przez Inuitów swojej tożsamości świadczy utworzenie 1 kwietnia 1999 r. w północnej Kanadzie nowej jednostce państwowej Nunavut, co znaczy „Nasza Ziemia” lub też „Nasz Kraj”.
Nowa jednostka łączy terytoria Północno-Zachodnie, zamieszkałe
przez Inuitów. Terytorium Nunavut zajmuje obszar prawie 2 mln
km kwadratowych. Liczy ono ok. 25-28 tys. mieszkańców, z których
ponad 50% stanowi młodzież poniżej 20 roku życia. Stolicą prowincji jest Iqaluit (dawniej Frobisher Bay) w Ziemi Baffina. Miasteczko liczy ok. 4 000 mieszkańców. Terytorium ma własny rząd pod
274) Z Ewangelią na krańcach świata, dz.cyt., s. 11.
275) Tamże, s. 10.
276) Tamże.

�212

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

protektoratem Kanady. 80% urzędników to Inuici, ale wielu z nich
nie ma specjalnego wykształcenia. „Flagę terytorium opracowano
u nas, w Pelly Bay – mówi o. Wiesław Krótki – widoczny jest na
niej symbol eskimoski Inuksuk. Zaczerpnięto go z pomnika wzniesionego jeszcze przez o. Henry’ego. Ma być drogowskazem narodu
ku wolności i godności człowieka. W górnej części flagi znajduje się
Gwiazda Polarna. Biały kolor oznacza śnieżną przestrzeń Północy,
a żółty słońce i życie. Całość ma zatem bardzo chrześcijański charakter, a w kolorach przypomina nawet flagę papieską” 277.
Nunavut jest dawnym terytorium misyjnym oblatów i w dużej
części pokrywa się z granicami diecezji Zatoki Hudsona, w mniejszej zaś z granicami diecezji Mackenzie-Fort Smith oraz w niewielkiej z diecezją Labrador. Wszystkie trzy diecezje do dzisiaj administrowane są przez biskupów oblatów. Misjonarze oblaci zasłużyli
się w  niedalekiej przeszłości w  dziele ewangelizacji Inuitów oraz
mają znaczny wkład w poznanie i utrwalenie ich kultury.
Bp Reynald Rouleau z Zatoki Hudsona o swojej diecezji myśli
bardziej w kategoriach jednej, wielkiej parafii, w której pracuje zaledwie pięciu kapłanów. „Także moi ‘parafianie’ nie są liczni, choć
żyją rozproszeni na wielu tysiącach kilometrów kwadratowych. Na
terenie diecezji żyje ok. 18 tysięcy ludzi, z tego ok. 16 tysięcy Inuitów (ok. 7 tysięcy katolików). Przypomina to więc bardziej rodzinę, niż wielką anonimową społeczność. Biskup zatem jest jednym
z członków tej rodziny i jak każdy misjonarz angażuje się w zwykłe
prace pastoralne, nie poprzestając na pracy administracyjnej, której nie ma za wiele” 278.
Na terenie diecezji istnieje piętnaście misji, dwanaście większych
i  pięć drugorzędnych, odwiedzanych tylko czasowo. Stałej obecności kapłana wymaga 12 większych misji. Z powodu braku kapłanów
277) Patrzę jeszcze dalej... Rozmowa z  o.  Wiesławem Krótkim OMI, misjonarzem
Eskimosów. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi” (2001) nr 3, s. 17.
278) Nasza rodzina eskimoska potrzebuje kapłanów, dz.cyt., s. 12.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

213

ważną rolę odgrywają ketechiści. „Jeśli chodzi o Eskimosów: mamy
już wśród nich ponad sześćdziesięciu katechistów. Zwracamy szczególną uwagę, by do odpowiedzialności za katechezę i  prowadzenie
wspólnoty włączać małżeństwa. Przynosi to o  wiele większe owoce, niż gdy zaangażowany jest tylko mężczyzna. Co ciekawe, w życie
wspólnoty chrześcijańskiej jest wciągniętych wiele kobiet. świadczy
to także o wzroście ich znaczenia, roli, jaką odgrywają w społeczności
eskimoskiej. Myślę, że ten proces angażowania jak największej liczby
Eskimosów do odpowiedzialności za życie wspólnot chrześcijańskich
będzie się pogłębiał” – relacjonuje bp Reynald Rouleau 279.
O. Adam Filas

O. Adam Filas280 do Kanady wyjechał pod koniec 1990 r., kilka
miesięcy po święceniach kapłańskich. Po trzymiesięcznej nauce języka skierowany został do pracy wśród Inuitów nad Zatoką Hudsona. Pracował krótko w Iglooik, Chesterfield Inlet i Repulse Bay.
„W Repulse Bay, gdzie przebywam, temperatura dochodzi do minus 42o C. Nie jest ona jak widać zbyt niska, bowiem nadchodzi lato,
które będzie trwało dwa miesiące, a temperatura wzrośnie do 10o C.
Dla Eskimosów będzie to czas wielkich upałów. (…) Nigdy przedtem
nie przyszło mi do głowy, że w Kanadzie, kraju tak bogatym, mogą
żyć ludzie o tak niskiej – w porównaniu do kanadyjskiego komfortu – stopie życiowej. Pozbawieni są wielu środków potrzebnych do
normalnego życia. Przede wszystkim nie ma bieżącej wody” 281.
O. Adam Filas po chorobie został przeniesiony w 1992 r. do
pracy na Południu w Prowincji Wniebowzięcia NMP.
279) Tamże, s. 13-14.
280) Ur. 23 grudnia 1962  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1983 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1984 r. Święcenia kapłańskie przyjął 19 czerwca 1990 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
281) A. Filas, Najlepsza herbata jest na wodzie z  lodu, a  nie ze śniegu!, „Misyjne
Drogi” (1991) nr 4, s. 30.

�214

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

O. Wiesław Krótki

O. Wiesław Krótki 282 do Kanady wyjechał pod koniec 1990 r.
Po nauce języka angielskiego udał się w  połowie 1991  r. wraz
z o. Adamem Filasem na pierwszą placówkę misyjną do Igloolik
– wioski liczącej ok. 1500 osób, z czego ok. 50% stanowili katolicy. „15 sierpnia przybyliśmy do Igloolik, które jest teraz naszym
nowym domem. O godzinie 3.25 samolot wylądował z trudem
na niewielkiej wyspie, na której znajduje się nasza misja. Tu
czekał nas pierwszy sprawdzian umiejętności: musieliśmy wybudować sobie dom. Nie mieliśmy na to funduszy; czuliśmy się
przez jakiś czas jak boży Cyganie, a krok po kroku pomału rosły
ściany, aż po dwóch miesiącach mogłem przeprowadzić się do
chłodnego, ale własnego pokoiku o wymiarach 320 na 180 cm.
Po dalszych dwóch tygodniach wprowadził się ojciec Adam. Pomału wykończyliśmy domek. Jest już ciepły i  bardzo lubią go
dzieci. Spokojnie więc zabieramy się do nauki języka inuktitut.
Nadchodził czas Bożego Narodzenia. O. superior zdecydował,
że mam udać się do Pelly Bay, odległego o  ok. 600 km na zachód od Igloolik. Tam miałem spędzić moje pierwsze Święta na
Dalekiej Północy. Przygotowałem wszystko: program, homilie,
potrzebne rzeczy. W sobotę przed wigilią chciałem się upewnić,
czy samolot będzie miał postój w Igloolik, bo ostatniej nocy była
ogromna burza. Odpowiedziano mi, że samolot ominie moją wyspę, bo pilot zbyt wiele by ryzykował. Wróciłem do Iglookuluk –
naszego małego domku i rozpakowałem rzeczy, cały czas myśląc
o Inuitach z Pelly Bay. Najbardziej bolało mnie, że nie mieli konsekrowanych Hostii i nie mogli przystąpić do Komunii św.” 283.
282) Ur. 12 czerwca 1964  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1983 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1984 r. Święcenia kapłańskie przyjął 19 czerwca 1990 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
283) W. Krótki, Północ jest sroga, ale mimo to cudowana!, „Misyjne Drogi” (1992)
nr 2, s. 38-39.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

215

O. Wiesław Krótki z rozrzewnieniem wspominał swój pierwszy pobyt w igloo: „Kiedy przyjechałem na Północ, jeden z misjonarzy, który uczył mnie języka eskimoskiego, powiedział mi, że
mam się nie tyle uczyć języka i miejscowej kultury od niego właśnie, lecz od ludzi. Wtedy właśnie zdecydowałem się na pierwszą, trwającą dwa i  pół miesiąca wyprawę z  grupą Eskimosów
i mieszkanie razem z nimi pod namiotem. Nie zabrałem ze sobą
nic oprócz brewiarza – wtedy jeszcze w  języku polskim. Wtedy żyłem tak ja oni: jadłem z nimi, wstawałem jak oni, myłem
się lub też nie – również jak oni. Było to trudne. Przez pierwsze
pół miesiąca chodziłem głodny, gdyż Eskimosi jedli tylko mięso
fok i morsów. Był to czas polowania na morsy. Wyruszałem ze
wszystkimi na wody oceanu. Dwa razy w tygodniu, w niedzielę
i w środę, odprawialiśmy Mszę św.” 284.
O. Wiesław Krótki pozostał przez dwa lata w  Igloolik, po
czym został przeniesiony na wyspę Gjoa Haven. „Gjoa Haven to
osada położona na wyspie, ale tylko latem. Zimą można z niej
wyruszać w dowolnym kierunku, gdyż wszystko jest zamarznięte. Pokrywa lodowa jest gruba na 2-3 m. Naturalnie moja praca
ewangelizacyjna nie ogranicza się tylko do tej wyspy. Odwiedzam także Spence Bay – miejscowość położoną jeszcze bardziej na północy oraz Pelly Bay na wschodzie. Raz, dwa razy do
roku udaję się do Repulse Bay, by odwiedzić innego misjonarza
i przy okazji samemu skorzystać z sakramentów świętych. Jest
to misja położona najbliżej mojej. Dzieli nas zaledwie 700 km.
Udaję się tam skuterem śnieżnym, co zajmuje mi 2-3 dni” 285.
„Poświęciliśmy ostatnio nowy kościół w  Pelly Bay. Przy tej
okazji podjąłem śmiałą inicjatywę wprowadzenia do liturgii dużego eskimoskiego bębna, używanego z okazji obchodów wielkich świąt. Tym bardziej, że obchodziliśmy Rok Jubileuszowy.
Spotkało się to z  powszechną akceptacją. Gdy zabrzmiał głos
284) Z Ewangelią na krańcach świata, dz.cyt., s. 10.
285) Tamże, s. 11.

�216

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

bębna, w kościele zapanowała niesamowita cisza – wprost modlitewny spokój. Do głosu bębna zgodnie z  tradycją przyłącza
się głos osoby śpiewającej modlitwę. Wprowadziłem tę nowość
na Boże Narodzenie również w  Gjoa Haven. Tam odśpiewano
modlitwę za ojczyznę. Ludzie mówili mi później, że nigdy przed
tym nie czuli tak blisko przychodzącego na świat Boga”286.
Po kilku latach tak wspominał swoją pracę: „Z Polski wyjechałem dokładnie sześć lat temu. Z tego pięć i pół roku spędziłem na Dalekiej Północy. Myślę, że moje wcześniejsze wyobrażenie, kształtowane przez lekturę i  opowiadania misjonarzy
z Dalekiej Północy, spełniły się gdzieś w 35-40%. Nie myślałem
bowiem, że to będzie aż tak trudna praca. Myślałem, że o wiele
łatwiej przyjdzie mi poznać język eskimoski, zwyczaje, kulturę,
sposób bycia ludzi, że łatwiej nawiążę z nimi kontakt. Tymczasem to trwało 3-4 lata, ale i teraz mogę powiedzieć zaledwie tyle,
że trochę tych ludzi znam. Może, że bardziej ich kocham. To na
pewno. Ale znam – to raczej za mocne słowo” 287.
To jego oddanie doceniał także bp Reynald Rouleau podkreślając, iż o. Wiesław Krótki „żyje naprawdę blisko ludzi. Wyprawia się z nimi na polowania, towarzyszy im w różnych chwilach
życia. Jego zaangażowanie, uprzejmość i pogoda ducha zyskały mu powszechną sympatię zarówno wśród Eskimosów jak
i wśród misjonarzy. A trzeba przyznać, że u Eskimosów dobre
relacje z drugimi są podstawą wszystkiego” 288.
Kolejną jego placówką o. Wiesława Krótkiego była ponownie misja Iglooik, jedna z najstarszych misji wśród Eskimosów.
Z niej obsługiwał pięć innych misji na Ziemi Baffina: Sanerajak,
Iqaluit, Pond Inlet, Nanisivik i Arctic Bay. „Igloolik, wioska licząca 1400 mieszkańców, gdzie 45% to katolicy, jest moją głów286) Patrzę jeszcze dalej, dz.cyt., s. 16.
287) Z Ewangelią na krańcach świata, dz.cyt., s. 9-10.
288) Nasza rodzina eskimoska potrzebuje kapłanów, dz.cyt., s. 12.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

217

ną misją, a pozostałe trzy to Hall Beach, gdzie mam 130 parafian, Pond Inlet z  grupą około 40 wiernych naszego Kościoła
i ostatnia w kierunku Północy: Arctic Bay, gdzie mam zaledwie
dziesięciu wiernych, a wioska liczy 680 mieszkańców. Arctic Bay
jest moją najtrudniejszą misją ze względu na warunki mieszkalne, dojazd, a przede wszystkim z powodu trudności, jakie stwarzają nam wyznawcy innych Kościołów. Wiara ludzi jest jednak
budująca i napełnia nadzieją, a to jest podstawa. Ponieważ jestem sam na terenie Ziemi Baffina, niemal nigdy nie ma mnie
w domu. Dom mój to miejsce, gdzie jestem w czasie odwiedzin.
Zatem mam cztery domy” 289.
„W Pond Inlet przeżyłem w tym roku bardzo pięknie przygotowaną uroczystość „Przyjęcia światła”. Kiedy po nocy polarnej,
gdy przez przeszło miesiąc nie widzi się światła, nadchodzi pora
jego ponownego przyjścia, to trzeba je godnie przyjąć i urządza
się właśnie tę uroczystość. Wierni przychodzą odświętnie ubrani do sali parafialnej i otaczają kołem najstarsze kobiety, które
z powołania są stróżami ogniska domowego. W wielkim skupieniu śledzi się, jak czyszczą kamienne misy, w których się zwykle
pali ogień, a potem nalewają w nie świeży olej z foki i następnie
w  naturalny sposób, z  krzesiwa, zapalają nowy ogień. Gdy już
się pali, wtedy wybucha ogólna radość, zaczynają tańczyć w takt
tradycyjnego bębna i  śpiewają hymn na cześć Boga, Który dał
nam światło, dał światu Chrystusa, swego Syna, naszego Odkupiciela. Misjonarze, nasi poprzednicy, nadali bowiem temu tradycyjnemu obrzędowi głęboki sens chrześcijański” 290.
Najtrudniej było mu docierać do misji wysuniętej najdalej na na
Północ w kierunku bieguna. „Przestrzeń pomiędzy niektórymi dochodzi do 600 km. Latem pokonuję ją samolotem, a od lutego do
289) W. Krótki, Ciągle zaczynam od nowa, „Misyjne Drogi” (2005) nr 1, s. 35.
290) Nasza misja. Rozmowa z  o.  Wiesławem Krótkim OMI, misjonarzem wśród
Eskimosów. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi” (2003) nr 1, s. 9-10.

�218

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

końca maja skuterem śnieżnym. Podróż pomiędzy Igloolik a Pond
Inlet dla przykładu to około 5 dni drogi skuterem. Nie ma dróg,
znaków, postojów, stacji benzynowych, czy nawet znaku śladów
poprzedniej wyprawy. Po drodze nikt nie mieszka. Każda wyprawa
jest jedyna w swoim rodzaju, bo w ciągu kilku godzin zamieć całkowicie przykrywa ślady. Czy można zginąć? Oczywiście że tak, ale
my nie kusimy losu. Zdając sobie sprawę z tego, że niebezpieczeństwo jest czymś realnym, musimy być przygotowani na wszelkiego
rodzaju zaskoczenia. Wypadek, zagubienie drogi, zamieć są naszą
codziennością, a  z  drugiej strony towarzyszy nam świadomość,
że pomoc może nadejść za późno. Wtedy na test wystawiona jest
nasza wiara, bo najczęściej umiejętności wykorzystane są bardzo
szybko, a reszta to cierpliwość i ufność, że dobroć Boga po raz kolejny przejawi swoją moc, a my staniemy się jeszcze raz sługami
Jego Miłosierdzia. Każda taka podróż może być ostatnia, więc nasze przylgnięcie do Boga i jedność z Nim stają się coraz głębsze” 291.
„W czasie podróży pomiędzy misjami, często buduję igloo, aby
zatrzymać się na noc, a niejednokrotnie służy ono, by przeczekać
burzę. Opisanie życia w igloo zajęłoby cały dzień. Powiem tylko,
że nikt jeszcze nie wymyślił konstrukcji, która by doskonałością
i przydatnością równała się z użytecznością igloo w Arktyce” 292.
Ten wędrowny i zarazem samotniczy styl życia wymaga specyficznej duchowości i  roztropności. O. Wiesław Krótki wspomina
jedną z rad starego misjonarza, który spędził ponad 40 lat wśród
Inuitów: „Będzie czas, że zaczniesz mówić sam do siebie, to jeszcze
nic złego. Później przyjdzie czas, że zaczniesz mówić do obrazków
na ścianie. Miej się na baczności, bo coś niedobrego zaczyna się do
ciebie dobierać. Ale kiedy obrazki zaczną z tobą rozmawiać, czas się
pakować i uciekać” I jak mówi: „Można na to popatrzeć ze szczyptą
humoru, ale z drugiej strony należy traktować bardzo poważnie” 293.
291) W. Krótki, Ciągle zaczynam od nowa, dz.cyt., s. 35.
292) Tamże, s. 36.
293) Tamże, s. 35-36.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

219

O. Franciszek Kuczera

Franciszek Kuczera294 wyjechał do Kanady 1995 r. We wrześniu tego roku rozpoczął kilkumiesięczny staż misyjny w misji
Gjoa Haven. Święcenia kapłańskie przyjął 11 maja 2000 r. W latach 2001-2002 pracował w  misji Matki Bożej Wniebowziętej
w Iqaluit – stolicy Terytorium Nunavut.
O. Bogdan Osiecki

O. Bogdan Osiecki295 wyjechał do Kanady w 1997 r. Po kursie
języka angielskiego w Saskatoon (10 września 1997 r. – 15 maja
1998) od 4 sierpnia 1998 r. o. Bogdan Osiecki przez dwa i pół
roku pracował w Igloolik u boku starszego misjonarza, o. Josepha Meeus, ucząc się zwyczajów eskimoskich, ich języka i radzenia sobie z liturgią w tym języku. Igloolik liczyło ok. 1200 osób,
w tym ok. 600 katolików. Drugą połowę stanowili anglikanie.
Igloolik opuścił w styczniu 2001 r., by 21 lutego 2001 r. objąć placówkę Kugaaruk (Pelly Bay – stara nazwa używana do
1999 r.). Kugaaruk liczy ok. 650 osób. Misja ta została założona ponad 70 lat temu. Działał tu przez wiele lat legendarny
misjonarz belgijski o. Frank Vandevelde OMI, który mieszkał
i odprawiał Msze św. w igloo i który mocno przyczynił się do
tego, że niemal cała miejscowość jest katolicka. Jest tam tylko jeden kościół katolicki. Stamtąd o. Bogdan odwiedza dwie
inne misje – Gjoa Haven i Taloyoak. W obydwu tych misjach
istnieje parafia z  kościołem. Jego praca polega głównie na
294) Ur. 23 września 1970  r. w Wodzisławiu Śląskim. Do nowicjatu oblatów Maryi
Niepokalanej wstąpił we wrześniu 1990 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września
1990 r. Święcenia kapłańskie przyjął 20 czerwca 1996 r. w Wyższym Seminarium
Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
295) Ur. 15 stycznia 1967  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1989 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1990 r. W latach 19901994 studiował w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi
Niepokalanej w Obrze.

�220

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

głoszeniu Słowa Bożego, katechezie, udzielaniu sakramentów
i  pracy z  katechetami, którzy podczas nieobecności księdza
prowadzą parafię 296.
„Może trzeba sobie najpierw uświadomić, że Inuk nie myśli o zadbaniu o przyszłość tak jak my. Żyje przede wszystkim
teraźniejszością i  ma wielką ufność w Bogu. Trzeba jednak
obiektywnie zauważyć, że sytuacja Inuitów się zmienia. Potwierdza to chociażby znaczny przyrost naturalny. To oczywiście pociąga za sobą potrzebę mieszkań, miejsc pracy. Państwo
przejęło wiele dziedzin życia, za które kiedyś czuł się odpowiedzialny misjonarz. Na jego barkach spoczywała nie tylko troska o ewangelizację. Nawet dzisiaj we wszystkich dziedzinach
wierni mają nadal zaufanie do misjonarza i  trzeba im pomagać” 297.
O. Grzegorz Oszust

O. Grzegorz Oszust298, po kursie języka angielskiego w Saskatoon, rozpoczął 25 sierpnia 1998 r. pracę misyjną w Chesterfield Inlet – miejscowości liczącej ok. 350 osób. Wszyscy mieszkańcy byli
katolikami. Tam uczył języka eskimoskiego i  prowadził duszpasterstwo w Chesterfield Inlet oraz innych, przylegających misjach
– Whale Cove i Baker Lake.
9 września 2000 r. o. Grzegorz Oszust został przeniesiony do
Arviat w Nunavut. Ludność Arviat liczyła ok. 2000 osób, w tym
ok. 1/3 stanowili katolicy. Trzecią jego placówką od 15 paździer296) Por. B. Osiecki, List elektroniczny z 11.04.2007 r. do J. Różańskiego OMI.
297) Bez Kościoła trudno mi żyć. Rozmowa z o. Bogdanem Osieckim OMI, misjonarzem oraz Sidonie Nirlungayuk, katechistką z diecezji Zatoki Hudsona w Kanadzie. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi” (2007) nr 1, s. 37.
298) Ur. 4 listopada 1967  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1988 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1989 r. Święcenia kapłańskie przyjął 20 czerwca 1995 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

221

nika 2006  r. stała się misja Iqaluit w Nunavut. Ludność tego
miasteczka liczyła ok. 7000 osób, w tym ok. 1500 katolików 299.
O. Daniel Szwarc

Od 20 września 2002  r. swój staż misyjny wśród Inuitów na
Ziemi Baffina na Dalekiej Północy Kanady odbywał także diakon
Daniel Szwarc 300. Najpierw do czerwca 2004  r. był w  Igloolik.
Stamtąd wyprawiał się także na inne misje, głównie do Pond Inlet,
a niekiedy do Hall Beach.
„W całym Pond Inlet na 1 400 osób jest może 50 katolików. Anglikanów jest więcej. Od 1994 r., kiedy to o. Guy Mary Rousselière OMI
zginął w pożarze, nie ma tu misjonarza na stałe. Spaliła się wtedy kaplica i misja. Wierni odnowili stary kościółek postawiony w 1929 r. przez
o. Bazina OMI, pierwszego misjonarza w Pond Inlet. On również postawił na wzgórzu zaraz za kościołem duży krzyż, który stoi do dziś. Jest
zwrócony na północ, w  stronę Bieguna. To właśnie tutaj misjonarze
usłyszeli od ludzi: „My jesteśmy ostatni, tam dalej już nikt nie mieszka”
i uwielbili Boga za to, że dotarli z Dobrą Nowiną aż na krańce świata.
Jest 11 kwietnia i noce są już jasne. Nie widać gwiazd. Muszę
zasłonić okna, by móc spać. Rano niebo jest czyste. Na horyzoncie widać wysokie góry na sąsiedniej Bylot Island. Aż trudno w to
uwierzyć, że są oddalone o 40 km. Przez okno w kaplicy widzę dwie
góry lodowe. Trochę później biorę sanki i  idę przywieźć trochę
lodu, by mieć dobrą wodę do gotowania. Wielkie mrozy już ustąpiły, więc idzie się przyjemnie, śnieg jest twardy. Podchodzę pod
sam lodowiec. Robi ogromne wrażenie – tego się nie da zobaczyć
na zdjęciach. Wracam do domu i łupię przywieziony lód. Woda jest
bardzo czysta, błękitna” 301.
299) Por. G. Oszust, List elektroniczny z 10.04.2007 r. do J. Różańskiego OMI.
300) Ur. 23 sierpnia 1982  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 2001 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 2002 r.
301) D. Szwarc., Człowiek wiary, nadziei i miłości. W najbardziej na północ położo-

�222

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Z Igloolik – już po święceniach kapłańskich – został przeniesiony do misji Kugaaruk, gdzie pracował do maja 2005 r. Wtedy
otrzymał kolejną obediencję do pracy w  misji Taloyoak, gdzie
pozostaje do dzisiaj. Jest to miejscowość licząca ok. 800 osób,
z tego 120 katolików.
O swojej pracy pisze: „Posługa we wszystkich wioskach jest
taka sama, czyli Msza, inne sakramenty, katecheza dla dzieci,
gotowanie, pranie, sprzątanie, trochę stolarki, ale tylko latem,
jak pogoda pozwoli, łowienie ryb, jesienią i wiosną polowanie
na renifery, albo czasem na woły piżmowe, czyli wszystko to,
co samotny misjonarz musi robić na północy” 302.
O. Paweł Zając

W  2000  r. na staż pastoralny do misji inuickich wyjechał
diakon Paweł Zając 303, z oblackiego seminarium międzynarodowego w Rzymie. Przebywał przez dwa lata w Gjoa Haven z o.
Wiesławem Krótkim. Zajmował się młodzieżą, ale też zwykłym
życiem parafii, zwłaszcza kiedy o. Wiesław wyjeżdżał do innych
misji.
8 grudnia 2001 r. o. Paweł Zając przyjął w Gjoa Haven święcenia kapłańskie. „Odkąd we wrześniu 1923  r. bp Owidiusz
Charlebois OMI wyświęcił w Chesterfield Inlet ojca Lionela Ducharme’a, diecezja Churchill Hudson Bay nie widziała święceń
kapłańskich – pisał o tym wydarzeniu o. Grzegorz Oszust. Cała
parafia przygotowywała się do tego święta już od dłuższego czasu. Na święcenia przybyło także kilku ojców pracujących na Północy i  oczywiście nasz biskup Reynauld Rouleau. Uroczystość
rozpoczęła się o  godz. 15.00. Najbardziej wzruszającym monej misji katolickiej, „Misyjne Drogi” (2003) nr 4, s. 18.
302) Tenże, List elektroniczny z 14.04.2007 r. do J. Różańskiego OMI.
303) Ur. 8 grudnia 1975  r. Do nowicjatu oblatów Maryi Niepokalanej wstąpił we
wrześniu 1994 r. Pierwsze śluby zakonne złożył 8 września 1995 r.

�Polscy oblaci wśród Inuitów

223

mentem były świadectwa parafian jako odpowiedź na pytanie
biskupa, czy Paweł jest godny wyświęcenia na kapłana. Dużo ludzi podchodziło do mikrofonu, dając bardzo dobre świadectwo
o  nim i  wszyscy bardzo żałowali, że w  następnym roku Paweł
musi powrócić do Polski 304.
Po święceniach kapłańskich o.  Paweł Zając od 8 grudnia
2001 r. do lipca 2002 r. został sam na placówce w Gjoa Haven.
Przez ten czas uczył się jęz. inuktitut, w którym swobodnie przewodniczył modlitwom, śpiewom i liturgii.

304) Tenże, Święcenia kapłańskie na dalekiej Północy, „Misyjne Drogi” (2002) nr
2, s. 30-31.

��Bibliografia

225

Bibliografia
Źródła
50 lat wśród Indian. Rozmowa z o. Leonem Mokwą OMI, misjonarzem z północnej Kanady. Rozmawiała K. Kozłowska, „Misyjne Drogi”
(1991) nr 4, s. 20-23.
Andrasz P., Mamy tu dużo wilków, „Misyjne Drogi” (1994) nr 2, s. 44.
Ażeby u nas trwać – potrzeba ducha misyjnego. Rozmowa z o. bp.
Douglasem Crosby OMI z Kanady. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi” (2004) nr 1, s. 34-35.
Bez Kościoła trudno mi żyć. Rozmowa z  o. Bogdanem Osieckim
OMI, misjonarzem oraz Sidonie Nirlungayuk, katechistką z diecezji
Zatoki Hudsona w Kanadzie. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne
Drogi” (2007) nr 1, s. 36-38.
Breton E., Kowal Boży. Przeł. z francuskiego M. Małachowska, [Toronto] 1961.
Dąbrowski M., 50 lat wśród Indian i Eskimosów, „Misyjne Drogi”
(1984) nr 1, s. 28-36.
Dąbrowski M., Brat Dąbrowski, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 9,
s. 267-268.
Dąbrowski M., Brat Dąbrowski pisze, „Oblat Niepokalanej” (1936)
nr 5, s. 157-158.
Dąbrowski M., Gościliśmy u nas Księdza Prymasa, „Misyjne Drogi” (1987) nr 3, s. 36-37.
Dąbrowski M., Groźna chwila, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 5,
s. 142.
Dąbrowski M., Groźne chwile na śnieżnej pustyni, „Oblat Niepokalanej” (1937) nr 8, s. 212-214.
Dąbrowski M., Kajakiem po Oceanie Lodowatym, „Oblat Niepokalanej” (1937) nr 9, s. 256-258.
Dąbrowski M., List do o. J. Kulawego z grudnia 1934 r., „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 3, s. 93-94.

�226

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Dąbrowski M., List z 3 lutego 1935 r., „Oblat Niepokalanej” (1935)
nr 4, s. 126-127.
Dąbrowski M., List z  24 września 1933 r., „Oblat Niepokalanej”
(1934) nr 1, s. 31-32.
Dąbrowski M., Misje na Północy dzisiaj, „Misyjne Drogi” (1984)
nr 1, s. 44.
Dąbrowski M., Nasz Brat Dąbrowski pisze z  krainy Eskimosów.
[List z 28 grudnia 1933 r.], „Oblat Niepokalanej” (1934) nr 4, s. 110-113.
Dąbrowski M., Polski sternik na Oceanie Lodowatym, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 3, s. 80-86.
Dąbrowski M., Rok na niegościnnej Północy, „Oblat Niepokalanej”
(1939) nr 6, s. 184-186.
Dąbrowski M., Smutne wieści z  nad Oceanu Lodowatego, „Oblat
Niepokalanej” (1936) nr 11, s. 333-334.
Dąbrowski M., W cieniach zorzy polarnej, „Oblat Niepokalanej”
(1937) nr 2, s. 51-53.
DeLeeuw A., O. Paweł na preriach Kanady, „Misyjne Drogi” (2003)
nr 5, s. 32.
Eskimosi bardzo potrzebują światłych wychowawców, gorliwych
misjonarzy. Rozmowa z o. J. Rivoire’em OMI, misjonarzem z Zatoki Hudsona. Rozmawiał o.  Stanisław Bocer OMI, „Misyjne Drogi”
(1990) nr 4, s. 49-51.
Filas A., Najlepsza herbata jest na wodzie z lodu, a nie ze śniegu!,
„Misyjne Drogi” (1991) nr 4, s. 30.
Głowacki L., Kazał mi iść… Dzieje duchowe Sługi Bożego Brata Antoniego Kowalczyka OMI, Poznań 1999.
Głowacki L., Szukając pracy znalazł powołanie. Rzecz o Słudze Bożym br. Antonim, „Misyjne Drogi” (2007) nr 4, s. 34-36.
Jurczyk L., List do o.  Ignacego Puszczyka z  26 czerwca 1972 r.,
[mps bmrw].
Kler L., Aż trudno mi uwierzyć, że to Kanada, „Misyjne Drogi”
(1995) nr 2, s. 35-36.
Kler L., Pierwsze spotkanie, „Misyjne Drogi” (1991) nr 2, s. 28.
Kobos A., Dotknięcie Ducha, „Misyjne Drogi” (1997) nr 1, s. 16-17.

�Bibliografia

227

Krótki W., Ciągle zaczynam od nowa, „Misyjne Drogi” (2005)
nr 1, s. 34-36.
Krótki W., Po powrocie z Polski, „Misyjne Drogi” (1997) nr 3, s. 26.
Krótki W., Północ jest sroga, ale mimo to cudowana!, „Misyjne
Drogi” (1992) nr 2, s. 38-39.
Kupka A., Nasz wielki ambasador o. Leon Mokwa OMI, „Misyjne
Drogi” (1984) nr 1, s. 22-27.
Kurek A., „Specjaliści od misji najtrudniejszych”, „Misyjne Drogi”
(1984) nr 1, s. 14-21.
Kwiatkowski L., Wśród rozrzuconych wiosek szczepu Niewolników, „Misyjne Drogi” (1991) nr 3, s. 39.
Lembeck H., Bezręki Kowal. Brat Antoni Kowalczyk OMI, misjonarz w Kanadzie. Przeł. J. Różański, Poznań 1997.
Moi polscy misjonarze są wspaniali. Rozmowa z  Denisem Croteau, biskupem Arktyki. Rozmawiał o.  A. Kupka, „Misyjne Drogi”
(1994) nr 3, s. 24-27.
Mokwa L., Byłem na spotkaniu z Ojcem Świętym w Fort Simpson,
„Misyjne Drogi” (1988) nr 2, s. 42.
Mokwa L., Czerwonoskórzy uczniowie, „Oblat Niepokalanej”
(1936) nr 6, s. 176-179.
Mokwa L., Dalej za Zachód, „Oblat Niepokalanej” (1936), nr 9,
s. 256-263.
Mokwa L., Grube lody w czerwcu na jeziorze Niewolników, „Oblat
Niepokalanej” (1937) nr 8, s. 239.
Mokwa L., Jaka szkoda że Ojciec Święty nie mógł do nas przybyć!,
„Misyjne Drogi” (1985) nr 1, s. 42.
Mokwa L., Kucharczyk J., Ostatnie chwile w Europie, „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 12, s. 356-361.
Mokwa L., Kucharczyk J., Poprzez metropolje (sic!) kanadyjskie,
„Oblat Niepokalanej” (1936) nr 1, s. 11-13.
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 18 marca 1958 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 16 października 1958 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 7 września 1959 r., [mps bmrw].

�228

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 11 lutego 1962 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 13 stycznia 1965 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 13 stycznia 1965 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 19 września 1966 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 19 marca 1967 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 2 grudnia 1967 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 1 kwietnia 1968 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 23 lipca 1970 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 8 września 1970 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 19 listopada 1970 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 27 marca 1971 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 25 października 1971 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 2 lutego 1972 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 2 lutego 1972 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 13 marca 1972 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 6 czerwca 1972 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 24 października 1972 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 4 lutego 1973 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 3 kwietnia 1973 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 10 lipca 1973 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 4 września 1973 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 20 maja 1974 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 22 czerwca1974 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 9 stycznia 1975 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 13 marca 1975 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 15 kwietnia 1975 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 26 czerwca 1975 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 19 sierpnia 1975 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 3 grudnia 1975 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 23 stycznia 1976 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 1 października 1976 r., [mps bmrw].

�Bibliografia

229

Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 14 czerwca 1977 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 6 września 1977 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 12 maja 1978 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 21 września 1979 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 26 lutego 1980 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 3 listopada 1980 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 16 kwietnia 1982 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 17 listopada 1982 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 1 marca 1983 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 19 października 1983 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 15 listopada 1984 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 16 czerwca 1986 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 18 września 1986 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 12 listopada 1986 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 17 listopada 1986 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List do I. Pluszczyka z 28 sierpnia 1987 r., [mps bmrw].
Mokwa L., List z 1 marca 1956 r. do rodziny, [mps barw].
Mokwa L., List z 26 kwietnia 1956 r. do brata, [mps bmrw].
Mokwa L., List z 14 czerwca 1956 r. do brata, [mps bmrw].
Mokwa L., List z 25 października 1956 r. do rodziny, [mps bmrw].
Mokwa L., List z 22 stycznia 1957 r. do brata, [mps bmrw].
Mokwa L., List z 2 kwietnia 1957 r. do rodziny, [mps bmrw].
Mokwa L., List z 22 maja 1957 r. do brata, [mps bmrw].
Mokwa L., List z 25 lutego 1961 r. do brata, [mps bmrw].
Mokwa L., Na bezludnej wyspie, „Oblat Niepokalanej” (1937) nr 9,
s. 250-254.
Mokwa L., Nowy Rok u Montanezów, „Oblat Niepokalanej” (1938)
nr 1, s. 40-41.
Mokwa L., Poprzez śnieżne zaspy, „Oblat Niepokalanej” (1937)
nr 5, s. 140-142; 148-150.

�230

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Mokwa L., Mogiła na ziemiach Indian, „Oblat Niepokalanej”
(1939) nr 6, s. 183.
Mokwa L., Na nowej placówce, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 12,
s. 359-364.
Mokwa L., Nad Jeziorem Niewolników, „Oblat Niepokalanej”
(1937) nr 2, s. 68-74.
Mokwa L., Pamiętnik 1935-, [rkps bmrw].
Mokwa L., Przyszłość „Dzieci Prerji” (sic!), „Oblat Niepokalanej”
(1936) nr 4, s. 102-106.
Mokwa L., Szczere Bóg zapłać!, „Misyjne Drogi” (1986) nr 1, s. 3738.
Mokwa L., U celu podróży, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 2, s. 36-37.
Mokwa L., Wyżej, ku Północy, „Oblat Niepokalanej” (1936) nr 10,
s. 276-283.
Mokwa L., Z sieciami, „Oblat Niepokalanej” (1938) nr 1, s. 21-22.
Mokwa L., Zagadnienie indiańskie, „Oblat Niepokalanej” (1936)
nr 7-8, s. 201-208.
Mój duch jest jeszcze na Północy. Z  o. Leonem Mokwą OMI rozmawia Andrzej M. Kobos, „Polish Panorama Polska” (1996) nr 12,
s. 16-19.
Nasza misja. Rozmowa z  o. Wiesławem Krótkim OMI, misjonarzem wśród Eskimosów. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi” (2003) nr 1, s. 8-11.
Nasza rodzina eskimoska potrzebuje kapłanów. Rozmowa z  bp.
Reynaldem Rouleau OMI z Zatoki Hudsona. Rozmawiali oo. A. Kupka OMI i J. Różański OMI, „Misyjne Drogi” (1997) nr 1, s. 12-15.
Nazaruk W., Alleluja! Jezus żyje!, „Misyjne Drogi” (1999) nr 4,
s. 29-30.
Nazaruk W., Indianie Dogrib uczą mnie swego języka, „Misyjne
Drogi” (1992) nr 1, s. 46-47.
Nazaruk W., List z 14 stycznia 2009 r. do J. Różańskiego, [mps].
Nazaruk W., Nad Jeziorem Świętej Anny, „Misyjne Drogi” (1998)
nr 1, s. 28-29.

�Bibliografia

231

Nazaruk W., Śniegu około metra i  wciąż pada, „Misyjne Drogi”
(1997), nr 2, s. 31.
Nazaruk W., Tańczyłem z Indianami taniec pokoju, „Misyjne Dro-

gi” (1992) nr 3, s. 40-41.

Nazaruk W., Z mojej pracy wśród Indian, „Misyjne Drogi” (2000)
nr 2, s. 32-33.
Nie żałuję żadnej chwili spędzonej wśród Indian. Rozmowa z o. Leonem Mokwą, misjonarzem kanadyjskich Indian, z okazji diamentowego jubileuszu kapłaństwa. Rozmawiał J. Różański OMI, „Misyjne
Drogi” (1995) nr 5, s. 40-41.
Odjazd misjonarzy, Oblat Niepokalanej (1935) nr 11, s. 335.
Oszust G., Święcenia kapłańskie na dalekiej Północy, „Misyjne
Drogi” (2002) nr 2, s. 30-31.
Pachocki J., Czysta woda i przejrzyste powietrze, „Misyjne Drogi”
(2003) nr 2, s. 31-32.
Pachocki J., Może znajdę się wśród Indian Dogrib?, „Misyjne Drogi” (2002) nr 1, s. 30-31.
Pachocki J., Mój pierwszy list, „Misyjne Drogi” (2001) nr 2, s. 31-32.
Patrzę jeszcze dalej...Rozmowa z o. Wiesławem Krótkim OMI, misjonarzem Eskimosów. Rozmawiał o. A. Kupka OMI, „Misyjne Drogi”
(2001) nr 3, s. 14-17.
Perszon J., Z Lubichowa do Indian, „Pomerania” (1995) nr 12,
s. 28-29.
Pożegnanie misjonarza, „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 10, s. 304.
Pour Dieu et l’Eglise. Le Frère Jerzy Mrugalla O.M.I. (1917-1972),
Supplément „Aux Glace Polaires” (1973) nr 50.
Przybliżyć ludziom Kościół. Wywiad z Lenne Rolin, świecką misjonarką z Dalekiej Północy Kanadyjskiej. Rozmawiał o. W. Kluj OMI,
„Misyjne Drogi” (1998) nr 2, s. 16-19.
Puchała W., Wśród plemienia Dogrib, „Misyjne Drogi” (1989)
nr 2, s. 38.
Ratuj nas, Panie! Rozmowa z o. Jeanem Fortin OMI, misjonarzem
wśród Indian Kanady. Rozmawiała Lilla Danilecka, „Misyjne Drogi”
(1999) nr 6, s. 9-12.

�232

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Różański J., Cykl rozmów przeprowadzonych z o. Leonem Mokwą
w dniach 12-21 grudnia 1996 r. w Edmontonie (Kanada), zarejestrowanych na taśmie magnetofonowej, taśma I-V.
Różański J., Montreal bramą do wielu narodów. 150-lecie pracy
Misjonarzy Oblatów M.N. w Kanadzie, „Misyjne Drogi” (1991), nr 4,
s. 18-19.
Różański J., Odszedł wspaniały misjonarz. Śp. o.  Leon Mokwa
OMI, „Misyjne Drogi” (2004), s. 37-39.
Sajewicz J., „Tam ludzie stawali się lepsi, kędy my przeszli”. O misyjnej działalności śp. brata Michała Dąbrowskiego OMI, „Misyjne
Drogi” (1989) nr 4, s. 52-54.
Sajewicz J., Tysiące Indian na święceniach ojca Pawła, „Misyjne
Drogi” (1991) nr 1, s. 36-37
Sobecki J., Lotem ptaka nad ziemią Indian, „Oblat Niepokalanej”
(1938) nr 4, s. 99-101.
Stang E., Ils l’apellent „grand-père”, „Information OMI” (1985) nr
221, s. 8.
Szwarc D., Człowiek wiary, nadziei i miłości. W najbardziej na północ położonej misji katolickiej, „Misyjne Drogi” (2003) nr 4, s. 18-19.
Szwarc D., Św. Teresa pomogła, „Misyjne Drogi” (2005) nr 6,
s. 33-34.
Szwarc D., Urodziny 103-letniej Niviuvak, „Misyjne Drogi” (2004)
nr 1, s. 31-32.
Warias I., W  rezerwatach kanadyjskich Indian, „Misyjne Drogi”
(2003), nr 6, s. 33.
[Wiadomości z kraju] Obra, „Oblat Niepokalanej” (1935) nr 7-8, s. 240.
Wojtkowiak W., Na kanadyjskich preriach, „Misyjne Drogi” (1995),
nr 3, s. 32-33.
Wojtkowiak W., Na kanadyjskich preriach, „Misyjne Drogi” (1997),
nr 4, s. 29-30.
Wojtkowiak W., Na kanadyjskich preriach (2), „Misyjne Drogi”
(1995), nr 5, s. 38-39.
Wojtkowiak W., Wśród Indian w sercu Brytyjskiej Kolumbii, „Misyjne Drogi” (1992) nr 2, s. 58-59.

�Bibliografia

233

Wojtkowiak W., Wśród Indian w  sercu Brytyjskiej Kolumbii (2),
„Misyjne Drogi” (1993) nr 1, s. 28-29.
Wojtkowiak W., Wśród Indian w  sercu Brytyjskiej Kolumbii (3),
„Misyjne Drogi” (1993) nr 2, s. 30-31.
Wojtkowiak W., Wśród Indian w  sercu Brytyjskiej Kolumbii (4),
„Misyjne Drogi” (1993) nr 4, s. 58-59.
Wojtkowiak W., Wśród Indian w  sercu Brytyjskiej Kolumbii (5),
„Misyjne Drogi” (1994) nr 2, s. 55.
Z Ewangelią na krańcach świata. Rozmowa z o. Wiesławem Krótkim OMI, misjonarzem Eskimosów. Rozmawiali oo. A. Kupka OMI
i J. Różański OMI, „Misyjne Drogi” (1997) nr 1, s. 8-15.
Literatura pomocnicza
Barbeau Marius, Huron and Wyandot Mithology, Ottawa 1915.
Bogucka E., Kościół w  kraju klonowego liścia, „Misyjne Drogi”
(1984) nr 1, s. 7-11.
Breynat G., Cinquante ans au pays des neiges, t. 3, L’éveque volant,
Montréal 1948.
Breton E., Kowal Boży. Przeł. z  francuskiego M. Małachowska,
[Toronto] 1961.
Buliard R., Inuk. Misje na krańcu świata. Przeł. B. Hłasko,
Poznań 1985.
Carrière G., Dictionnaire Biographique des Oblats de Marie Immaculée au Canada, Ottawa 1976-2005, 5 vol.
Carrière G., L’Histoire documentaire de la Congrégation des Missionnaires Oblats de Marie Immaculée dans l’Est du Canada, Ottawa
1957-1975, 12 vol.
Carrière G., Les missions catholiques dans l’Est du Canada et l’Honorable Compagnie de la Baie d’Hudson (1844-1900), Ottawa 1957.
Champagne C. OMI, Les débuts de la Mission dans le Nord-Ouest
Canadien. Mission et Eglise chez Mgr Vital Grandin OMI (18291902), Ottawa 1983.
Clark E. E., Legendy Indian kanadyjskich, Warszawa 1982.

�234

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

Duchaussois P., Bohaterki. Siostry Misjonarki wśród Lodów Polarnych, tłum. T. Lubińska, Poznań 1931.
Duchaussois P., Wśród lodów polarnych. U Indian i Eskimosów,
tłum. J. Korzeniowska, Krobia 1931.
Fidler A., I znowu kusząca Kanada, Warszawa 1965.
Frison-Roche R., Przez śniegi i wody Kanady, przeł. [z fr.] i oprac.
Z. Stolarek, Warszawa 1978.
Gołaszewski W., Traperzy Kościoła, Warszawa 1986.
Grabowski J., Historia Kanady, Warszawa 2001.
Kicińska A., Światło wśród puszczy. Święci Męczennicy Kanadyjscy Towarzystwa Jezusowego, Kraków 1934.
Krzyszkowski J., Krwawe palmy. Krótki rys życia i śmierci pierwszych męczenników Ameryki Północnej, Kraków 1927.
Levasseur D., Les Oblates de Marie Immaculée dans l”ouest et le
Nord du Kanada, 1847-1967. Esquisse historique, Edmonton 1995.
Levasseur D., La venue des Oblats de Marie Immaculée en Amérique, [w:] Western Oblate Studies, t. 2, Proceedings of the second
symposium on the history of the Oblates in Western and Northen
Canada, (red.) Raymond Huel, Lewiston-Qeenston-Lampter 1991.
Latourelle R., Jean de Brébeuf, Montreal 1999.
Lubowicki K., Mała Tereska – wielka misjonarka, „Misyjne Drogi”
(1997) nr 4, s. 21-23.
Machowski J., Ognista kula. Legendy, baśnie i  bajki eskimoskie,
Warszawa 1970.
Mazenod E. de, Lettres aux corespondants d’Amérique, 1841-1850,
Rome 1977.
Reczyńska A., Historia Kanady i Quebecu w publikacjach polskich,
[w:] Obraz Kanady w Polsce, red. M. Buchholtz, Toruń 2003, s. 74-97.
Rusinowa I., Z  dziejów Indian kanadyjskich, Warszawa-Pułtusk
2003.
Rycerska I., Grupy narodowe i  etniczne w  systemie politycznym
Kanady, Kielce 2003.
Sioui G. E., Les Hurons-Wendats. Une civilisation méconnue, Sainte-Foy 1994.

�Bibliografia

235

Wróbel P. i A., Kanada, Warszawa 2000.
Zakrzewski J., Ameryka Kanadyjska, Warszawa 1988.
Zając P., Transformacja pierwotnych społeczeństw obszaru kanadyjskiej Arktyki: od Eskimosów do Inuit, Annales Missiologici Posnanienses, T. 13 (2003), s. 207-222.
Zając P., Spotkania kultur. Katoliccy misjonarze i Ludność Rodzima w Kanadzie w historiografii XIX i XX w., Warszawa 2007.
Zalewski J., Wigilia pod kołem podbiegunowym, „Misyjne Drogi”
(1992) nr 1, s. 3.
Zins H., Historia Kanady, Wrocław 1975.

��Summary

237

Summary

Proclaiming the Gospel in the extensive Canadian north-west
territories, is firmly inscribed in the history of the Congregation of the Missionary Oblates of the Mary Immaculate, which
appeared in these lands in 1845. The Oblates work among the
Indians and Eskimos earned them the honorable title, given by
Pope Pius XI, “specialists in the most difficult mission”. In the
difficult work of evangelization the Indians and the Inuit, they
were joined in the late nineteenth century by Polish Oblates.
The first was the Servant of God Antoni Kowalczyk, who in 1896
began working in the mission of Lac La Biche, and then in the
mission of Saint Paul des Metis, and Edmonton. Brother Michal Dabrowski worked for long year and wrote several letters,
that were published before the war. Because of that, we have
a fragmented outline of his hard, menial work in the far north-west of Canada. Brothers Joseph Cichocki, Ignatius Dorabiala,
Louis Jurczyk, Joseph Kaintoch, George Mrugala, Joseph Sobecki, Stanislaw Szczepaniak have behind any available, written
memoirs and letters. Their work at the moment can be discovered only through the fragmented memories of brothers, and the
simple records of the chronicles of the domestic and religious
archives. The work of these brothers was invaluable for missionary activity, but was made difficulty. By the absence of any infrastructure, getting supplies which were not. Only needed for
their missionary work, but for the social work of the mission i.e.
schools and hospitals, was a real problem for the missions.
The first legendary Polish oblate priest was Father Leon Mokwa, who had worked among the Indians for more than fifty
years. Working in the mission he was one of those, who made
the history of Fort Smith, Fort Resolution, Yellowknife, Fort
Rae, Black Lake, Fond-du-Lac, Sturgeon Lake [Calais] and Edmonton. The Second World War interrupted the trips and the
ministry of the Polish Oblates among the Indians and Inuit.
They were resumed on a larger scale in the late eighties of the

�238

P ol s c y obl ac i w ś ród I n di a n i I n u i t ów

twentieth century. In total, from the late nineteenth century to
2007, 30 Polish Oblates (10 brothers and 20 priests) have worked in the missions of the Indians and Inuit. The purpose of
this publication is to summarize and document the work of the
Polish Oblates, placed in the broad context of the mission congregation among Canadian Indians and Inuit. For this purpose,
we have used the data from the religious and ecclesiastical archives. This document also refers to the published and unpublished letters of the missionaries, personal correspondence and
numerous interviews, conducted by the author of these publications and other researchers.

�Table of contents

239

Table of contents
I. Preface...............................................................................................11
II. Outline of the past and the evangelization of Canada .....................13
The beginnings of colonization and evangelization in the New
France...................................................................................14
The State and the Church under the British government.........20
III. Oblate Missionaries in the North-West............................................23
Montreal gateway to „all lands”......................................................23
Inhabitants of the North-West.......................................................27
Algonkini – inhabitants of the prairie ..........................................28
Athapaskowie - inhabitants of the forests ..............................29
Trappers and Metis (mestizos) .................................................35
European settlers ......................................................................35
Inuit (Eskimos) .....................................................................36
The origins of the evangelization of the North-West.....................37
Dynamism of the work of the missionaries Oblates of Mary Immaculate .............................................................................................40
IV. Work of Polish Oblate brothers in the North-West ....................45
The ministry of missionary Brother Anthony Kowalczyk, the Servant
of God (1866-1947).............................................................................45
Lac-La-Biche (1896-1897) ...................................................................48
Saint-Paul des Metis (1897-1911)............................................53
Edmonton (1911-1947)..............................................................58
Brother Michael Dabrowski among the Inuit (Eskimos) and Indians
(1901-1989)....................................................................................60
Aklavik (1933-1947) ..................................................................61
Fort Resolution (1947-1954).....................................................74
Fort Smith (1954-1967)...........................................................76
Aklavik, Inuvik (1967-1973).....................................................79
Black Lake (1973-1981) ............................................................80
Fort Smith (1981-1986) ...........................................................81
Saint-Albert (1986-1989) .........................................................81
Hidden work of other Polish brothers ..........................................82

�Brother Joseph Cichocki (1907-1963) ......................................83
Brother Ignacy Dorabiala (1902-1993)....................................84
Brother Ludwik Jurczyk (1919-1979) ........................................85
Br. Jozef Kaintoch (1909-2004) ............................................87
Br. Jerzy Mrugala (1917-1972) .................................................88
Br. Jozef Sobecki (1908-1939) ................................................89
Br. Stanislaw Szczepaniak (1905-1955) ....................................90
V. Work of Father Leon Mokwa among the Indians of the North-West ..93
Religious and missionary vocations ..............................................93
Impressions of a long journey .....................................................97
Journey to the Lebret ...........................................................98
Changing life plans .................................................................101
On the water arteries of the North-West ..............................103
Fort Smith (June-December 1936) ..............................................112
Fort Resolution (December 1936 - August 1939) ...........................119
Yellowknife (September 1939 - August 1944) ..........................138
Fort Resolution (1944-1948) ........................................................141
Fort Smith (1948-1965) ................................................................146
Fort Resolution (1955-1957) .........................................................148
Fort Smith (1957-1965) ................................................................150
Fort Rae (1965-1970) ..................................................................155
Fort Smith (1970-1971) ...............................................................158
Black Lake (1971-1984) ...............................................................159
Fond-du-Lac (1984-1986) ............................................................170
Sturgeon Lake [Calais] (July-December 1986)..........................172
Edmonton (1987-2003)...............................................................173
VI. The new hosts of Polish Oblates among the Indians ..................179
Fr. Pawel Andrasz .........................................................................179
Fr. Ryszard Czepek ........................................................................182
Fr. Leon Kler .................................................................................182
Fr. Wojciech Kowal .......................................................................186
Fr. Leszek Kwiatkowski ...............................................................186
Fr. Wieslaw Nazaruk ..................................................................189
Fr. Jaroslaw Pachocki .................................................................194
Fr. Waldemar Puchała .................................................................197
Fr. Andrzej Stendzina ...................................................................198
Br. Adam Sulewski........................................................................199

�Fr. Wiesław Szatański .................................................................199
Fr. Ignacy Warias .........................................................................200
Fr. Wojciech Wojtkowiak .............................................................201
VI. Polish Oblates among the Inuit ..................................................209
Missions among the Inuit today .....................................................213
Fr. Adam Filas ..............................................................................214
Fr. Wieslaw Krotki .........................................................................214
Fr. Franciszek Kuczera ..................................................................219
Fr. Bogdan Osiecki ........................................................................219
Fr. Grzegorz Oszust .....................................................................220
Fr. Daniel Szwarc ..........................................................................221
Fr. Paweł Zając............................................................................222
Bibliography ......................................................................................225
Sources ..............................................................................................225
Summary .........................................................................................237

��</text>
                </elementText>
              </elementTextContainer>
            </element>
          </elementContainer>
        </elementSet>
      </elementSetContainer>
    </file>
  </fileContainer>
  <collection collectionId="2">
    <elementSetContainer>
      <elementSet elementSetId="1">
        <name>Dublin Core</name>
        <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
        <elementContainer>
          <element elementId="50">
            <name>Title</name>
            <description>A name given to the resource</description>
            <elementTextContainer>
              <elementText elementTextId="6">
                <text>Misjologiczna</text>
              </elementText>
            </elementTextContainer>
          </element>
        </elementContainer>
      </elementSet>
    </elementSetContainer>
  </collection>
  <elementSetContainer>
    <elementSet elementSetId="1">
      <name>Dublin Core</name>
      <description>The Dublin Core metadata element set is common to all Omeka records, including items, files, and collections. For more information see, http://dublincore.org/documents/dces/.</description>
      <elementContainer>
        <element elementId="49">
          <name>Subject</name>
          <description>The topic of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="952">
              <text>Congregatio Missionariorum Oblatorum Beatae Mariae Virginis Immaculatae</text>
            </elementText>
            <elementText elementTextId="953">
              <text>misje</text>
            </elementText>
            <elementText elementTextId="954">
              <text>missions</text>
            </elementText>
            <elementText elementTextId="955">
              <text>Kanada</text>
            </elementText>
            <elementText elementTextId="956">
              <text>Canada</text>
            </elementText>
            <elementText elementTextId="957">
              <text>indianie</text>
            </elementText>
            <elementText elementTextId="958">
              <text>indians</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="51">
          <name>Type</name>
          <description>The nature or genre of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="959">
              <text>książka</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="39">
          <name>Creator</name>
          <description>An entity primarily responsible for making the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="960">
              <text>Różański, Jarosław</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="50">
          <name>Title</name>
          <description>A name given to the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="961">
              <text>Polscy oblaci wśród Indian i Inuitów</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="52">
          <name>Alternative Title</name>
          <description>An alternative name for the resource. The distinction between titles and alternative titles is application-specific.</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="962">
              <text>Polish Oblates among the Indians and Inuit</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="40">
          <name>Date</name>
          <description>A point or period of time associated with an event in the lifecycle of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="963">
              <text>2012</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="45">
          <name>Publisher</name>
          <description>An entity responsible for making the resource available</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="964">
              <text>Misyjne Drogi</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="43">
          <name>Identifier</name>
          <description>An unambiguous reference to the resource within a given context</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="965">
              <text>ISBN 978-83-92-1781-8-7</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="44">
          <name>Language</name>
          <description>A language of the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="966">
              <text>pl</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
        <element elementId="47">
          <name>Rights</name>
          <description>Information about rights held in and over the resource</description>
          <elementTextContainer>
            <elementText elementTextId="967">
              <text>*Niniejszy materiał może być wykorzystywany i cytowany jedynie w granicach dozwolonego użytku.</text>
            </elementText>
          </elementTextContainer>
        </element>
      </elementContainer>
    </elementSet>
  </elementSetContainer>
</item>
